Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 6 listopada 2013

Rumak do weryfikacji

fot. Roger Gorączniak, Wikimedia
Mariusz Rumak udowodnił, że potrafi osiągać dobre wyniki w trudnych warunkach. Dość sprawnie posprzątał bałagan zostawiony przez Jose Mari Bakero i już po kilku tygodniach od trenerskiego debiutu awansował do europejskich pucharów. Jeszcze lepsze wyniki miał w pierwszym pełnym sezonie – poprowadził drużynę do wicemistrzostwa Polski. Lech przez większą część sezonu okropnie męczył swoją grą – można to było uznać za koszt przebudowy składu – ale był wyjątkowo skuteczny, często punktując wbrew wszystkiemu. Tak jest zresztą nadal. Od początku kadencji Rumaka w Lechu więcej punktów w lidze ugrała tylko Legia, reszta jest daleko w tyle. Jednak coś tu zgrzyta.

Praca Rumaka przynosiła doraźne efekty, krótkoterminowy zysk, ale ciągle można było mieć wątpliwości, czy dobrze rokuje w dłuższej perspektywie. Dobry wynik wcale nie musi oznaczać równie dobrych perspektyw, czasami lepiej zrobić krok do tyłu, żeby później wystrzelić naprzód.

Wątpliwości spotęgowały dwa dwa oblane w złym stylu egzaminy w eliminacjach Ligi Europy. Oba – pierwsza zakończona mocnym ciosem od AIK Solna, druga kompromitacją z Żalgirisem Wilno – brutalnie zweryfikowały Lecha i pokazały, że drużyna Rumaka może całkiem skutecznie szarpać się na krajowym podwórku, ale na międzynarodowej arenie nawet przeciwko słabym rywalom wygląda mało poważnie. A przecież dobre występy w Europie są dla Lecha nadrzędnym celem.

Być może Rumak był odpowiednim człowiekiem, żeby poradzić sobie w tamtych okolicznościach, porządkowania placu budowy i zwożenia nań materiałów, ale oferuje za mało, żeby wskoczyć na wyższy poziom. Niektórzy potrafią załatać dach, żeby nie ciekło, ale nie zbudują ładnego domu od fundamentów.

Są ku temu przesłanki. Lech od kilkunastu miesięcy drepcze w miejscu. Drużyna za kadencji Rumaka nie robi postępów – jej gra z grubsza wygląda tak samo, jest przewidywalna i pozbawiona błysku, z tymi samymi niedostatkami i wciąż powtarzającymi się błędami. Trener dostał czas, sporo zaufania, ale nie przełożyło się na poprawę jakości gry i rozwój piłkarzy. Zmieniają się drobiazgi – w zeszłym sezonie Lech potrafił wygrywać na wyjazdach, ale nie radził sobie z odrabianiem strat. Teraz stracił jedno, ale zyskał drugie i tak naprawdę trudno powiedzieć dlaczego.

Czasami wydaje się, że już-już Lech idzie w górę, robi kolejny krok, ale po następnym meczu okazuje się, że to był tylko pozytywny wypadek przy pracy. Splot szczęśliwych okoliczności – dobrze ułożonego meczu i kumulacji dobrego dnia kilku zawodników. Tak właśnie gra Lech – od przypadku do przypadku. Czasami dobrze, czasami źle. Brak w tym regularności, to raczej tylko pojedyncze zrywy. Marna to droga do sukcesu, bo przypadek nie należy do nikogo i nie można na nim nic budować.

Lech za kadencji Rumaka nie wypracował swojego stylu. Wciąż nie ma boiskowej tożsamości, to bardziej zlepek jednostek niż dobrze funkcjonujący organizm. Trudno odgadnąć, co jest pieczęcią trenera; jeszcze trudniej zdefiniować znak rozpoznawczy drużyny. Nie jest nim ani przyzwoity atak pozycyjny, ani szybkie kontry; ani efektywna i efektowna ofensywa, ani żelazna obrona; ani boiskowi artyści, ani wojownicy. Ani, ani. Piłka nożna nie lubi skrajności, ale ceni wyraziste atuty, które wyróżniają klub z ligowej szarzyzny. Takich dzisiaj Lechowi brakuje, mimo że ma – przynajmniej w teorii – jeden z największych potencjałów w całej lidze. Nie potrafi go jednak wykorzystać. Lepszą piłkę prezentują drużyny skromniejsze, z mniejszymi aspiracjami i słabsze kadrowo.

Oczywiście Rumak – jak każdy trener – może znaleźć sobie dość łatwe wymówki.

Po pierwsze, Lecha w tym sezonie nawiedziła plaga kontuzji, które rozbijały przygotowania. To fakt, który na pewno miał negatywny wpływ na grę drużyny. Ilość urazów każe wątpić, że to tylko pech, w niektórych przypadkach każe zwrócić uwagę na metody treningowe. Poza tym forma kilku piłkarzy, którzy uchowali się w zdrowiu była wysoce niezadowalająca. Inni od dłuższego czasu stoją w miejscu, zrzucanie winy tylko na urazy byłoby w ich przypadku zbyt daleko idącym uproszczeniem.

Po drugie, sezon jest naprawdę długi i dużo można jeszcze ugrać. Sytuacja nie jest zła, Lech gra słabo, ale jest w czołówce i jeszcze w tym roku może zaatakować miejsce na podium. W podobnej sytuacji na półmetku rozgrywek był trzy lata temu Lech Jacka Zielińskiego, który po kapitalnej rundzie wiosennej zdobył mistrzostwo. Tamta drużyna miała w sobie jednak więcej jakości – Lewandowskiego na szpicy, Peszkę na skrzydle, Stilicia na dziesiątce i twardych, skutecznych obrońców.

Takie tłumaczenie byłoby jednak mało przekonujące i nie zmieni faktu, że Lech jesienią przeżywa stagnację. Zamiast kroku do przodu wlecze się i rzęzi tak jak rok temu. Tak jakby ktoś zapomniał zwolnić ręczny hamulec.

Kwintesencją niemocy mógł być niedawny mecz z Górnikiem. Mógł, ale Lech wygrał go w zupełnie nielogicznych okolicznościach. Pierwsza połowa była kompromitacją „Kolejorza”. To było najgorsze 45 minut Lecha w tym sezonie. Analiza jego gry w tym czasie zasługiwała na miejsce nie w magazynach sportowych, ale w serwisie wiocha.pl. Zwycięstwo trochę jednak złagodziło nastroje i kaca po tym nędznym meczu. A już na pewno zaciemniło obraz gry.

Praca Rumaka w Lechu miała różne etapy – lepsze, trochę gorsze, zupełnie rozczarowujące. Często – mam wrażenie – przesłaniały ją durne zachowania i niefortunne wypowiedzi. Teraz zbliża się moment weryfikacji. Decyduje się, czy Rumak będzie potrafił opanować sytuację i pchnąć drużynę na dobre tory, wznieść ją na lepszy poziom, czy te buty będą dla niego zbyt duże i powieli drogę Tomasza Kafarskiego. Do tego punktu ich kariery rozwijają się bliźniaczo. Kafarski nie dał rady zrobić kroku do przodu. Przegrał i teraz powoli odbudowuje się na zapleczu Ekstraklasy.

Z Rumakiem może być podobnie. To trener o daleko bogatszym doświadczeniu niż jeszcze kilka miesięcy temu, horyzontach poszerzonych o sukcesy i niepowodzenia, ale nie musi się to przełożyć na efekty. Również dlatego, że czasami ma problem z wytrzymaniem ciśnienia. Sukces – mierzony wynikami i jakością drużyny – będzie dla niego trampoliną na szczyt, porażka zepchnie go na kwarantannę gdzieś do Chojniczanki albo Miedzi. Jest o co grać. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook