Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 13 lipca 2014

Trzeci finał Löwa

Joachim Loew / skysports.com
Joachim Löw dwukrotnie prowadził drużynę w finale międzynarodowych rozgrywek. Oba mecze przegrał. Trzecią szansę na zwycięstwo otrzyma w mistrzostwach świata.

Podkreślmy: międzynarodowych rozgrywek, bo krajowe finały uzbierały się jeszcze dwa. Wygranie dla VfB Stuttgart Pucharu Niemiec w 1997 było wstępem do dobrej gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, a zwycięstwo w Superpucharze Austrii okazało się miłym początkiem złej przygody z Austrią Wiedeń.

PIERWSZY

W sezonie 1997/1998 roku Löw doprowadził VfB Stuttgart do finału nieistniejącego już Pucharu Zdobywców Pucharów. Po drodze do niego Niemcy kolejno eliminowali islandzki ÍBV Vestmannaeyjar, Germinal Ekeren z Belgii, Slavię Praga oraz Lokomotiw Moskwa.

W rozgrywanym na stadionie Raasunda w Solnej finale rywalem VfB była Chelsea. Po mało zajmującym meczu lepsi byli bardziej zdeterminowani Anglicy, którymi z boiska dowodził – tu rzadki przypadek na takim poziomie – grający menedżer Gianluca Vialli. Gola na wagę zwycięstwa strzelił Gianfranco Zola. To było prawdziwe wejście smoka. Włoch pojawił się na placu gry kilkadziesiąt sekund wcześniej.



Löw miał wtedy silną drużynę. Co prawda po odejściu Giovanego Elbera do Bayernu rozpadł się ofensywny trójkąt, który był wizytówką VfB, lecz w Stuttgarcie zadbano o godne zastąpienie Brazylijczyka. W jego miejsce sprowadzono cenionego w Niemczech Jonathana Akpoboriego, który miał stanowić o sile ataku drużyny Löwa razem z Fredim Bobiciem i Krasimirem Bałakowem. Plan się powiódł – Nigeryjczyk strzelił w lidze dziesięć goli, sześć dołożył w PZP, w którym był najlepszym strzelcem drużyny.

Nieźle było też na innych pozycjach. Ważną figurą w tamtym VfB był Zvonimir Soldo, który kilka tygodni później zdobył z Chorwacją brązowy medal na mundialu we Francji. W obronie grali doświadczony Thomas Berthold, mistrz świata z 1990 roku, oraz Murat Yakin, który dzisiaj z powodzeniem prowadzi FC Basel. Bramki bronił solidny Franz Wohlfahrt, wielokrotny reprezentant Austrii.

Po meczu pojawiły się głosy, że piłkarze VfB nie byli zbyt skoncentrowani, bo było już wiadomo, że po sezonie Loew odejdzie ze Stuttgartu. To chyba jednak szukanie dziury w całym na siłę, stawka była zbyt duża, by porażkę można było tłumaczyć nadchodzącą zmianą trenera.

DRUGI

Na następny finał międzynarodowych rozgrywek Löw czekał nieco ponad dziesięć lat. Scena była znacznie większa – wiedeński Prater, mecz o złoto mistrzostw Europy, które odbyły się w Austrii i Szwajcarii.

Ten mecz wieńczył pierwszą dwulatkę Löwa w roli selekcjonera reprezentacji Niemiec. Kadrę przejął od Jürgena Klinsmanna, któremu asystentował w drodze po brązowy medal mistrzostw świata w 2006 roku. Nie da się rozstrzygnąć, kto miał większy wkład w odnowę reprezentacji. Podobno Klinsmann wniósł do pracy z kadrą świeże spojrzenie, amerykańskie metody i dobrą atmosferę, a Löw miał dbać przede wszystkim o taktykę. Podobno. Jakby nie było, praca tego duetu przyniosła bardzo dobry rezultat.

Kadencja Klinsmanna tchnęła entuzjazm w skostniały niemiecki futbol, dobra gra na mistrzostwach świata dała mu dużo energii, a trzecie miejsce na świecie wywołało euforię. To był tylko początek drogi reprezentacji Niemiec do sukcesów. Największy postęp kadra zrobiła już pod wodzą Löwa. I można się tylko dziwić, że przed trwającym mundialem najbliżej zwycięstwa była na początku jego pracy, właśnie w 2008 roku, a nie na następnych turniejach. Przecież już niedługo cała niemiecka piłka nabrała wielkiego rozpędu, do reprezentacji awansowało wielu utalentowanych piłkarzy, co przełożyło się na lepszą i atrakcyjniejszą grę kadry.

Niemcy finałową grę z Hiszpanią zaczęli dobrze, zaraz na początku meczu nie wykorzystali świetnej okazji do zdobycia gola, lecz wraz z upływem czasu szala zaczęła się przechylać na stronę drużyny Luisa Aragonesa. Kluczowy błąd popełnił Philipp Lahm, źle zabierając się do pojedynku biegowego z Fernando Torresem. Mimo wielu starań Niemcy nie potrafili odrobić strat. Wygrali lepsi.



TRZECI

Za kadencji Löwa reprezentacja Niemiec stała się bardzo regularna – na każdym turnieju przebijała się do strefy medalowej. Zawsze brakowało jednak kropki nad "i", nigdy nie wygrała, chociaż w trakcie mistrzostw stawała się głównym faworytem do złota. Niemcy grali efektownie, z rozmachem, strzelali dużo goli, lecz w decydującym momencie zawsze zawodzili. Tak było przecież i we wspomnianym finale z 2008 roku, i w półfinale mundialu w 2010 roku z Hiszpanią, i w przegranym meczu z Włochami na Euro 2012.

Po tych meczach pojawiła się opinia, że Löw nie jest zwycięzcą. Kilka razy był blisko, ale w najważniejszych momentach przegrywał.

Teraz może pozbyć się tej łatki. Scena będzie największa z możliwych – finał mistrzostw świata na Maracanie.

Niemcy mieli różne momenty na tym mundialu. Zaczęli od rozbicia Portugalii, przeżywali trudne chwile z Ghaną i Algierią, pewnie wygrali z Francją, wreszcie zdemolowali Brazylię. Ten mecz był ich popisem, nikt wcześniej nie widział na tym poziomie czegoś podobnego, chyba też już nie zobaczy, bo takie wydarzenia mają miejsce raz na sto lat. Niemcom udawało się na boisku wszystko; to był popis z tych, które trudno oddać słowami.

Zawsze po takich meczach powstaje wrażenie, że już w następnym musi być dół, kryzys, słabsza forma. To trochę intuicyjne sprowadzenie sprawy do tego, że Niemcy się wystrzelali, osiągnęli swój szczyt i kilka dni później nie mogą zagrać nawet w połowie tak znakomicie. Twardszy argument: Argentyna jest drętwa w ataku, ale akurat w obronie solidna, ostrożna i wyrachowana. Nie da się z nią pograć tak jak z Brazylią.

Niemcy czekają na złoto wielkiego turnieju od mistrzostw Europy w 1996 roku. Nie mają na co narzekać, w XXI wieku tylko raz nie zdobyli medalu, lecz z niecierpliwością czekają na zwycięstwo.

Loew też nie może się doczekać chwili wielkiego triumfu. Dwa finały już przegrał. Do trzech razy sztuka? Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook