Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 7 października 2013

Roma niezwyciężona

foto: goal.com
Pierwsze miejsce w tabeli, świetna gra - w żółto-czerwonej części Rzymu powróciło słodkie życie. Kilka miesięcy temu taka sytuacja nikomu nie przyszłaby do głowy. Co więc spowodowało rzymski renesans?

Sobotnie zwycięstwo Romy nad Interem na San Siro przedłużyło imponującą serię kolejnych zwycięstw. Na razie licznik wskazuje "siedem", ale nikt w Rzymie nie zamierza na tym poprzestać. Giallorossi notują najlepszy start w Serie A w całej swojej historii, a robią to grając piłkę tak świetną, że ręce same składają się do oklasków.

Drużyna gra futbol ofensywny, płynny i ładny dla oka, a w takim stylu gry jak ryba w wodzie czuje się legenda klubu i ikona całego miasta - Francesco Totti, który nie spocznie, dopóki nie pobije rekordu bramek w Serie A, liczącego sobie już ponad sześćdziesiąt lat, należącego do Silvio Pioli, dawnego snajpera Lazio, Torino, Juventusu i Novary. Brakuje mu 45 bramek.

Francuski łącznik

Roma swój niesamowity początek zawdzięcza umiarowi w podejściu do gry w piłkę. Po dwóch latach, gdy różne odmiany ofensywnego stylu gry chcieli wprowadzić najpierw Luis Enrique, a potem Zdenek Zeman, Roma znajdowała się wciąż w tym samym miejscu. W 2011 sięgnięto po związanego z Barceloną szkoleniowca, w nadziei, że ten spowoduje, że Rzymianie grać będą jak Duma Katalonii i od razu odnosić sukcesy. Część pierwszą, przynajmniej statystycznie, wykonano, z drugą były spore problemy, a atmosfera w szatni nie dawała nadziei na poprawę. Sięgnięto więc po Zemana, czeskiego trenera z wadą wzroku - widział bowiem tylko jedną połowę boiska - tę należącą do przeciwnika. Roma dużo więc strzelała, ale jednocześnie traciła wiele bramek. I tak samo, ten sposób gry w przypadku Romy nie wypalił. Zdarza się.

W lecie tego roku nowym szkoleniowcem Romy został były trener Lille, Rudi Garcia. W klubie z północy Francji Garcia zdobył podwójną koronę na krajowych boiskach w roku 2011, ale wciąż musiał mierzyć się z nieustannym osłabianiem składu i sprzedażą najlepszych zawodników. Mimo to francuski trener umiał tworzyć drużynę utrzymującą się w czołówce Ligue 1, która grała po ziemi, płynnie i ofensywnie, nie zapominając o zjawisku obrony. Garcia zmieniał wtedy ustawienie, szukał optymalnych rozwiązań, by odpowiednio zrównoważyć straty w ludziach. Prasa znad Sekwany nie była więc daleka od prawdy, gdy nazywała Lille "małą Barceloną".

W Lille Garcia najczęściej używał systemu 4-3-3, gdzie środek pola Mavuba-Balmont-Cabaye stanowił fundament dla trójki wymieniających się pozycjami napastników: Hazard-Sow-Gervinho. U szczytu formy, hurtowo strzelane bramki tej szóstki dały Garcii mistrzostwo Francji i Coupe de France.

Rzymskie atrakcje

Francuski trener przeniósł swój ideał z północy Francji do stolicy Włoch i na swoje szczęście trafił na zawodników o podobnej charakterystyce. Role środkowych pomocników przypadły de Rossiemu, Strootmanowi i Pjaniciowi, natomiast w ataku Garcia postawił na tercet Gervinho-Totti-Florenzi, który tak samo jak francuski pierwowzór nieustanie krąży po całej szerokości boiska, nie dając rywalowi żadnego punktu odniesienia. Występujący na środku ataku Totti wrócił na pozycję, którą zdefiniował za czasów Luciano Spalettiego - fałszywą dziewiątkę. - Pracowaliśmy z nim o jego schodzeniu w głąb pola, żeby mógł być rozgrywającym w fazie ataku. On ma niesamowitą wizję, wykonuje zagrania w bardzo krótkim czasie. To ważne, żeby mieć zawodników dookoła niego, którzy zaoferują mu rozwiązania - mówił na temat swojego kapitana Rudi Garcia.

W rzymskim mechanizmie każdy zawodnik wie, co ma robić i doskonale odnajduje się w tym pozornym chaosie. Często jedynym zawodnikiem, który aktywnie nie uczestniczy w ataku jest stoper Leandro Castan, gdyż jego partner ze środka defensywy - Mehdi Benatia - stara się też pomóc kolegom z przodu, czego dowodem była bramka strzelona w Genui przeciwko Sampdorii, która fanom włoskiej piłki przypomniała pewnie akcje Franco Baresiego z Milanu przełomu lat 80 i 90.



Jednak poprawa gry Romy nie bierze się tylko z taktyki. Rudi Garcia w Rzymie musiał wykonać znacznie ważniejszą pracę, która wykraczała poza to, co można zrobić na boisku treningowych w Trigorii.

Wiem, że masz duszę

W maju tego roku w finale Coppa Italia na Stadio Olimpico w stolicy Włoch spotkali się dwaj odwieczni rywale - Lazio i Roma. Dla obu drużyn ten mecz był okazją do naprawienia nienajlepszych sezonów i zapewnienie sobie gry w Europie. Triumf przypadł w udziale Biancocelesti - dla kibiców Romy to było za wiele. Wściekli fani Giallorossi zebrali się w centrum treningowym klubu i zaatakowali autobus wiozący drużynę. Piłkarzy nazwano "najemnikami", lżono szefostwo klubu w osobach dyrektorów Franco Baldiniego i Waltera Sabatiniego, a także samego prezydenta Jamesa Pallottę. Jeszcze na samej murawie z oczu "przyszłego kapitana" - Daniele de Rossiego - popłynęły łzy. Atmosfera wokół klubu była fatalna i niewiele widać było promyków nadziei.

Zwolniono tymczasowego trenera Aurelio Andreazzoliego i rozpoczęto poszukiwania nowego szkoleniowca, które ciągnęły się niemiłosiernie i prowadziły szefostwo klubu od porażki do porażki. Nie podpisano umowy ani z Walterem Mazzarrim (który potem został trenerem Interu), ani z Massimilliano Allegrim, ani ze Stefano Piolim. W końcu zdecydowano się na Rudiego Garcię, ale zmęczenie związane z niepewnością skutecznie przysłoniło kibicom jakikolwiek entuzjazm z tego ruchu.

Ta atmosfera udzieliła się też dziennikarzom podczas pierwszej konferencji prasowej nowego trenera. Pytano się Francuza o to, czy zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest szkoleniowcem pierwszego wyboru, dawano mu też do zrozumienia, że kibice po dwóch beznadziejnych sezonach i przegranej w finale Pucharu Włoch są wściekli, a słaby początek sezonu może tylko dolać oliwy do sporego przecież już ognia. No i na sam koniec padło też pytanie, w którym dziennikarz dziwił się, że Garcia opuszcza "nowe El Dorado futbolu" na rzecz ligi, która znajduje się w permanentnym kryzysie, a jej reputacja pikuje.

Garcia musiał też wypowiedzieć się na temat "duszy" rzymskiego klubu, której miałoby nie być. Francuz odpowiedział lakonicznie: "Roma ma duszę. Ważne jest jednak to, żeby skład coś zdobył, żeby wszyscy grali dobrze dla swoich kolegów i kibiców".

Nikt za wiele po tym sezonie Romy sobie nie obiecywał - z klubu odeszli utalentowani zawodnicy w osobach Erika Lameli, Marquinhosa i Pablo Osvaldo, a zastąpiono ich szeregiem piłkarzy, którzy poziomem nie dorastali ubytkom w składzie. Zarówno Gervinho, jak i Maicon w swoich poprzednich klubach w żaden sposób nie przypominali siebie samych u szczytu formy, dwójka z Bałkanów: Adem Ljajic i Tin Jedvaj to wciąż melodia przyszłości, natomiast nie do końca wiadomo było czego się spodziewać po Mehdim Benatii, Kevinie Strootmanie i Morganie de Sanctisie.

Duch i kolektyw

Rudi Garcia zdołał jednak przekuć słabości w mocne strony zespołu. Roma choć nie dysponuje importowanymi i błyskotliwymi indywidualnościami, to potrafi wygrywać mecze kolektywem, brak gry w europejskich pucharach daje Romie okazję do gry najsilniejszą jedenastką co tydzień, a gniew po straconych dwóch sezonach stał się podstawą do ciężkiej pracy na treningach. Francuz ma doświadczenie w przekonywaniu piłkarzy, to on sprowadził Joe Cole'a na południową stronę kanału La Manche i pokazał, że nawet po trzydziestce można się rozwinąć jako piłkarz. Garcia zna świetnie język angielski, a od razu po przyjściu do Rzymu zaczął się też intensywnie uczyć włoskiego.

- Poza wynikami najbardziej cieszy mnie duch w drużynie. Kiedy widzę radość na twarzach piłkarzy i więź z kibicami, to mówię sobie, że jesteśmy na dobrej drodze. To najważniejsza rzecz, którą musimy zapamiętać na dzisiaj i na przyszłość. - podsumowuje początek sezonu Rudi Garcia. Roma nie byłaby w stanie grać takiej piłki, piłkarze nie mogliby tak sumiennie wykorzystywać wszystkich poleceń trenera, gdyby nie poprawa atmosfery w klubie. Garcia wspomniał o kibicach, którzy po czterech miesiącach od wrogości do piłkarzy przeszli do ich uwielbienia. Aż tysiąc sympatyków Romy witało swoich ulubieńców na lotnisku Fiumicino wracających z Mediolanu po zwycięstwie nad Interem.



Garcia przywrócił drużynę jej kibicom, sprawił, że Rzymianin znowu może się ze swoim zespołem identyfikować, a świetna gra zespołu zgromadzonym na Stadio Olimpico przypominać może najlepsze czasy ekipy Luciano Spallettiego, która przed kilkoma laty definiowała przecież krajobraz Ligi Mistrzów.

Choć w tym momencie nie widać powodów do zmartwień zespołu z Rzymu, to warto stawiać znaki zapytania. Powszechna to wada ludzka nie myśleć o burzy, gdy pogoda spokojna - pisał Machiavelli i trzeba mieć z tyłu głowy to, co zwykle przy każdej dobrze radzącej sobie drużynie. Kluczem do końcowego sukcesu w tym sezonie będzie na pewno zachowanie w dobrym zdrowiu i formie wszystkich zawodników. Roma nie może pochwalić się dużą i wyrównaną kadrą - obecna pierwsza jedenastka będzie na ten sezon domyślną. Co prawda trener jest bardzo roztropny w treningu, obóz przygotowawczy trwał tylko dziewięć dni, a w ciągu tygodnia treningi są dość lekkie. Jednak we Francji często podnoszonym zarzutem wobec Garcii był brak planu B - gdy coś Lille nie wychodziło, wtedy ten zespół wyglądał na pozbawionego pomysłu na grę. Inna sprawa, że francuska ekipa nie miała przecież Francesco Tottiego.

Następny mecz Rzymianie grają u siebie, ale za to z inną rewelacyjną drużyną - Napoli. Najgorsze jest jednak to, że na to spotkanie trzeba będzie czekać aż dwa tygodnie, po drodze bowiem jest przerwa reprezentacyjna, a wraz z nią męka oczekiwania. Wszystko inne, co związane z tym spotkaniem, należy już jednak tylko do świata przyjemności. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook