Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 8 listopada 2013

Tottenham - ambientowa drużyna

foto: goal.com
Kibice gwiżdżą, trener się wścieka, napastnicy nie strzelają, a obrońcy nie dają podejść pod bramkę - tak w ostatnim czasie wyglądają mecze Tottenhamu. To źle, czy jednak mimo wszystko dobrze? A może po prostu jest to aż do bólu neutralne?

Czwarte miejsce w tabeli, najlepszy start w rozgrywkach Premier League, pięć punktów straty do lidera - czysto pragmatycznie w Tottenhamie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Gdy dodamy do tego jeszcze 13 meczów bez straconej bramki w tym sezonie, w którym Spurs rozegrali już 17 spotkań, to można by uznać (w poprzednim 14 na 54), że powodów do radości kibice Kogutów mają całkiem sporo.

Problem pojawia się jednak wtedy, gdy w spojrzymy w tabelę Premier League, a dokładnie w liczbę strzelonych bramek. W 10 meczach cała drużyna strzeliła ich tylko 9, czyli dokładnie o jedną więcej niż Daniel Sturridge czy Sergio Aguero. Można się kłócić, że obaj nie mają takiego posiadania piłki, ale fakty są może nie bezlitosne, ale na pewno bolesne - drużyna, która przez wiele lat słynęła z ofensywnej i często radosnej gry zdobywa 0,9 bramki na mecz.

A biorąc jeszcze pod uwagę to, że mecze z udziałem Tottenhamu w lidze przyniosły średnio 1,4 bramki, a średnia całej ligi to 2,31, to należy uznać, że mecze Spurs mogą należeć do tych najnudniejszych w całej Premier League. Jeżeli zarówno z jednej, jak i z drugiej strony boiska próżno szukać wielu okazji bramkowych, to niestety dla kibiców Tottenhamu tak przedstawiają się realia.

Rozkładanie plam sportowych

Nic więc dziwnego, że kibice mogą wyrażać swoje niezadowolenie: "Przychodzimy na White Hart Lane, żeby mieć rozrywkę więc Andre, jeśli ty zrobisz swoją robotę, to my zrobimy swoją. Spurs są nudni i do ciebie należy poprawa tego stanu rzeczy" - piszą fani Tottenhamu komentując wypowiedzi André Villasa-Boasa, który w imieniu szatni powiedział, że kibice rzadko pomagają jego drużynie w atakowaniu bramki rywala.

Piłkarską narracją w ostatnim tygodniu zawładnęła analogia pomiędzy futbolem a muzyką. Zaczął ją w wywiadzie dla Guardiana Jürgen Klopp, który swojego ostatniego przeciwnika w Lidze Mistrzów porównał do orkiestry, natomiast prowadzoną przez siebie Borussię do zespołu heavy-metalowego. Idąc tym tropem, Tottenham należałoby porównać do muzyki ambientowej.

Ambient, zdaniem jednego z prekursorów tego gatunku muzycznego Briana Eno, ma być muzyką, która w przeciwieństwie do konwencjonalnej muzyki tła usuwającej wszelkie wątpliwości i niepewności, chce je zachować. Muzyka ambientowa jest zabawą dźwiękiem, "rozkładaniem plam dźwiękowych" tworzących przestrzeń, "która musi tak samo wciągać, jak i dawać się ignorować".

Matthew Weiner w "Stylus Magazine" w artykule dotyczącym twórczości Eno pisząc o jednej z jego pierwszych płyt - "Discreet Music" - zwraca szczególną uwagę, że poprzez proces twórczy charakterystyczny dla muzyka, powstaje płyta w której mamy trwający nastrój, ale taki, który nigdy do końca się nie rozwija. Gdzieś można sobie dopowiedzieć, jak by to wyglądało, gdyby płyta była dłuższa.



Z kolei Tottenham w obecnych rozgrywkach sprawia wrażenie, jakby był zaskoczony tym, że mecz trwa tylko 90 minut. To drużyna, która chciałaby grać trzy godziny i na taki czas gry się nastawia, a przez pierwszą połowę meczu chce tylko przeciwnika zmęczyć nieustanną grając po obwodzie na 30 metrze od bramki rywala. Jej gra nigdy do końca się nie rozwija. Chyba, że w którym momencie zaczyna się orientować, że dramatycznie brakuje jej czasu. Jak choćby w Derbach Północnego Londynu, gdy dopiero pod koniec meczu Tottenham naprawdę zaczął atakować. Albo w Cardiff, gdzie w ostatnich 15 minutach zaczęło się porządne rozciąganie obrony rywala.

Niezależność piłkarska

Michael Cox po ostatnim spotkaniu Tottenhamu z Evertonem, gdy przez 90 minut obie drużyny doskonale się neutralizowały zmierzał się z kwestią mało ofensywnej gry Spurs. Skoro mało tracą, ale równie mało strzelają, to pewnie znaczy, że za mało atakują. Zdaniem angielskiego dziennikarza tak wcale być nie musi: "Koguty nie muszą bardziej atakować, po prostu muszą być bardziej w tym ataku skuteczni". Jednym z powodów niskiej skuteczności ataku Tottenhamu jest zdaniem Coxa wybór drużyny: "Lennon, Towsnend, Holtby i Soldado sprawiają wrażenie jakby byli niezależnymi aktorami, a najbliżej zgranego ataku w tym sezonie Spurs byli, gdy w jednym momencie na boisku byli Sigurdsson i Eriksen, tworząc trójkąty z Roberto Soldado po lewej stronie boiska w meczach z Norwich i Chelsea".

Ofensywny kwartet i jednostkowa niezależność to nie jest do końca to, o co chodzi AVB w konstruowaniu drużyny. W przeciwieństwie do twórców ambientowych. I niekoniecznie chodzi tutaj tylko o muzykę. W piśmie poświęconym kinematografii - "EKRANy" - Paweł Świerczek konstruował most pomiędzy ambientem a kinem, pisząc artykuł "Zwrot ku abstrakcji? O niepewnych związkach kina i ambientu".

Definicją "filmu ambientowego" niech będzie uznanie go za dzieło, w "którym nic się nie dzieje", które skupia się na kreowaniu atmosfery do rozważań, a nie opowiadanie historii. Tak o dialogach pisze Świerczek: "Rozmowy są pozbawione sensu, składają się ze zdań niepasujących do siebie, wypowiadanych niejako obok siebie. Słowo nie ma tu żadnej mocy sprawczej, ani nie wchodzi w korelacje z przedstawioną rzeczywistością. Jest tylko pustą formą, kolejnym dźwiękowym ornamentem." W przypadku Tottenhamu wystarcza tylko zamienić "rozmowy" na "akcje", a "słowa" na podania".



Bo jak inaczej przedstawić można drużynę, która największe problemy ma w tym momencie z kreowaniem sobie sytuacji bramkowych. Gdy prześledzi się podania, które dały sytuację bramkową widać, jak mało ich swój cel ma w polu karnym rywala. Celowo porównano tutaj Tottenham z Bayernem, bowiem to szkoleniowiec Bawarczyków po ostatnim słabym spotkaniu z Hoffenheim powiedział, że musi skorygować swoją koncepcję. -Co przez to rozumiem, muszę najpierw wyjaśnić to z drużyną. Chodzi o sprawy taktyczne. Musimy się polepszyć, żeby wygrać Bundesligę. Dość ciekawe spostrzeżenia jak na zespół prowadzący w lidze i który tworzy sobie całkiem sporo sytuacji.

Co mówi Villas-Boas? - Drużyna stwarza sobie więcej sytuacji i oddaje więcej strzałów. W tym momencie to wyniki wywindowały nas na czwarte miejsce w tabeli. Można strzelać więcej lub mniej. Wszyscy chcemy się ekscytować, ale w tym momencie drużyna radzi sobie świetnie - mówił trener Tottenhamu po meczu z Evertonem.

Bronić czy atakować?

I w zasadzie... trudno odmówić mu racji. Jak na przedstawione przed drużyną zadania, Tottenham gra naprawdę dobrze. A te zadania widać dobrze, gdy prześledzi się wybór pierwszej jedenastki. Głównie chodzi tutaj o trójkę ofensywnych pomocników. Aaron Lennon i Andros Townsend to zawodnicy jak ryba w wodzie czujący się w klasycznym angielskim ustawieniu 4-4-2, ale gdy są wyżej ustawieni, tracą swoje walory, mając mniej miejsca do rozwinięcia swojej szybkości. Ale ich zalety wykorzystać można w inny sposób - poprzez pracę w defensywie. Obaj Anglicy zneutralizowali groźne boki obrony Evertonu, a gdy doda się do tego tottenhamowską dziesiątkę, czyli Lewisa Holtbyego, który cały dzień może biegać za rywalami, widać, że AVB ustawił drużynę raczej defensywnie.

Defensywnie to nie znaczy tak, żeby ta siedziała głównie na własnej połowie. Tottenham gra pressingiem i z wysoką linią obrony, ale dobór piłkarzy do tego stylu gry pokazuje, że nacisk położony jest właśnie na defensywę. A jeśli tak jest i drużyna nie traci bramek - to robi naprawdę świetną robotę.

Należy sobie jednak zadać pytanie: czy gra jest warta świeczki? Jeśli Tottenham ma zawodników bardziej kreatywnych - Eriksena, Lamelę - to czy nie lepiej byłoby przekonać ich do wytężonej pracy w obronie niż próbować dokonać niemożliwego, czyli wykrzesać kreatywność z Townsenda i Lennona?

Można tutaj znowu wrócić do ambientu. Brian Eno swego czasu współpracował z Haroldem Buddem, równie zasłużonym dla tego gatunku twórcą, a potem w wywiadzie dla "MOJO" tak opisywał swojego kolegę po fachu: "On tak komponował muzykę, że ją najpierw pisał, a potem usuwał wszystkie nuty, których nie lubił". Czyli mniej więcej tak, gdyby najpierw skonstruować sobie skład, a potem tych, którzy mniej efektywnie pracują w defensywnie zastąpić tymi, którzy w tym są świetni.

O ile ambient w muzyce czy filmie ma w pewien sposób służyć ludziom, to taki neutralny emocjonalnie sposób gry drużyny nie jest raczej dobrym kierunkiem jej rozwoju. Tottenhamowi brakuje zgrania pod szesnastką rywala, ale chronicznie brakuje mu też kreatywności. Nie jest tak, że jeden zawodnik magicznie tworzy sytuacje, ale kreatywność to też charyzma, dzięki której każdy zawodnik zaczyna rozumieć swoją rolę w danej sytuacji i potrafi się w niej odnaleźć.

Na tę chwilę ligowy Tottenham (bo w pucharach na razie każdemu rywalowi aplikowano co najmniej dwie bramki) jest drużyną, która ma solidne fundamenty do ruszenia do przodu, ale potrzeba tutaj odwagi. Nie takiej, gdy posyła się na boisko zawodnika z podejrzeniem wstrząśnięcia mózgu, ale takiej, dzięki której drużyna tworzy sobie więcej sytuacji. Villas-Boas był krytykowany za to, że nierozważnie podszedł do swojej pracy w Chelsea, ale w Tottenhamie wszystko czyni metodą małych kroków, która w tym momencie może wydawać się irytująca. Kluczem będzie więc znalezienie nie tylko balansu na boisku, ale i w podejmowaniu decyzji w doborze zawodników. Tylko tyle i aż tyle. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook