Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 22 lipca 2013

Tata na ratunek Barcelonie?

fot. goal.com
Czasu na znalezienie nowego trenera niewiele, kandydatów pod koniec lipca coraz mniej. Czy Blaugrana sięgnie po posiłki z Ameryki Południowej?

Jednym z mitów założycielskich Barcelony dowodzonej przez Pepa Guardiolę jest jego wycieczka do Argentyny, gdzie podczas grillowania z Marcelo Bielsą młody adept sztuki trenerskiej uczył się tajników tego fachu. Argentyńczyk stanowi dla katalońskiego trenera jedną z wielu inspiracji i pewne jego przemyślenia zostały użyte w budowaniu drużyny, która miała wejść na szczyt piłkarskiego świata.

Przez całą swoją karierę w roli trenera na Camp Nou, Guardiola spotykał się z wieloma szkoleniowcami, którzy mieli różne sposoby na pokonanie Dumy Katalonii. Głównie było to typowe "parkowanie autobusu", jednak Bielsa miał inne pomysły.

- Nigdy nie graliśmy przeciwko drużynie będącej tak agresywną, tak intensywną, która tak ograniczała naszą przestrzeń - komplementował Athletic Bilbao prowadzony przez Argentyńczyka Guardiola. - To był hymn dla futbolu - dodał patetycznie. Rzeczywiście, pokaz pressingu i krycia jeden na jeden zaprezentowany przez Basków był jedną z najlepszych rzeczy, którą przyniósł nam futbol ostatnich lat, podobnie jak wspaniała przygoda Athleticu w europejskich pucharach, jednak z czasem ten pressing zaczął się drużynie Bielsy odbijać czkawką i poprzednich rozgrywkach ekipa z Kraju Basków była jedynie cieniem samych siebie z początku 2012 roku.

Szaleniec inspiruje

Taktyka, która przyniosła Bielsie uznanie w Ameryce Południowej, dzięki której zdobył on Mistrzostwo Argentyny z Newells Old Boys, która przykuła uwagę argentyńskiej i chilijskiej reprezentacji, na dłuższą metę nie sprawdziła się w Europie. - Gdyby w piłkę grały same roboty, wygrywałbym wszystko - zwykł mawiać Marcelo Bielsa. Argentyńczyk nie uznaje planu B, cały czas kieruje się jedną filozofią, nieustannie zderza się jednak z brutalną rzeczywistością. Jego sposobem na kontakty ze światem zewnętrznym jest agresja i szaleństwo, przez co zasłużył sobie na bycie nazywanym El Loco, czyli szaleniec. - Czy Bielsa jest tak szalony jak go przedstawiają? Zapewniam was, że jest jeszcze większym szaleńcem - parafrazował Billa Shankly'ego Iker Muniain, młody skrzydłowy Athleticu Bilbao.

Brak pokaźnej ilości trofeów na koncie Bielsy nie przeszkadza jednak innym trenerom w podziwianiu dorobku Argentyńczyka i korzystania z jego pomysłów. To nie tylko Guardiola, który nawiasem mówiąc popierał jego kandydaturę na stanowisko trenera Barcelony, gdy Blaugranę obejmował Tito Vilanova, ale elementy bielsismu widać także u Andre Villasa-Boasa, czy Jurgena Kloppa.

Jednak tym, który naprawdę dzieli z Marcelo Bielsą jego filozofię jest Gerardo Martino, zdobywca tegorocznego mistrzostwa Argentyny z Newell's Old Boys. W pewnym sensie Martino jest dla Bielsy tym, kim Guardiola jest dla Johana Cruijffa. Obaj byli częścią mistrzowskich drużyn swoich trenerskich mistrzów, obaj później w tych samych klubach zaczęli rozwijać pewien sposób gry w piłkę. W 1991 roku, gdy Newells sięgali po mistrzostwo, w ustawieniu 3-4-3 na pozycji enganche Martino rozgrywał akcje swojej drużyny. W tym samym czasie, w tym samym ustawieniu, ale w roli pivote, czyli defensywnego pomocnika w drużynie Barcelony występował Guardiola.

W ślady mentora

Będąc szkoleniowcem Newell's Old Boys, Martino przejął od Bielsy fundamenty jego pracy z drużyną: nieustanną koncentrację, wymianę pozycji, zaskakiwanie rywala. A przede wszystkim verticalidad, czyli szybkie przenoszenie piłki pod pole karne rywala. W tym celu mistrzowie Argentyny szybko rozchodzą się po całym placu gry i za pomocą szybkich podań na jeden kontakt poruszają się do przodu. Jeżeli zawodnik napotyka przeszkodę, stara się ją minąć, cały czas myśląc o bramce rywala. Cała drużyna podchodzi wysoko, a strata piłki oznacza rozpoczęcie agresywnego pressingu, często połączonego z ostrymi faulami. Szaleństwo na boisku, ale poza nim Martino jest człowiekiem spokojnym, zupełnie innym od Marcelo Bielsy.

Za atakowanie bramki rywala odpowiada w dużej mierze ofensywny tercet Victor Figueroa - Ignacio Scocco (odszedł niedawno do Internacionalu Porto Alegre) - Maxi Rodriguez. Ten ostatni swoją szybkością, dryblingiem i ruchem bez piłki plącze nogi rywalom, którzy nie nadążają za tempem akcji La Lepra. Martino ustawia swój zespół nominalnie w ustawieniu 4-3-3, ale nie boi się zmieniać tego na 4-2-3-1 (szczególnie w meczach w Copa Libertadores), a nawet na 4-4-2. Ogólna filozofia jednak się nie zmienia - cały czas musi być atak, do którego rzuca się jak najwięcej ludzi. Bielsizm pełną gębą. Nic dziwnego, że w Katalonii znajdą się tacy, którzy chcieliby na ławce trenerskiej Camp Nou zobaczyć właśnie Martino. W tym sam Leo Messi, wychowanek Newell's Old Boys, zachęcający zarząd do ściągnięcia Taty do Barcelony.

Konflikt

Tutaj też pojawia się zgrzyt pomiędzy tym, do czego przyzwyczaiła nas ostatnimi czasy Barcelona, a wizją piłki reprezentowaną przez Gerardo Martino. I choć Tata jest jednym z dwóch faworytów do objęcia po Tito Vilanovie fotela trenera Barcelony, to niektóre media palmę pierwszeństwa w tym wyścigu dają jednak Luisowi Enrique. Lucho ma lepiej rozumieć, czym jest Duma Katalonii, ma doświadczenie w pracy w tym klubie, zwiedził przez jeden sezon inny piłkarski świat, a do tego ciągle nie jest zarejestrowany przez Celtę Vigo jako pierwszy trener tego zespołu. Enrique jest opcją bezpieczną, która pozwoli Barcelonie na utrzymanie swojego DNA i w najgorszym razie niepowodzenie związane z błędami personalnymi. Zatrudnienie Martino wiązałoby się z podjęciem ryzykownych decyzji, które na krótką metę mogłyby się Barcelonie nie opłacić.

Problem pojawia się jednak w tym, gdy zaczniemy się zastanawiać czym dokładnie jest to barcelońskie DNA. Jeżeli rozumiemy to przez ludzi, którzy w ten klub są zaangażowani, którzy w jakimś stopniu stanowili o jego sile, to owszem - Luis Enrique jest w tym momencie najlepszym wyjściem. Wszak jest to były kapitan tego zespołu, który po skończeniu kariery zajął się trenowaniem grup młodzieżowych i rezerw drużyny w Segunda Division.

Czy jednak na pewno o tym, czym jest klub stanowią ludzie? Można się o to spierać, wykorzystując grecką legendę statku Tezeusza. Gdy zastępujemy stare deski nowymi, bardziej trwałymi i robimy to ze wszystkimi częściami okrętu, to czy ciągle możemy mówić o tym samym statku? A jeżeli ze starych desek zbudujemy nowy okręt, to który będzie prawdziwym statkiem Tezeusza? Czy jeżeli cały sztab szkoleniowy, piłkarzy, zarząd przeniesiemy z Barcelony do Rzymu, to który klub będzie prawdziwą Barceloną?

Jak widać, nie zawsze to poszczególni ludzie mogą stanowić sedno samego klubu. To raczej jego historia, wszystkie emocje z nim związane jest tym, co spaja klub i daje mu ciągłość, a także jak w przypadku Barcelony - pewna filozofia. Świat się jednak ciągle zmienia i oddala pewien sposób grania w piłkę od osiągania w niej sukcesów - takie są nieubłagane prawa futbolu. Barcelona potrzebuje odwoływania się do swoich pomysłów na piłkę, ale musi też skorzystać z dorobku innych, jak chociażby z filozofii Gerardo Martino.

Nie wszystko Bielsa, co dużo biega

Ktoś powie, że drużyny Taty grają daleko od siebie, odległość pomiędzy środkowym obrońcą a napastnikiem jest zdecydowanie większa od mitycznych 25 metrów Barcelony, które Pep Guardiola przejął od Arrigo Sacchiego. Do tego południowoamerykańska wizja futbolu w ogólnym sensie może mieć problem przy przełożeniu na europejski grunt, a nieustanny pressing i tempo gry proponowane przez bielsistów może spowodować zmęczenie największych gwiazd zespołu pod koniec sezonu, który przecież kończy się mundialem.

To są zarzuty i pytania zdecydowanie trafione, a odpowiedzi doczekają się dopiero po ewentualnym zatrudnieniu Gerardo Martino przez Barcelonę. Są jednak poszlaki, które wskazują na to, że Blaugrana może uniknąć drogi, na którą musiał wejść Athletic Bilbao. Wzajemne zmęczenie piłkarzy i trenera, afery związane z centrum treningowym, wypalenie całej drużyny i niemoc boiskowa, która stała się efektem tych czynników - ta choroba toczyła Basków w ostatnich rozgrywkach La Liga.

Martino dzięki sukcesom w paragwajskiej piłce (mistrzostwa z Libertad i Cerro Porteno) otrzymał propozycję pracy z reprezentacją narodową tego kraju. Wprowadził Paragwaj na Mistrzostwa Świata w 2010 roku, a rok później także kierował tą drużyną na Copa America. Na mistrzostwach Ameryki Południowej Los Guaranies zasłynęli tym, że dostali się do finału remisując wszystkie mecze na swojej drodze. Choć czasem gra Paragwaju nie polegała tylko na uprzykrzaniu życia rywalowi i udawało się kreować grę, to ogólne podejście drużyny Martino do przeciwnika zarówno na mundialu, jak i w starciach z sąsiadami polegało na dość defensywnych założeniach.



Trener zobaczył profil zawodników, których ma do dyspozycji i ułożył odpowiednią dla nich taktykę, nie sięgając do założeń swojego mentora. I zobaczył, że było to dobre. W kontekście Barcelony pojawia się tutaj kolejny problem. Jeżeli Martino to szkoleniowiec grający szybką, bardzo ofensywną piłkę, ale potrafiący też ustawić zespół defensywnie, to w jaki sposób dopasuje się do Barcelony, która z żadnego z tych pomysłów korzystać na szeroką skalę nie chce? Mnogość podejścia Taty do ustawiania swoich zespołów może nam jednak wskazywać, że nie jest to szkoleniowiec uparcie przywiązany do swojego pierwotnego spojrzenia na piłkę, a potrafiący dostosować się do różnych warunków. Mamy więc trenera, który ma jednoznaczną, ale elastyczną filozofię, a także klub w potrzebie, szukający nowych pomysłów. Spotkać się w drodze problemem nie będzie, chęć do spotkania to jednak zupełnie inna sprawa.
Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook