Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 24 marca 2014

W Anglii trzeba "mordować"

foto: skysports.com
Ledwie dziewiętnaście sekund meczu minęło, a Oscar już popełnił pierwszy faul - na połowie rywala, pod polem karnym Arsenalu. Po pół minuty spotkania Wojciech Szczęsny musiał próbować zwodu (udanego), by uwolnić się spod pressingu Samuela Eto'o. Przed upływem drugiej, Andre Schurrle po raz pierwszy ruszył sprintem w wolną przestrzeń między obroną i bramkarzem Arsenalu - wtedy jeszcze podanie było zbyt długie. Chwilę później Szczęsny musiał ratować się blokiem dośrodkowania daleko od linii bramkowej, bo Eto'o już był gotów do uderzenia.

- To nas kompletnie zaskoczyło, byliśmy zszokowani i zdołowani w zasadzie bez uczucia, że mogliśmy mieć w tym meczu swoją szansę - mówił po spotkaniu Arsene Wenger. Szansa była, zmarnował ją Olivier Giroud, gdy jedyny raz w tym meczu Kanonierom udało się pokazać, jak Terry'emu brakuje zwrotności. To był także ostatni taki moment w którym defensywni pomocnicy pozwolili na zagranie prostopadłej piłki.

Fałszywy komfort Arsenalu

To uczucie braku szansy jednak jest jak najbardziej prawdziwe. Nawet komfort posiadania piłki, której oddanie Arsenalowi tak satysfakcjonowało Chelsea, tak zagrało wedle jej planu, miał być wyłącznie uśpieniem czujności rywala. Podobnie do meczu na Anfield, gdzie Liverpool równie szybko i bezlitośnie rozprawił się z Kanonierami atakując ich w środkowej strefie czy nawet na ich połowie. Te pierwsze dwie, trzy minuty były pełne sygnałów ostrzegawczych dla Arsenalu, który w meczach z wielkimi traci komfort gry na małej przestrzeni - prędzej truchlejąc pod pressingiem, uciekając od odpowiedzialności za rozegranie.

W czwartej minucie i piętnastej sekundzie Schurrle przechwytuje krótkie, raczej niepotrzebne podanie w środku pola i zaczyna kontrę, szybko rozgrywając na jeden kontakt z Oscarem, zagrywając do Eto'o, by Kameruńczyk wykończył akcję.

Znów to fałszywe poczucie komfortu Arsenalu w rozegraniu - "jesteśmy w przewadze, obrońcy są ustawieni, od naszej bramki daleko". Jednak jedną z naczelnych zasad pressingu jest to, by w odpowiednim momencie sprawić, by ta wielka murawa się... rywalowi w jego oczach skurczyła. By z kilku sekund czasu przy piłce nie było nawet jednej setnej, by z komfortu zrodziła się panika, wyniknął z niej błąd i chaos. - Między nami nie było różnicy w pierwszych minutach - powiedział Per Mertesacker po spotkaniu, jakby dając do zrozumienia, że to poczucie komfortu przerodziło się w szok po wysokiej porażce. Na to wskazywać może też próba znalezienia wytłumaczenia dotkliwych porażek w porze rozgrywania sobotnich spotkań przez Arsenal...

Nemanja Ballack

Jednym z tych, którzy do perfekcji opanowali pressing jest Nemanja Matić. Tak jak w czasach, gdy do zespołu dołączył Michael Ballack, łączący umiejętności kilku pomocników i dodając dostojne rozgrywanie akcji. Serb może grać głęboko jak Mikel, walczy w powietrzu tak skutecznie jak Luiz i równie dobrze podaje na kilkadziesiąt metrów (asysta do Salaha!), potrafi spełnić rolę "ósemki" otwierającymi zagraniami z głębi pola, agresywnie jak Ramires atakuje rywala, chociaż odbiera piłkę znacznie lepiej i bez fauli. Nic dziwnego, że z nim w składzie w dwunastu meczach Chelsea straciła ledwie cztery gole. Od dziewiętnastu spotkań nikt nie strzelił podopiecznym Mourinho więcej niż jednego gola...

W szóstej minucie i trzydziestej sekundzie to Matić odbiera piłkę Cazorli, podaje do Schurrle, a ten po indywidualnym rajdzie podwyższa prowadzenie. Trwa pressing, a w pierwszym kwadransie z sześciu podań wymienionych na połowie rywala aż trzy oznaczały stworzenie szansy, prowadząc bezpośrednio do dwóch goli i rzutu karnego. Z pięciu prób odbiorów Chelsea aż cztery miały miejsce na połowie Arsenalu...

Tempa nie wytrzymał mięsień uda Eto'o, a przy zmianie na chwilę pochylił się Schurrle, ciężko dysząc, łapiąc oddech po szalonych pięciu kilkudziesięciometrowych rajdach. Pojawia się na boisku Torres, chwilę przed upływem jedenastej minuty robi swój pierwszy rajd, dwadzieścia sekund później fauluje w bocznej strefie.

Tryumf kierowcy autobusu

Na pomeczowej konferencji Mourinho tryumfował, mówił o wspaniałych dziesięciu minutach - możemy je przedłużyć do kwadransa, czyli trzeciego gola - oraz chwalił się dorobkiem i rekordami. - Nie wiem skąd bierze się taka opinia - mówił Portugalczyk - Może z pojedynczych spotkań, ale przecież moje zespoły ustanawiały rekordy największej liczby strzelonych goli w Hiszpanii i we Włoszech.

Właśnie po raz pierwszy w Anglii wygrał różnicą większą niż czterech goli, dobił rywala, który ostatnio mu podpadł i pozwolił sobie na zwiększenie szans Chelsea w wyścigu mistrzowskim. - Jeśli nam pozwolą - powiedział Mourinho o rywalach i tytule - Mamy może małe szanse. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

Ofensywny futbol nie ma jednej twarzy - to raczej wiele odmian, charakterystyk i różnic w gustach obserwatorów. Ostatecznie decyzja o stylu gry zespołu zależy nie od chęci kibiców czy wskazówek ekspertów, ale oceny szkoleniowca.

Ofensywna gra czy myślenie?

Może być to tiki-taka, której jednym z głównych założeń jest utrzymanie się przy piłce tak by rywal nie mógł strzelić gola - a więc pragmatyzm w najczystszej futbolowej postaci. Bo ofensywny futbol to mogą być też kontry, kontrpressing (Borussia), zabójcze duety (Liverpool!), fenomenalne jednostki (Rooney czy Zlatan Ibrahimović), rozgrywający z własnej połowy (Pirlo!) i wiele kolejnych odmian tego, co w każdy weekend możecie oglądać.

Czy więc w ogóle powinniśmy ulegać złudzeniu, że ofensywny futbol istnieje i można go zdefiniować? Czy jest to po prostu chęć strzelania goli za wszelką cenę i ponad to, co rywal wciśnie w naszą bramkę? Czy może połączenie solidności defensywy z zabójczym atakiem? Czy styl ofensywny może istnieć bez obrony, czy to już będzie szaleństwo?

To nie są ani nowe problemy, ani dyskusje rozpoczęte przez pretensje Mourinho skierowane do osób wypominających mu parkowanie autobusów. Prawda leży gdzieś pośrodku i obejmuje jeszcze większą definicję kontroli wydarzeń na boisku - tego, czy można ją mieć jednocześnie nie posiadać piłki? Oczywiście, że tak.

"Mord" wciąż w cenie

Najprostszą odpowiedzią na pytanie o istotę futbolu ofensywnego będzie ta o zdobywane gole i jej udzielił Mourinho, wedle niej będzie więc pewnie od teraz rozliczany. Tak, jakby chciał skraść Wengerowi imprezę, przenieść je do swojego sąsiedniego ogródka i zrobić ją z jeszcze większą pompą. Udało się, goście już po kwadransie byli zachwyceni, a wkurzony rywal bez słowa (na konferencji) zamknął drzwi (od autobusu) i zgasił światło (odjechał do siebie). To nie było zwycięstwo ofensywnego futbolu, ale ofensywnego, agresywnego myślenia na boisku, polowania na ofiarę.

Mourinho w roli myśliwego sprawdza się doskonale i po wyliczeniu błędów, ale też oczywistych momentów depczących szanse Arsenalu, jedynym co dziwi to łatwość z jaką Wenger swój zespół na ten jednostronny show wystawił. To nie było starcie mężczyzn z chłopcami, nawet jeśli doszło do pobicia - "Kanonierzy" bezsprzecznie w tym sezonie dojrzeli, ale wciąż czegoś im brakuje. Może nie napastnika, nie defensywnego pomocnika, nie obrońcy i nie gry w późniejszych porach, ale właśnie instynktu zabójcy.

Chociaż rany po wielu przyjętych od bezpośrednich rywali ciosach wciąż krwawią, wciąż może tlić się w nich na tyle życia, by w pozostałych meczach sezonu ugrać coś więcej niż tylko Puchar Anglii. Jednak nie ulega wątpliwości, że do mistrzostwa kraju tak Arsene Wenger, jak i jego Arsenal, muszą nauczyć się rywali "mordować". To dosyć smutny wniosek dla jubilata po jego imprezie z okazji tysięcznego spotkania jednego z niewielu futbolowych purystów... Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook