Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 22 września 2013

Schizofrenia Valencii

fot. marca.com
W życiu podobno od miłości do nienawiści krok. A na Mestalla - 5 kolejek.

W czwartek Los Ches polegli na własnym stadionie w inauguracyjnym spotkaniu Ligi Europejskiej z Swansea w stylu, który nie pozwala bronić ani trenera, ani piłkarzy. Miroslaw Djukić znów wystawił do gry mocno przemeblowany skład i znów nie trafił. Nowi piłkarze nie tylko okazali się równie apatyczni, co poprzedni wybrańcy Serba, ale wykazywali wręcz skłonności do sabotażu. Co prawda można dyskutować czy wyrzucając po 10 minutach z boiska Adila Ramiego arbiter się czasem nie pospieszył, ale brak też przesłanek by twierdzić, że nieosłabione Nietoperze byłyby równorzędnym rywalem dla hiszpańskiej drużyny z Walii, reprezentującej Premier League.



Była to już czwarta porażka Banegi i spółki w tym sezonie, a trzecia poniesiona w tak beznadziejnym stylu. Wcześniejsze dwa koszmary walenckiej ekipy rozegrały się jednak poza domem, więc reperkusje tych zdarzeń naturalną koleją rzeczy były mniejsze. Gdy Valencia odegrała swój kabaret w obecności własnych kibiców, musiała liczyć się z przykrą reakcją fanów. W takich sytuacjach nie działają reguły odpowiedzialności solidarnej, wina za złą passę nie rozkłada się równomiernie na wszystkich pracowników. W takich sytuacjach zawsze pewna jednostka stoi na z góry straconej pozycji, będąc rzuconą na pożarcie - tą osobą jest trener.

Miało być pięknie

Kto jeszcze w czerwcu mógł przewidzieć, że były szkoleniowiec Realu Valladolid będzie wykopywany z ławki Blanquinegros nim zdąży się na niej rozsiąść? Pewnie niewielu. Dziś wszyscy przebąkują o powtórce z rozrywki i wspominają przypadek sympatycznego i eleganckiego, acz nie dość utalentowanego, by samodzielnie dowodzić Valencią, Mauricio Pellegrino. Tylko czy naprawdę mamy tu do czynienia z tak wyraźną analogią i Serb podzieli wkrótce los byłego kolegi z defensywy drużyny z Mestalla? Kto tak myśli, ten zabrnął za daleko i posądza zarząd klubu i Amadeo Salvo o praktyki samobójcze.

Bo czy naprawdę decydenci 5. drużyny poprzednich rozgrywek byliby skłonni popełnić drugi raz podobne głupstwo ze szkodą dla klubu, któremu służą? Nie sądzę i w mojej opinii tego nie zrobili. Zarząd miał solidne podstawy do tego, by postawić na Djukicia. Ze skazywanych na spadek Los Pucelas 47-latek zbudował naprawdę solidną ekipę, zdolną do pozytywnych niespodzianek i unikającą wpadek, czego nie można było powiedzieć o zeszłorocznej Valencii, czy to o tej dowodzonej przez Pellegrino, czy to o tej lepszej wersji spod ręki Valverde. Serb w żadnym wypadku nie pokazał, że praca na Estadio José Zorilla musi być Mount Everestem jego możliwości, a trzeba mieć na uwadze, że już wówczas miał za sobą udane epizody w pracy z Partizanem Belgrad czy młodzieżową reprezentacją Serbii. Nowi pracodawcy mieli pełne prawo uważać, że ta kandydatura może być strzałem w "10" i nijak ma się do odważnego pomysłu z zatrudnieniem naturszczyka, jakim był Pellegrino.

Przychylnym okiem na nowego szkoleniowca patrzyli i kibice. Jeśli nie przekonywało ich jego CV to z pewnością trafiały już do nich jego słowa. Jasno wskazując kogo chce zatrzymać, na kogo chce postawić i wokół kogo będzie miał zamiar budować zespół, wysyłał jasny komunikat - nie jestem tu by burzyć i budować od nowa, bo przyszedłem tu by kontynuować projekt Valverde. A przecież popularny Txingurri miejscowym podpadł na dobrą sprawę tylko raz - odchodząc z klubu.

Djukić zapewniał przy tym, że chce przywrócić Valencii dawną estymę i przekonywał, że klub stać na zdobycie, choć jasnych deklaracji nie składał. Podsumowując - równy gość.

Zmiany, zmiany, ale alternatyw brak

Skoro miało być tak dobrze, czemu jest tak źle? Czemu w Walencji uważają, że Djukić już się skończył, choć na dobrą sprawę nawet się nie zaczął? Odpowiedzi znów trzeba szukać w wydarzeniach z poprzednich rozgrywek. Mając na względzie fantastyczną misję Ernesto Valverde, który tchnął w drużynę nowego ducha i omal co nie zapewnił jej gry w LM, środowisko klubu jest przeświadczone, że zmiana dowodzącego jest lekiem na całe zło, a lepszy refleks (wszak Pellegrino dotrwał aż do grudnia) znajdzie swe odbicie w lepszym rezultacie końcowym. Niestety w ten sposób mylony jest wyjątek z zasadą.

Nie dość, że rzadko kiedy takie cuda się dwa razy zdarzają, to ciężko wskazać kogoś, kto miałby dla Los Ches być tym, kim był dla nich w poprzednich rozgrywkach obecny trener Athletiku Bilbao. Quique" Sánchez Flores czy Luis Aragones nie są ludźmi z ulicy, ale długi odwyk od poważnej piłki jaki jeden z drugim zaserwowali sobie w ostatnim czasie, nakazuje z dystansem podchodzić do tych opcji. Futbol to dziedzina dynamiczna i odgrzewanie starego kotleta rzadko zdaje ostatnimi czasy egzamin.

Gdyby zresztą Valencia chciała naprawdę wiernie odwzorować zeszłoroczny scenariusz należałoby ponownie zawitać do Pireusu i stamtąd wyciągnąć balującego tam Míchela. Pamiętając w jakich okolicznościach ten szkoleniowiec żegnał się z ojczyzną nie ulega jednak wątpliwości, że decydując się na takich ruch Blanquinegros zapewniliby sobie potężną dawkę szydery. Z drugiej strony ciekawe czy były opiekun Sevilli w ogóle by chciał zamienić ciepłą posadkę na Półwyspie Bałkańskim na walenckie bagienko.

Dajcie żyć

Wszystkie krytyczne komentarze kierowane pod adresem Serba można skontrować w jeden sposób - poważne kluby (a za taki chce uchodzić Valencia) nie zwalniają trenerów po czterech kolejkach.

Zwłaszcza, że nie jest do końca tak, że za pozostawieniem Djukicia na stanowisku nie przemawiają żadne argumenty. Choć Serb jest w klubie od niedawna już raz dał powód by wątpić w efekty jego pracy. Miało to miejsce w czasie pretemporady, w której Los Ches do pewnego momentu radzili sobie tragicznie, nie potrafiąc się uporać z niemieckimi przeciętniakami. Wreszcie nadeszło jednak przełamanie. Nietoperze rozgromiły Inter, a na fali tego tryumfu w pokonanym polu zostawili jeszcze Everton i Olympiakos, pozostając bez porażki do końca przygotowań. To dlatego do spotkania z Málagą kibice podchodzili z optymizmem i dlatego po ligowym falstarcie odczuwają podwójny zawód.

Oczywiście mecze przedsezonowe to inny ciężar gatunkowy i nie ma co przypisywać osiąganym w nich rezultatom zbyt dużej wartości. Nie róbmy jednak z Djukicia nieudacznika, który stanął przed zadaniem przerastającym jego możliwości, bo tak nie jest.

Nie za wszystkie obecne problemy 47-latek odpowiada. Nie jest jego winą, że klub stracił klasowych zawodników, których nie zastąpił niemal nikt przebojowy, bo nawet, jeśli uznamy Oriola Romeu, Míchela Herrero i Javiego Fuego za potencjalnie przydatnych graczy, którzy dali się poznać z dobrej strony w innych drużynach, to w białej koszulce Valencii swój potencjał sprawnie kamuflują. Materiałem na kogoś takiego może być sprowadzony z Monterrey Dorlan Pabón, ale minie trochę czasu, nim Kolumbijczyk oswoi się z nową drużyną.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że w Valladolid Serb zbudował sprawniej działający mechanizm, korzystając z mniej atrakcyjnych materiałów. Na Estadio José Zorilla miał on jednak do dyspozycji zawodników bardziej oddanych sprawie, z których żaden nie uznawał się za gwiazdę, a gdy nawet "sodówka" lekko uderzyła do głowy Patrickowi Ebertowi, trener szybko sprowadził go na ziemię. To ostatnie przeczy przy okazji tezie, że Djukić nie umie zdobyć sobie szacunku piłkarzy i brak mu charyzmy. Może po prostu jest tak, że głupiemu do rozsądku nie przemówisz? Do podobnych wniosków dochodzi i sam szkoleniowiec, który po spotkaniu z Betisem miał zapytać swoich podopiecznych - Macie ze mną problem?

Niemożliwość znalezienia wspólnego języka z drużyną rodzi kolejny kłopot. Na boisku nie ma nikogo, kto byłby przedłużeniem trenerskiej ręki. Kogoś, kim w barwach Pucela był Óscar González. Wytypowany do tej roli Éver Banega zadowolił się udanym presezonem. Od początku rozgrywek prezentuje natomiast przytomność umysłu z czasów, gdy doprowadzał do spłonięcia własnego samochodu lub do tego, że jego własne auto łamało mu nogę. A w pozbawionej prawdziwego przywództwa drużynie dzieją się cuda. Dani Parejo podaje do Salvy Sevilli czym prokuruje gola dla rywali. Adilowi Ramiemu odcina prąd w głowie i w 10. minucie rozpaczliwie powstrzymuje Wilfrieda Bony'ego za co wylatuje z boiska. Czy za takie błędy naprawdę odpowiada Djukić?



Mentalność białych chusteczek

Oczywiście liczb się nie oszuka. Ciężko też stwierdzić, że Valencia gra atrakcyjny i skuteczny futbol, mając na uwadze, że jedyne 3 punkty zainkasowali po nieciekawym meczu z Málagą, której wtedy jeszcze dużo bliżej było do grupki przypadkowych ludzi, którzy skrzyknęli się by grać w piłkę na chwałę Los Boquerones, niż do bycia bycia poważnym konkurentem. Nerwowe i przeprowadzane na dużą skalę roszady w składzie również sugerują, że Djukić lekko się pogubił. Mimo takiego stanu rzeczy warto zauważyć, że Serb nie zrzuca (choć mógłby) winy na innych - Jestem pierwszym odpowiedzialnym za wyniki klubu. Rozumiem kibiców, że nie są zadowoleni. Nie mogę prosić o wsparcie, bo na nie nie zasługujemy.

To ostatnie zdanie obrazuje nam w pewnym sensie mechanizm funkcjonowania Los Ches w ostatnich latach. Drużyna w ciężkich chwilach nie może liczyć na wsparcie. Valencia ostatnich lat to twór niepewny, ale nie chodzi tu bynajmniej o efekty pracy Djukicia, a o to jak na Mestalla zostały zachwiane proporcje. Kibice machają białymi chusteczkami - odchodzi Pellegrino. Kibice machają białymi chusteczkami - odchodzi Manuel Llorente. Kibice machają białymi chusteczkami - odejdzie Djukić? Jeśli tak, będzie to powód do niepokoju. Fani to skarb każdej drużyny, ale także potężne pokłady emocji. Tam gdzie są emocje, często zanika zdolność do racjonalnego myślenia. A to coś, na co Blanquinegros nie mogą sobie pozwolić w tak trudnych czasach.

Valencia niewątpliwie ma problem. Ten problem to jednak nie Djukić, a kwestia postrzegania świata jedynie w podstawowych kolorach tego klubu - bieli i czerni. Tymczasem piłkarskie realia nie są tak monochromatyczne. Czasem trzeba zredukować swoje bieżące oczekiwania, wycofać się i w spokoju przygotować nowy plan. Od tego zaczęły się wszystkie dobrze prosperujące obecnie hiszpańskie projekty by wymienić Real Sociedad (który na przełamanie Montaniera czekał przecież 1,5 roku), Sevillę, potężniejące w oczach Atlético czy nawet Real Betis, który w imię odbudowy własnych fundamentów spadł nawet do Segunda.

Takie rozwiązanie wymaga poświęceń, ale ma dużo więcej sensu niż stawianie po 4 kolejkach Djukiciowi ultimatum i uzależnianie jego przyszłości od dzisiejszego spotkania z Sevillą. Bo jeśli kolejną chaotyczną rewolucję na Mestalla zapoczątkuje trener Los Nervionenses Unai Emery, wyrzucony swego czasu z Valencii w równie niesprawiedliwych okolicznościach, czy nie będzie to chichot losu? Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook