Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 11 października 2014

Wojna na boisku, wojna poza nim

foto: goal.com
W grupie D tegorocznej Ligi Mistrzów po raz pierwszy od finału Pucharu UEFA w 2000 roku spotkają się Arsenam z Galatasaray Stambuł. Będzie to nie tylko powtórka znakomitego spotkania, ale też przypomnienie wydarzeń z czarnych kart historii piłki.


- Jaki był ten finał? Jak wojna, taktyczna wojna - mówił Fatih Terim w wywiadzie dla kwartalnika "Blizzard". Turecki menedżer prowadził wtedy Galatasaray. Był to jego piąty rok w klubie, który powoli budował swoją europejską reputację.

Na Ali Sami Yen trafił w 1996 roku, zaraz po fatalnych dla Turcji Mistrzostwach Europy. Fatalnych, bo nie udało się ani wygrać, ani nawet strzelić bramki. Inna sprawa, że był to pierwszy turniej kadry znad Bosforu.

Terim zawsze stawiał na ofensywny futbol, na grę na połowie rywala i tę samą filozofię starał się zaszczepiać w każdej drużynie, którą prowadził. Nie inaczej było w budowanym przez niego Galatasarayu.

- Najpierw wszystkich przekonałem do swojej wizji - mówi. A później? Turek wylicza od 1996 roku do 2000: najpierw to był zespół średniaków, potem był coraz lepszy aż na końcu udało się ukoronować występ zdobyciem Pucharu UEFA. - A Gheorghe Popescu mówił mi, że gdybym został, to ta drużyna wygrałaby też Ligę Mistrzów - dodaje Terim, który chwilę po zdobyciu trofeum został trenerem Fiorentiny.

Siła w ofensywie

W kopenhaskim finale Turcy zmierzyli się z Arsenalem, też drużyną w budowie. Arsene Wenger jeszcze dopiero nakreślał zespół, który cztery lata później zgarnie mistrzostwo Anglii nie przegrywając po drodze ani jednego meczu. A projekt był taki: angielska obrona i zagraniczny atak (Dennis Bergkamp, Marc Overmars, Thierry Henry), który po przejęciu piłki w mgnieniu oka rozmontowywał niemal każdą defensywę.

Galatasaray też mógł się pochwalić siłą w ofensywie. Był bramkostrzelny Hakan Sukur, byli Gheorghe Hagi, Okan Buruk czy Umit Davala.

Mimo to, finał rzeczywiście przypominał wojnę, w której główne role odegrali obrońcy i bramkarze. Bulent Korkmaz, kapitan Galatasaray, kończył mecz z ręką w temblaku. David Seaman i Claudio Taffarel dokonywali w bramce cudów. - Gdy Brazylijczyk obronił strzał Henry'ego, wiedziałem, że wygramy ten mecz - mówi Terim. Nastrój walki udzielił się także Hagiemu, który uderzył Tony'ego Adamsa i zobaczył czerwoną kartkę.



To wszystko spowodowało, że zwycięzcę trzeba było wyłonić w konkursie rzutów karnych. Tu lepsi byli Turcy, którzy wygrali 4:1.

Plac Ratuszowy polem walki

Po meczu podawano przez długi czas jednak zupełnie inne liczby: 3, 20 i 24000. Przed spotkaniem, w walkach na Placu Ratuszowym w Kopenhadze, rannych od ciosów nożem było trzech kibiców: dwóch Kanonierów i jeden Turek. Co najmniej dwudziestu innych zostało aresztowanych. A 24000 fanów obydwu zespołów w ogóle w Danii się pojawiło.

Spokój miało im zapewnić dwa tysiące policjantów, czyli 20 proc. wszystkich duńskich funkcjonariuszy. Nie udało im się.

Wojna w tym meczu rozpoczęła się na długo przed pierwszym gwizdkiem sędziego.

Wszystko zaczęło się w nocy z wtorku na środę (mecz był we czwartek). Tureccy kibole zaatakowali jedną z kopenhaskich dyskotek, w której bawili się londyńczycy. Ci dobrze pamiętali sytuację fanów Leeds United, którzy kilka tygodni wcześniej zostali zasztyletowani w Stambule (w półfinale Galatasaray grał z drużyną z Elland Road) i odpowiedzieli eskalacją przemocy.

Następnego dnia zamieszki przeniosły się do centrum miasta, które nie zostały opanowane przez policję. Ta tylko biernie się przypatrywała. - Policjanci aresztowali co najmniej 20 osób, ale byli ewidentnie spanikowani taką skalą przemocy i nie potrafili przejąć kontroli nad sytuacją - pisały brytyjskie dzienniki.

Plac zamienił się w pole walki, a w powietrzu latały butelki, krzesła, stoliki. Wszystko przypominało wydarzenia z Marsylii z 1998 roku, gdy angielscy chuligani walczyli z Tunezyjczykami i Algierczykami. I tak samo okryło hańbą angielski futbol. Spekulowano, że przez to nie zostanie Anglikom przyznana organizacja Mistrzostw Świata w 2006 roku. Mówiono też, że UEFA może wyrzucić kadrę z Euro 2000.

Rezonans wydarzeń z Kopenhagi słychać było jeszcze w 2013 roku. Wtedy na Emirates Stadium odbywał się organizowany przez Arsenal turniej, na który zaproszono także Galatasaray. Spotkało się to z reakcją niektórych grup fanów Kanonierów.

David O'Leary z Black Scarf Movement: - Kiedy spotkaliśmy się z klubem w tym roku, powiedzieliśmy, że martwimy się tym wyborem biorąc pod uwagę złe stosunki pomiędzy tymi klubami od 2000 roku.
Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook