Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 28 maja 2013

Wszechmocny jak Kosecki

fot. goal.com
Gdy taka historia zdarzyła się wyrostkom w Zdziarach czy Kraszkowicach, wszyscy zgodnie orzekli o kolejnym wybryku bandy chuliganów. Do różnych ekscesów dochodzi w niższych klasach rozgrywkowych, gdzie piłka nożna oznacza więcej niż kopanie piłki do bramki przeciwnika, a walka wręcz przypomina szermierkę na pięści, której ofiarą często padają arbitrzy. Media huczą o Romanie Koseckim, który razem z Bońkiem stara się wyprowadzić sztandar ekipy Grzegorza Lato, wymieść brudy poprzedników i zaprowadzić nowy porządek w PZPN. Wiceprezes centrali piłkarskiej wyrzucił sędziego, działając w sławie gwiazdy boisk, działacza związku i posła na Sejm RP.

Feralnego dnia Roman Kosecki przyglądał się meczowi zespołu z rocznika 1998. Kosa Konstancin toczyła pojedynek z Piasecznem, a w pewnym momencie założyciel klubu gospodarzy nie wytrzymał nerwowo, gdy niedoświadczony arbiter podyktował rzut karny dla rywali. Co dokładnie powiedział Kosecki? Wersje są różne. Z relacji świadków można wysnuć, że w żołnierskich słowach nakazał sędziemu odmaszerować, ponieważ nieokrzesany rozjemca boiskowy podejmował decyzje sprzeczne z interesem gospodarzy. Prezes Kosy Konstancin zabrał gwizdek i do końca zawodów stanowił przykład dla młodych piłkarzy dokonywał wykładni przepisów gry w piłkę nożną.

Jako prezes Kosy Konstancin

Klub z Konstancina stanowi oczko w głowie Romana Koseckiego, który od długiego czasu prowadzi szkółkę piłkarską szkolącą narybek polskiego futbolu. Efektem pracy sztabu trenerskiego są sukcesy młodych piłkarzy, reprezentujących młodzieżowe reprezentacje Polski. Jakub Kosecki szybko stał się gwiazdą Ekstraklasy, natomiast 18-letni Aleksander Wandzel, który terminuje w Lechu Poznań, zapowiada się na następcę Łukasza Fabiańskiego.

Łatwo jest wydawać oświadczenia w mediach, podważające kompetencje sędziów. - Jestem rozgoryczony. To, co zobaczyłem na boisku, nie było sportową rywalizacją, tylko kpiną. Po ostatnich sędziowskich wpadkach w ligowym meczu Legii z Wisłą w Krakowie liczyłem na przyzwoitą pracę sędziów. Byłem naiwny... - grzmiał po pucharowym spotkaniu Ruchu z Legią, prezes Niebieskich, Dariusz Smagorowicz.

Sternik chorzowskiego klubu miał w pamięci szeroko zamknięte oczy Sebastiana Jarzębaka, którego fatalna interpretacja wydarzeń boiskowych, stała się przyczyną nagonki mediów i motywem oświadczenia działaczy Wisły Kraków: - Apelujemy, aby szanowni arbitrzy brylujący ostatnio w przeprosinach naszego i innych klubów, zechcieli przynajmniej tyle samo czasu, co na pisanie usprawiedliwień, poświęcić na samodoskonalenie warsztatu sędziowskiego.

Gdyby Smagorowicz czy Bednarz wkroczyli na murawę boiska, naruszyli dobra osobiste sędziego i przepędzili go, pewnie popukalibyśmy im w czoło i nakazali wizytę u psychiatry. Tymczasem na uboczu "poważnego" futbolu istnieje świat, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone. Regionalne media informowały niedawno o wybryku chuliganów skierowanym wobec arbitra lokalnych rozgrywek w Zdziarach i Kraszkowicach - miejscach dalekich od futbolowego salonu. Interwencja prezesa nie przypominała inwazji bandytów stadionowych, ale godziła w cześć i nienaruszalność sędziego.

Roman Kosecki dał sygnał prezesom klubów: weźcie sprawy w swoje ręce i nie dajcie się tym niedouczonym amatorom z PZPN.

Jako zastępca Bońka

Roman Kosecki dba o wszystkie detale na jego podwórku i z pewnością chciałby widzieć w Konstancinie samych wykształconych sędziów, którzy w ułamku sekundy podejmują właściwą decyzję. Tym bardziej mógł zdenerwować się na młodego adepta, uczącego się zawodu arbitra piłki nożnej, bo na małych stadionach w prowincjonalnych rozgrywkach sędzia powinien odczuwać presję trybun i dla własnego dobra podejmować decyzje niestojące w opozycji do interesu gospodarza.

Ktoś musiał zadbać, by na murawie nie działy się dantejskie sceny, bo to wypaczyłoby ideę rywalizacji sportowej wśród mazowieckiej młodzieży. - Przyjechał jakiś chłopak, niby miał sędziować, no i jak to w meczu derbowym zrobiła się nerwowa atmosfera. Przy stanie 2:0 chłopcy już prawie chcieli się bić na boisku. Bo to mecz piętnastolatków, proszę o tym pamiętać. Poprosiłem go, żeby zszedł z boiska i dokończyłem gwizdanie. Natomiast powiem panu jedno - to w ogóle nie był sędzia, tylko raczej kandydat, chłopak, który dopiero uczy się na sędziego - wyłuszczył swoje racje Roman Kosecki na łamach serwisu Weszło.com.

Władze PZPN muszą czuwać nad porządkiem, dbać o edukację przyszłych arbitrów, bo czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.

Jako żona Cezara, która okazuje się posłem

- Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie - mówiła jedna z bohaterek komedii "Sami swoi". Gdy słyszy się o przepychankach między politykami, miotanych z różnych stron sali sejmowej zarzutach do rozstrzygnięć zapadających na salach sądowych, to widać, że sporo z tej mentalności gdzieś w nas jeszcze siedzi. Przeciętny obywatel może łatwo stracić wiarę w porządek prawny panujący w kraju nad Wisłą.

Roman Kosecki zna się na sporcie z pewnością lepiej, niż niejeden minister, jednak łączy w jednej osobie transparentne i narażone na krytykę stanowiska piastowane w Sejmie i PZPN. Jeżeli stosować maksymę Rzymian, że żona Cezara musi być poza wszelkim podejrzeniem, to niełatwo wytłumaczyć zachowanie zastępcy Zbigniewa Bońka. Kosecki firmuje swoim nazwiskiem sukcesy partii i PZPN, ale także każdą wpadką może zaszkodzić mało korzystnemu w ostatnich latach wizerunkowi formacji politycznej oraz związku piłkarskiego, nękanego aferami ekip Dziurowicza, Listkiewicza i Laty.

Polityk powinien stać na uboczu wydarzeń sportowych, co najwyżej wspierać w wysiłku władze struktur związkowych, by służyć rozwojowi danej dyscypliny. Piłka nożna zna przypadki, gdy ludzie o "silnych charakterach" próbowali wpływać na przebieg rywalizacji sportowej. Podczas piłkarskiego mundialu we Włoszech w 1934 roku Benito Mussolini udzielał wskazówek, które miały być dyrektywami dla sędziów. Celem włoskiego dyktatora stał się sukces sportowy i propagandowy, statuujący Włochy wśród mocarstw Starego Kontynentu. Ofiarami stronniczego sędziowania stali się Hiszpanie, wśród których najmocniej ucierpiał legendarny golkiper Ricardo Zamora. Ekipa z Płw. Iberyjskiego musiała rozegrać drugi mecz z gospodarzami, bo w pierwszej odsłonie ćwierćfinału padł remis. Bez pokiereszowanego bramkarza i przy 11 przeciwnikach, wspieranych przez szwajcarskiego arbitra, musieli pogodzić się z porażką w powtórzonym spotkaniu, a kontrowersyjna bramka Meazzy otworzyła drogę do zwycięstwa Włochów w mundialu.

Sięganie do argumentów z obszaru historii czy polityki służy oddaniu znaczenia pewnych zjawisk. Dziś każdy bez ogródek może skrytykować Romana Koseckiego, bo po prostu nie wypada w ten sposób kwestionować pracy arbitra, niezależnie, czy się jest lokalnym chuliganem, działaczem klubu z "okręgówki" czy sternikiem związku piłkarskiego. To wyłącznie wydarzenie z dziedziny piłki nożnej, a przynależność polityczna stanowi tło dla mentalności ludzkiej.

Jaka będzie reakcje Cezara? Prezes PZPN z pewnością pogrozi palcem swojemu zastępcy, jednak małżeństwo z rozsądku musi trwać. "Zibi" potrzebuje wsparcia Romana Koseckiego i jego stronnictwa, które stanowi gwarancję spokojnej kadencji i neutralizacji przeciwników. Michał Oberc
comments powered by Disqus
facebook