Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 31 marca 2014

Zmierzch boga

fot. bundesliga.de
Latem 2012 Klaus-Michael Kuehne z własnej kieszeni wyłożył grube miliony sprowadzając ulubieńca hamburskiej publiczności, Rafaela van der Vaarta, z powrotem nad Łabę, czyniąc go jednocześnie najdroższym zawodnikiem w historii HSV. Holender, który w międzyczasie szatnię dzielił z Ronaldem czy Balem, miał prowadzić klub do dawnych sukcesów. Dziś kapitan Hamburga jest symbolem jego degrengolady.

-To logiczne, że jestem kozłem ofiarnym, żalił się niedawno pomocnik. Patrząc na przebieg sezonu i oczekiwania wobec mnie, to normalne, że krytyka koncentruje się na mojej osobie. I trudno się dziwić. Ponad stukrotny reprezentant Holandii, wielokrotny uczestnik największych piłkarskich imprez, finalista Mistrzostw Świata i w końcu kapitan zespołu. W najtrudniejszym momencie w czasie ponad 50-letniego pobytu HSV w niemieckiej elicie, van der Vaart zamiast wziąć odpowiedzialność na swoje barki, nie tylko w wywiadach, ale i na boisku, z reguły po prostu znika.

Pan nieobecny

O ile nierówną jesienną postawę Holendra bronią liczby, o tyle formy pomocnika po wznowieniu rozgrywek nic nie jest w stanie obronić. Dość powiedzieć, że, gdy w dwóch wiosennych meczach zespół musiał sobie radzić bez niego, uzbierał połowę dorobku z całej rundy rewanżowej, a przeciwko Borussii Dortmund zagrał prawdopodobnie najlepsze spotkanie w sezonie.

-Rafa wie, że ostatnio obniżył loty. Obecnie nie jest kreatorem, ani dominującym zawodnikiem, jakim był niegdyś, ocenia kapitana Oliver Kreuzer.

Brak kreowania sytuacji bramkowych to największa bolączka van der Vaarta. Nie może być jednak inaczej, skoro w ostatnich spotkaniach Holender regularnie należy do zawodników zaliczających najmniej kontaktów z piłką i podających najrzadziej wśród wszystkich graczy Hamburga (dla przykładu w meczu z Fryburgiem wyprzedził w tym aspekcie jedynie Adlera, w meczu z Gladbach tylko Adlera i Mancienne’a).



Liczby stworzonych sytuacji i celnych podań w pole karne przeciwnika na powyższych grafikach są nieco mylące. Zdecydowana większość z nich to zagrania ze stałych fragmentów gry, czyli odwiecznej specjalności pomocnika i praktycznie jedynej wartości, która została z niedawnego „Maestra”. Jeśli tablice ograniczymy tylko do okazji stworzonych z gry, osiągi van der Vaarta prezentują się mizernie.



Niemoc kapitana HSV pod bramką rywali idealnie zresztą obrazuje jedyna asysta, którą zaliczył wiosną. Albo raczej, znacznie trafniej oddająca zagranie Holendra, „asysta”.




Jak łatwo zarzucić van der Vaartowi boiskową słabość, tak ostatnimi czasy nie można mu odmówić zaangażowania, bo co i raz nie tylko przebiega najwięcej kilometrów wśród zawodników Hamburga, ale też należy do najlepszych w tym elemencie wśród wszystkich graczy na boisku. Łyżką dziegciu w beczce miodu stanowi fakt, że większość tych kilometrów została po prostu wyczłapana, pokonana wolnym, monotonnym tempem, ze znikomą wręcz ilością sprintów.

Pan zagubiony

Van der Vaart nie jest w stanie udźwignąć ciężaru walki o utrzymanie nie tylko jako piłkarz, ale i jako kapitan zespołu. W Hamburgu to zresztą choroba chroniczna: niemal rok temu opaska kapitańska okazała się przecież zbyt ciężka dla Westermanna. Holender nie tylko strzela po kolejnych przegranych frazesami, które furorę zrobiłyby jedynie w #BingoEkstraklasa ( -Rzadko porażka bywa bardziej zbędna niż ta z Gladbach.), ale i coraz bardziej nie radzi sobie z rosnącą rolą młodych zawodników. Jeszcze kilka tygodni temu zapewniał, że to Calhanoglu powinien wykonywać rzuty wolne, ale raczej te z dalszej odległości. Dziś okazuje się, że Turek bije wszystkie wolne, z których można pokusić się o uderzenie na bramkę, a gdy i jego zabraknie, jak choćby w meczu z Fryburgiem, to sprawy w swoje ręce bierze Lasogga.

Boiskowe zawirowania van der Vaarta nie mogą dziwić, w końcu ostatnie kilkanaście miesięcy to dla Holendra ciągłe osobiste tragedie i zmiany w życiu prywatnym. I nawet jeśli on sam swoich spraw najchętniej nie roztrząsałby publicznie, to z wielką radością pogrzebią w nich brukowce bądź poopowiada w mediach była czy obecna partnerka.

Pan (wkrótce) zastąpiony?

Zawsze gdy stary bóg z przytupem spada z piedestału, szybko pojawiają się nowe bożki. Hamburg, przynajmniej do lata, ma ich dwóch: Pierre’a-Michela Lasoggę i Hakana Calhanoglu. Piłkarzy o dekadę młodszych od van der Vaarta, z zupełnie innej futbolowej bajki, nie bojących się odpowiedzialności i przekuwających słowa w czyny. -Podobnie jak Pierre, lubię przejmować kontrolę, jestem do tego przyzwyczajony. Dla nas to żaden problem. Teraz my idziemy na czele, przekonuje Turek. Jeśli hamburska młodzież wdroży swój plan w życie, a van der Vaart szybko nie wróci z dalekiej podróży, to już niedługo nad Łabą może pamiętać o nim jedynie klubowy księgowy. Marcin Olton
comments powered by Disqus
facebook