Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 14 czerwca 2014

Witajcie w dżungli

fot. goal.com
Zamiast hymnów Anglicy i Włosi powinni usłyszeć „Welcome To The Jungle” Guns N’ Roses, zdaniem BBC kibice z Wysp muszą uważać na aligatory, w trakcie burz i ulew elektronika wysiada na dobre parę godzin, łódki zastępują tam samochody, a tak w ogóle to miejsce, które lepiej omijać z daleka. Położone w samym sercu Amazonii Manaus to z pewnością najdziwniejsze miejsce na kuli ziemskiej, w jakim zostaną rozegrane mecze mistrzostw świata.

Wyspiarze zdanie o Manaus wyrobili sobie już dawno temu. To przecież Roy Hodgson w grudniu ubiegłego roku mówił, że to miejsce idealne do omijania. Swoje trzy grosze przed mundialem wtrąciła jeszcze angielska prasa, kreśląc demoniczny obraz miasta, jednego z trzydziestu najniebezpieczniejszych na globie.

Pozory mylą?

Mistrzostwa pokażą, jaka naprawdę jest Amazonia. Wszyscy myślą, że jesteśmy Indianami, a Manaus to dżungla. Ale kibice przyjadą i zobaczą tutaj miasto podobne do Miami, tyle że bez morskiej bryzy – opowiadał w wywiadzie dla „Miami Herald” Omar Vgaz, dyrektor jednego z miejscowych hoteli.

Według reporterów to miasto kontrastów i sprzeczności. Lecąc nad ciągnącymi się bez końca, setkami kilometrów lasów tropikalnych, zupełnie niepostrzeżenie wyłania się prawie dwumilionowa aglomeracja. Z jednej strony uprzemysłowiona miejscowość, gdzie swoje fabryki mają światowe marki, jak Panasonic, Samsung, JVC, Harley Davidson czy Honda, z drugiej wszechobecna dżungla i osady wyjęte wprost z odległej przeszłości. Do tego słynny Teatr Amazoński i zabytkowe kolonialne budynki, które wyróżniają się na tle slumsów i rozlatujących się bud.

I podobne sprzeczności dotknęły w tym miejscu również futbol. Mieścina goszcząca uczestników mundialu, posiadająca przeszło 40-tysięczny stadion, nie ma drużyny w pierwszej lidze. Dość powiedzieć, że lokalne Nacional nigdy nie wzleciało powyżej trzeciej ligi, a na jego mecze nie przychodzi więcej niż tysiąc fanów. Okoliczne ekipy także nie wyściubiły nosa z rozgrywek okręgowych. A ludzie wolą sympatyzować z oddalonym o ponad dwa tysiące kilometrów zespołami z Rio de Janeiro. W Manaus prędzej znajdziemy sklepik z gadżetami Flamengo niż wspomnianego Nacional.



Stawka większa niż futbol

Romario budowę areny wartej około trzystu milionów euro nazywa czystym nonsensem. Jego zdaniem taki obiekt nigdy nie powinien tam powstać. Zresztą, dużo dogodniejszym wyborem wydawało się być usytuowane bliżej wybrzeża Belém. Mniej problemów logistycznych, nie trzeba byłoby zapuszczać się w głąb Amazonki, a ponadto piłka na nieco wyższym poziomie. Dwa kluby z tej przybrzeżnej miejscowości – Paysandu i Remo - zaglądały okazjonalnie do pierwszej oraz drugiej ligi.

Zamiast tego, decyzją podjętą na wyższych szczeblach władzy – ponoć jeden z wpływowych polityków decydował - mamy obiekt w centrum Amazonii. Oba miasta od dawien dawna rywalizowały ze sobą niczym Madryt z Barceloną lub Sankt Petersburg z Moskwą, walczyły o wpływy i prym w regionie. I tę batalię ostatecznie wygrało Manaus. Wybrano jednak miejsce dla futbolu, które od samego początku przysporzyło niemałych kłopotów.

Materiały potrzebne do budowy stadionu - powstałego zupełnie od zera, na zgliszczach starego - sprowadzano drogą morską, gdyż brak odpowiednich dróg i autostrad uniemożliwiał transport lądowy. Dach skonstruowano w Niemczech, stal, specjalne membrany i osłony przypłynęły z oddalonego o setki kilometrów portugalskiego portu Aveiro.

Oczko w głowie

Wznoszeniu areny towarzyszyła śmierć trzech pracowników i zawalony z powodu ulewy dach. Oficjalnemu otwarciu narzekania odwiedzających na niedokończone ubikacje, niedziałające windy, przeciekające zadaszenie, walające się wszędzie śmieci i sterty gruzu skutecznie uniemożliwiające dostanie się na niektóre sektory.

Stadion szybko stał się oczkiem w głowie, dumą miejscowych, ale tej z rodzaju pieszczotliwie głaskanej, u której nie dostrzega się niedociągnięć, a wszystko kwituje się stwierdzeniem, że tam się zamaluje, a tu załata. Do dzisiaj bowiem, na kilkanaście godzin przed spotkaniem Anglii z Italią, nie wszystko jest jeszcze ponoć dopięte na ostatni guzik. Do rangi niekończącego się problemu urosła na arenie murawa.

Nieszczęsna trawa, albo zasuszona, albo zalana, albo wypalona przez nadmiar nawozów - boisko wygląda raczej na klepisko z czymś, co ma trawę tylko przypominać. Angielska prasa donosiła, że w miejscach, gdzie zżółkła doszczętnie, była podobno spryskiwana zieloną farbą. Zarządca zaś przekonywał, że nad poprawą stanu płyty boiska pracuje się od kilku miesięcy. Ta jednak wciąż nie prezentuje się najlepiej. I według osoby opiekującej się murawą na obiekcie do meczu jej stan z pewnością się nie poprawi.



Nie takie Manaus straszne?

Angielscy piłkarze nie będą mieli czym oddychać, jemu samemu najbardziej doskwierał brak jakiegokolwiek wiatru, a spotkania przypominały kąpiel w gorącym powietrzu i nie pomagała nawet wieczorowa pora ich rozgrywania – podopiecznych Roya Hodgsona na łamach „Daily Telegraph” przestrzegał dawny napastnik Newcastle United, Mirandinha. Dorzucając tym samym grosik do niekończących się dyskusji o warunkach pogodowych w Manaus.

Pośród krzyku i artykułów rozpisujących się stronami o morderczych upałach, nie zabrakło jednak rozsądniejszych i bardziej wyważonych analiz. Te mówią wprawdzie o średniej temperatur wynoszącej tam w czerwcu 31 stopni Celsjusza, lecz w późniejszych godzinach wahającej się w granicach 24 stopni i wilgotności w okolicach 65%.

Jeśli prawdą jest, że po mistrzostwach stadion ma posłużyć jako więzienie, to niekoniecznie musi się on okazać dla „Synów Albionu” zakładem, do którego zesłano ich za karę. A może Manaus, choć w środku dżungli i pośród aligatorów, nie jest takie straszne, jak go malują. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook