Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 2 czerwca 2013

Skończyć z ligą oszustów

fot. skysports.com
Czy tak musiało być? - pytali pewnie siebie fani Polonii, oglądając pożegnalne spotkanie ich drużyny przy Konwiktorskiej. Odpowiadamy: nie, nie musiało. Sęk w tym, że ani PZPN, ani Ekstraklasa SA w zakresie stanowienia prawa nie zrobiły dotąd nic, by podobnych przypadków uniknąć.

Od ćwierknięcia jeden krok?

- Pół roku temu prosiłem kilka razy publicznie PZPN i Ekstraklasę S.A. o sprawdzanie ludzi, którzy przejmują kluby. Bez efektu. I mamy Król Gate - ćwierknął przedwczoraj Mateusz Borek, komentator Polsatu i jedna z osób najgłośniej piętnujących wciąż obecnego właściciela Polonii. Jego tekst nie został bez odpowiedzi, bo czujność zachował prezes związku, Zbigniew Boniek.

- Coś Ci sie Matti pomieszało. W wolnym kraju ludzi nie prześwietla PZPN tylko jednostki do tego przeznaczone - odpowiedział prezes, a dyskusja trwała jeszcze kilka wpisów i mimo pojawienia się przykładów inwestycji podejrzanych ludzi w Malagę oraz Portsmouth, nie wnikano w detale. U znanego komentatora zapewne pozostało przekonanie, że coś powinno się zmienić, lecz prezes raczej trzyma się swojego stanowiska. Tylko czemu Zbigniew Boniek sądzi, że Anglia nie jest wolnym krajem?

Fit and proper

To oczywiście delikatne nadużycie, ale w przypadku Portsmouth nie chodziło o to, kogo dopuszczono do rządzenia zasłużonym angielskim klubem, tylko jak później przebiegała ta inwestycja. Subtelna różnica w traktowaniu przyszłych właścicieli w Polsce i w strukturach Football Association polega na ich prześwietlaniu. Od 2004 roku, gdy dla sześciu czołowych lig wprowadzono test o specyficznej nazwie - "fit and proper" - Anglia stara się przynajmniej na tym wstępnym etapie zabezpieczyć swoich członków od różnych szemranych osobistości z kraju i zagranicy. Najważniejsze reguły dotyczą dotychczasowej działalności w sporcie oraz statusu prawnego danej osoby.

W wolnym tłumaczeniu można uznać, że wprowadzone w 2004 roku reguły dotyczyły sprawdzenia, czy osoby aspirujące do miana posiadania przynajmniej 30% akcji w angielskim klubie są zdolne do tej inwestycji i... w ogóle istnieją. W 2009 roku Football Association badało sprawę Notts County, które po przejęciu ich akcji przez dwie bogate rodziny cytowało niejakiego Anwara Shafiego jako ich przedstawiciela. Ten z kolei w wywiadzie dla "Guardiana" wprost stwierdził, że nie ma z klubem nic wspólnego i sprawa natychmiast została poddana śledztwu. Inny był przypadek inwestycji Antona Zingarewicza w Reading, którą opóźniono o dwa tygodnie w kwietniu poprzedniego roku. Bogaty Rosjanin testy zdał, ale jego zespół nie wytrzymał trudów pierwszego sezonu Premier League i już jest z powrotem w Championship.

Premier League zresztą niedawno zmieniło zasady i teraz sprawdza każdego, kto chce wejść w posiadanie choćby 10% akcji. W Championship liga bada właścicieli, ale nie podaje publicznie nazwisk i ich danych - ostatnio głośna była sprawa przejmowania władzy w Leeds United, gdy skądinąd powszechnie znany z różnych inwestycji Ken Bates stał za nieznaną grupą szukającą kupca na ten klub. Długo odmawiał on podzielenia się tą informacją, aż akcje przeszły w inne ręce, by następnie znów zmienić właściciela. Wszyscy zdawali test "fit and proper", ale niektórzy nie kryli się z intencją bycia tylko tymczasowymi posiadaczami United.

Pełne wsparcie?

W Anglii w sprawie chronienia klubów jest pełne porozumienie z władzami. W 2009 roku zarządzający Football League, Lord Mawhinney, prosił rząd o rozszerzenie kompetencji testów. Jednakże panuje również powszechna obawa, że inne, ostrzejsze zasady mogłyby być niezgodne z regułami Królestwa czy nawet Unii Europejskiej. Gdy w październiku minionego roku firma oferująca krótkoterminowe i wysokoprocentowe pożyczki chciała wspomóc Newcastle, w rządzie proszono o pozwolenie na sprawdzanie sponsorów w futbolu.

Oczywiście nie brakuje krytycznych opinii. Najważniejsza dotyczy planów właścicieli - żaden test bowiem nie sprawdzi, czy osoba inwestująca w klub ma dobre lub złe wobec niego intencje. Powody czysto sportowe czy uczuciowe już dawno wypadły z tej listy. Przy obecnie rosnącej wartości piłkarzy oraz futbolowych marek (już nie tylko klubów), warto posiadać dobrze prosperujący klub. To zabezpieczenie, ale często i karta przetargowa w przypadku innych transakcji, dowód na własną zdolność finansową.

W ostatnich latach w Anglii regularnie kluby zadłużają się czy przechodzą pod władanie syndyku upadłościowego - po prostu likwidatora. W Portsmouth, do czasu ostatniego przejęcia klubu przez stowarzyszenie kibiców, karano ich odejmowaniem punktów, zwalniano pracowników, nie pozwalano dokonywać transferów czy nawet zatrudniać piłkarzy na dłuższe niż trzy miesiące umowy. Tymczasowi właściciele przerzucali sobie Portsmouth jak gorącego ziemniaka, ale próżno było szukać osoby, która miałaby plan dla drużyny z Fratton Park na wiele lat. Kilka tygodni temu Coventry City było bliskie wyrzucenia ich z biur na (niegdyś) swoim stadionie.

Kontrowersje

Jedynym, który testu nie przeszedł, był Denis Coleman, który chciał zainwestować w Roterham United kilka lat temu. Jednak jego sprawa nie jest tak oczywista. Owszem, był on na pokładzie, gdy likwidator dwukrotnie pukał do klubowych drzwi, ale jako wieloletni kibic miał on pomysł na dalsze funkcjonowanie drużyny, zresztą wcześniej pomagał redukować znaczący dług. Nie dostał pozwolenia na złożenie swojej oferty przejęcia, bo po prostu wcześniej był na pokładzie tonącego statku.

Problemem jest także... obiektywność testu. - My nie sprawdzamy indywidualności czy podmiotów subiektywnie wiedząc, że później mielibyśmy przed sądem spore problemy - tłumaczył dwa lata temu rzecznik Football League. Obiektywne uwarunkowania pozwalają obecnie wyeliminować znaczną część potencjalnych inwestorów, którzy albo mają problemy z prawem (np. byli skazywani za korupcję), albo już mają udziały w innym klubie czy po prostu mają zakaz pracy w sporcie. Jednak federacje i organy ligowe nie odkryły jeszcze jak radzić sobie z przyszłością tych osób i ich planami, nie mogą też patrzeć na, przykładowo, kontrowersje związane z takimi indywidualnościami. Były minister Tajlandii, Thaksin Shinawatra, zainwestował w Manchester City mimo toczącego się procesu w jego rodzimym kraju i oskarżeń o łamanie prawa człowieka za czasów sprawowania tam władzy.

Nie powinno więc dziwić oburzenie piłkarskiego środowiska, gdy kluby takie jak Wolverhampton, Portsmouth czy Blackburn Rovers lecą na łeb i szyję w klasyfikacji ligowej przez fatalne zarządzanie. Apel jest jasny i głośno powtarzany przy każdej możliwej okazji - testy "fit and proper" powinny być procesem, a nie jednorazowym sprawdzianem. Problem jest również taki, że nawet surowe reguły wprowadzanego "Financial Fair Play" są łatwo omijane przez duże i często irracjonalne umowy sponsorskie, czego przykładem jest choćby Manchester City.

Z ziemi angielskiej...

Jak to się ma do Polski? Przede wszystkim pokazuje to, że Anglia jest znacznie dalej w tym temacie niż w ogóle prezes PZPN sobie wyobraża. Eliminacja czy ograniczenie części zagrożenia stabilizacji środowiska futbolowego było słusznym krokiem, ale niewątpliwie kibice czekają na kolejne potrzebne rozwiązania. Prace są prowadzone, lecz po prawdzie nie da się w stu procentach uniknąć oszustów lub tych, którzy na piłkarskiej kasie chcą żerować. Mimo wszystko ostatnie historie, na 92 kluby zrzeszone w czołowych czterech ligach, są i tak w porównywalnej skali do wyłącznie dwóch najwyższych dywizji w Polsce.

Klubów, które mają poważne kłopoty finansowe nie brakuje, opóźnienia w wypłatach są wręcz smutną rzeczywistością w lidze, która profesjonalna jest tylko z nadanego jej sztucznie tytułu. Dopóki trwać będzie przekonanie, że w temacie "kto w zawodowe kluby może inwestować" nic nie da się zrobić, smutne historie kibiców będą się powtarzać. Nawet przy w gruncie rzeczy tak ograniczonym systemie testów jaki jest w Anglii, dałoby się zatrzymać wykupienie przez Ireneusza Króla licencji Polonii Warszawa - przecież w tym samym czasie jego spółki "sponsorowały" GKS Katowice, a on sam przyznawał się do fundowania piłkarzom obozu przygotowawczego.

Stwierdzenie, że do ratunku "Czarnych Koszul" zabrakło konkretnych paragrafów, jest zapewne na wyrost, ale niech angielski przykład będzie dla PZPN-u i Ekstraklasy nauczką oraz ścieżką, którą najwyraźniej trzeba podążyć. - Tacy jak Król psują Wasz biznes - dodał Mateusz Borek w przytoczonej twitterowej rozmowie ze Zbigniewem Bońkiem. Teraz pozostaje kwestia tego, czy nadal takim ludziom będzie się na dewastację polskiej piłki nożnej pozwalało, strasząc ich jedynie wypełnianiem wniosków z prognozami finansowymi. Zamiast wierzyć w ich często wyczarowane dane, czas sprawdzić jakie mają karty i czy, jak Ireneusz Król, nie blefują. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook