Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 19 października 2013

Z kim trzyma góra?

fot. slasknet.com
Bogowie futbolu są ze Zbigniewem Bońkiem. Choć ten raczej spoglądał w piątek w stronę Rzymu, to tajemnicą poliszynela jest, że nie mógł pozwolić sobie na przeoczenie tego, co działo się w Zabrzu. Zresztą, kto chciałby coś takiego przegapić?

Stanislav Levy narzuca się jako jeden z głównych kandydatów do przełączenia się na Serie A jeszcze przed doliczonym czasem gry, gdy wszystko wydawało się jasne. Co prawda Radosław Sobolewski zdawał się być jednocześnie w każdym sektorze boiska, a przede wszystkim zawsze przed jego rywalami ze środka pola, to reszta "Górników" zawodziła. Pojedyncze zagrania nie dawały przewagi, chaotyczne podania szybko lądowały u stóp Sebastiana Mili. Nawet tak przeciętnie dysponowanego Sebastiana Mili.

Nic nie powinno pójść źle, a jeśli już to w odwrotnym kierunku. Był taki moment przed samą przerwą, gdy Tomasz Hołota dosłownie przedarł się przez kilku obrońców rywala i nawet blisko podjechał z piłką pod bramkę Steinborsa. Zabrakło precyzji, zimnej krwi, a może talentu środkowego napastnika u piłkarza, który w Śląsku zdaje się być człowiekiem od wszystkiego poza - ku ich rozpaczy - strzelaniem goli.

Gdy bowiem wszyscy już rozszyfrowali jego styl gry na prawej stronie pomocy - nominalnego środkowego pomocnika! - Levy postanowił zażartować z wszelkich raportów skautingowych, które dostarczono Adamowi Nawałce. Dał więc go na lewą stronę, by naturalnym ruchem zbiegania do środka pola realizował zarazem niecny plan uwolnienia Dudu Paraiby od bardziej intensywnego krycia na skrzydle. Działało pobieżnie, bo Górnik, zaskoczony obecnością Tadeusza Sochy na skrzydle, to jemu dawał więcej swobody, chociaż też pewnie wiedząc, że z jego dośrodkowań tylko przypadkiem może wyjść coś dobrego - jak uderzenie głową Sebastiana Mili, kolejnego, który w takiej roli rzadko jest widywany.

Nie powinno być też mowy o żadnym ratowaniu przez piłkarskie niebiosa, gdy to sam Tomasz Hołota powinien wyjechać z Zabrza jako ten skuteczniejszy nawet od Paixao. Gol Sobolewskiego mógł zwiastować kłopoty, ale Śląsk potrafił do pewnego momentu opanować sytuację. Nawet gdy na kwadrans przed końcem Gikiewicz dwukrotnie świetnie interweniował na linii, nie było nagłego, długotrwałego szturmu. Śląsk szybko wrócił do tego, co robić potrafi - frustrować rywali, przez przekazywanie sobie piłki i kreowanie sytuacji z niczego. Głową uderzał znów Hołota, a gdy zszedł w 86. minucie, niebo zawaliło się Stanislava Levy'ego.

Interesującym było przyglądanie się, jak w dzień meczu w Zabrzu nagle kilka głosów (m.in. na "Weszło!") nagle nieśmiało, lecz całkiem głośno i poważnie się zapytało: "a czemu nikt nie zaproponuje Czecha na stanowisko selekcjonera?". Chociaż wciąż obiekt niesłusznych drwin, jego postać powinna przyciągać więcej uwagi niż sam (czasami niekorzystny) wygląd. Inteligentny, potrafiący żartować czy podchodzić z dystansem do mediów i własnej sytuacji, zawsze z respektem o zespole, piłkarzach, kibicach, prezesie, właścicielu, panu Władkowi od murawy i Marku z ochrony budynku. Dla potrzeby argumentu zapomnijmy na chwilę o frustracjach, jakie Czech czasem wyładowywał publicznie na Sylwestra Patejuka - głównie dlatego, że szkoleniowiec Śląska zwykle miał rację.

Głównym pytaniem powinno być jednak to o prawa do bycia stawianym obok... cóż, Adama Nawałki. Gdyby selekcja selekcjonera odbywała się na poważniejszych zasadach, Czech miałby prawo wsparcia i to z powodów już czysto technicznych. Preferuje ofensywny styl gry, oparty na pressingu, wymianach krótkich podań, angażując skrzydłowych, z mądrze przesuwającą się w strefach linią pomocy. Tak naprawdę brzmi to bardzo podobnie do Tego-Który-Zostanie-Nominowany - chociaż jeśli porównać poziom i czas, po jakim udało się jednemu i drugiemu to wyegzekwować, to wybór staje się bardziej skomplikowany. Wciąż przecież wypada cenić Club Brugge czy (bardzo epizodycznie) Sevillę nad Widzew Łódź lub... Śląsk Wrocław właśnie.



Oczywiście ani Nawałka, ani nawet nieśmiało przywoływany Levy nie powinni być oceniani na podstawie ich klubowych wyników, bo szybko z broni defensywnej ukręcono by na nich bicz. Jak to Zbigniew Boniek woli wbijać futbolowemu środowisku do głowy, chodzi o "identity", tożsamość, która czyni selekcjonerem, nie tytuły czy wyniki. Bo w te nikt by jednemu czy drugiemu nie uwierzył, a ile są warte mistrzostwa Polski czy Albanii to najlepiej w Lidze Mistrzów odpowiedzą.

Dziś Adam Nawałka może nie miał szczęścia ani do swojego zespołu, ani do ich sytuacji, ani do stylu, ani do formy strzeleckiej Prejuce'a Nakoulmy, chociaż to ten ofiarował Górnikowi zwycięstwo. Największy fart bogowie futbolu zesłali mu plącząc nogi czy zawiązując przepaskę na oczach Tomasza Hołoty pod bramką Steinborsa, a później prześmiewczo dźgając Kaźmierczaka, Pawelca, Kokoszkę i Plaku w odpowiednich momentach, tak by zachowywali się jak osławieni już pozoranci. Zwycięstwo, trzy punkty, pozycja lidera - trudno o lepszą narrację dla Tego-Który-Zostanie-Nominowany.

Ich losy są podobne - od piłkarza, przez współpracowników różnych sztabów, odgrywających różne role (asystenci, skauci), do pozycji odgrywających tą najważniejszą. Jednak jeśli "Najważniejszy Ćwierkacz Kraju" jakimś cudem oglądał ich skądinąd bardzo interesujący pojedynek w Zabrzu, koniec końców mógł się uśmiechnąć pod nosem. Kopnięciami Sobolewskiego, Iwana i Nakoulmy, potknięciami Pawelca, Kaźmierczaka czy Kokoszki (czyli, summa summarum, niekoniecznie przyszłych kadrowiczów) bogowie futbolu sprzyjali jego wyborom. Ten-Który-Zostanie-Nominowany wygrał w wyborze dwóch najbardziej sensownych kandydatur z tak naprawdę prezesowskiego mniejszego zła. Oby kolejne losy reprezentacji zależały już od mniej przypadkowych splotów zdarzeń, nawet jeśli na dziś nam się wydaje, że szczęście jest po stronie Nawałki.

Koniec końców, w piłce bilans szczęścia i pecha zawsze jest równy zeru - przecież to też wymyślili futbolowi bogowie? Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook