Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 26 marca 2014

Raport MLS - tydzień trzeci

foto: skysports.com
Trzeci tydzień MLS upłynął pod znakiem Europejczyków. Jermaine Defoe tym razem strzela zwycięskiego gola dla Toronto przed własną publicznością, a Robbie Keane ratuje remis LA Galaxy w meczu z Real Salt Lake. Oprócz tego warto przyjrzeć się kolejnej sromotnej porażce zespołów MLS na arenie międzynarodowej oraz argumentom przeciwko grze w piłkę w zimie w USA.

Keane i Defoe znowu strzelają

Toronto FC pokonało na swoim obiekcie DC United jedną bramką – po akcji trójki tzw. designated players, czyli graczy zarabiających najwięcej, będących specjalnymi członkami zespołu, którzy nie podlegają limitowi płac w lidze. Michael Bradley posłał świetne podanie do Gilberto, którego strzał został obroniony. Interwencja jednak nie starczyła, gdyż na dobitkę czekał Defoe, który posłał futbolówkę w dolny róg bramki, ustanawiając wynik meczu. Mimo tego, to DC United miało większe posiadanie piłki i stworzyło sporo okazji strzeleckich. Gospodarze również mieli swoje szanse, a Defoe był zagrożeniem dla rywali przez cały mecz. Kluczową postacią okazał się jednak Michael Bradley, który niwelował jakiekolwiek zagrożenie ze strony piłkarzy z Waszyngtonu.

Mówiąc o sędziach, warto wspomnieć o tym, że lockout wreszcie został zakończony podpisaniem umowy między związkiem zawodowym sędziów a kontrolowaną przez ligę organizacją zajmującą się sędziowaniem w MLS. Umowa będzie obowiązywać do 2019 roku.

Wracając do spraw czysto piłkarskich, podobna sytuacja z designated players nastąpiła w spotkaniu Real Salt Lake z LA Galaxy na Rio Tinto. W dość nudnym i ostrym meczu, talent tej największej gwiazdy ostatecznie dał piłkarzom z Miasta Aniołów jedną bramkę, która wystarczyła, by zabrać do domu jeden punkt. To Robbie Keane wykończył solową akcję.




Porażki na arenie międzynarodowej

Początek sezonu zbiega się jak zwykle z ćwierćfinałami Ligi Mistrzów CONCACAF i… po raz kolejny piłkarze z MLS odpadają na tym etapie rozgrywek. Debata na ten temat przybiera coraz większych rozmiarów. W świecie amerykańskiej piłki są spory na temat tego, jaki jest naprawdę poziom MLS względem innych lig, choćby najsilniejszej w regionie Liga MX. LA Galaxy zostało pokonane na wyjeździe 4-2 przez Club Tijuana, dając łączny wynik dwumeczu 4-3. Jeszcze lepiej poradził sobie klub z San Jose – Earthquakes powiem przegrali z Tolucą w rzutach karnych, po dwóch remisach z wynikami 1-1. Gorzej wypadł Sporting Kansas City: porażka 5-1 z Cruz Azul na wyjeździe nie wygląda najlepiej. Jakie są przyczyny tego, że odpadły wszystkie amerykańskie kluby?

Jak już wspomniałem, jednym z aspektów tej debaty jest po prostu poziom ligi. Czy chcemy, czy nie, Liga MX jest najsilniejszą ligą w regionie i to tam chcą grać największe talenty. Jednak warto zauważyć, że MLS gra w nietypowym na świecie kalendarzu. Rozgrywki zaczynają się bowiem w marcu a kończą w listopadzie, bez żadnej przerwy w lecie. Wobec tego, zespoły z USA stoją przed trudną sytuacją w Lidze Mistrzów. Zwycięzca MLS Cup 2014 zakwalifikuje się bowiem do Ligi Mistrzów w edycji 2015-16. Co to oznacza? Jak zauważa The Guardian, drużyny, które przegrały swoje ćwierćfinały, zakwalifikowały się do tej edycji 16 miesięcy temu! Ale to nie wszystko. Brytyjski dziennik przypomina, że specyfika MLS jest inna, niż większości lig jeśli chodzi o kadry. Zmiany są bardzo duże i nie jest rzadkością zmiana niemalże całej jedenastki w okresie przez amerykanów zwanym off-season – czyli okresem zimowego „okienka transferowego”, a tak naprawdę okresem wszelakich wymian (trade) lub naborów z uniwersytetów (draft). Wobec tego, zespół między jesienną fazą grupową a wiosenną rundą pucharową może zmienić się nie do poznania. Dodajmy do tego fakt, że taki zespół ma za sobą jedynie okres przygotowawczy i maksymalnie jedną lub dwie kolejki meczów ligowych i dostajemy sytuację, w której zespół dopiero wchodzący w sezon złożony z piłkarzy, którzy ledwo się znają, ma grać na najwyższym poziomie w fazie pucharowej Ligi Mistrzów. To nie może się udać.

Święta wojna o kalendarz
Wobec tego, niektórzy kibice i eksperci na wszelkiej maści forach internetowych, Twitterze czy Facebooku nawołują do wprowadzenia standardowego kalendarza FIFA – w systemie jesienno-wiosennym z możliwą przerwą zimową. Debata w tych kręgach jest tak samo stara i zdążyła się już większości znudzić, podobnie jak ta o systemie spadków i awansów. Te z kolei nie mają racji bytu w MLS, gdyż jest to liga bardzo młoda, w kraju geograficznie większym niż Unia Europejska i, co ważniejsze, w kraju, w którym piłka nie jest zakorzeniona kulturalnie. Zespoły, które mogłyby awansować, nie miałyby żadnej bazy finansowej do walki o najwyższe cele, a ponadto w wielu przypadkach nie miałyby kibiców, by zapełnić stadion. Spadek natomiast dla wielu klubów z MLS oznaczałby szybką śmierć, gdyż zainteresowanie by spadło, a ceny biletów musiałyby pójść w dół. Spirala niekorzystnych zdarzeń dla całego soccera jest tu dość oczywista.

O co chodzi jednak z kalendarzem? USA to różne klimaty. O ile na Florydzie czy w Teksasie można rozgrywać mecze o każdej porze dnia i roku, to jednak w Montrealu, Toronto czy Colorado już jest inaczej. Warto zauważyć, że nawet w trzeciej kolejce spotkanie Montrealu Impact z Seattle Sounders zostało przeniesione. Co prawda tylko o jeden dzień, gdyż służby zdołały uporać się z kolejną śnieżycą (a ponadto spadło mniej śniegu, niż zapowiadano), ale mamy koniec marca, a w tych rejonach śnieg występuje od początku grudnia do końca marca. Kolejnym ciekawym aspektem, o którym pisał swego czasu dziennikarz Philadelphia Inquirer, John Tannenwald, to konflikty z innymi rozgrywkami sportowymi w USA oraz mniejsze zainteresowanie kibiców wypadami na stadion w złą pogodę. Niższa frekwencja przy zimniejszych temperaturach czy opadach deszczu jest zauważalna. Ponadto, jak na znane z eksurbanizacji USA przystało, większość klubów ma swoje stadiony kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt kilometrów pod miastem. Oznacza to, że transport w śnieżne i mroźne dni byłby bardziej utrudniony, nieprzyjemny a czasem po prostu niemożliwy. A ostre śnieżyce dotykają przynajmniej połowę z klubów w MLS. Jedynym sensownym rozwiązaniem z kalendarzem w systemie jesienno-wiosennym byłoby więc... wprowadzenie przerwy zimowej od grudnia do marca. Czyli na okres pomiędzy sezonami MLS. Czy gra jest więc warta świeczki?

Jeśli chodzi o konflikty w ramówce, to w okresie, gdy MLS nie gra, rozgrywany jest sezon futbolu amerykańskiego – najbardziej popularnego sportu w kraju. Oprócz tego, rozgrywa się sezon koszykówki uniwersyteckiej, zakończony March Madness. Rozgrywki te też są w USA bardzo popularne, być może wśród zwykłych widzów nawet bardziej, niż NBA. A na takie konflikty działacze MLS nie mogą sobie pozwolić, bo przegrają większość widzów. Widzów, których i tak jest mało. Jak wspominałem w pierwszym artykule o tym sezonie, finał MLS obejrzało poniżej miliona ludzi. To kiepski wynik i MLS musi zrobić wszystko, by być jak najatrakcyjniejszą ligą dla widza – a to oznacza, że nie może być rozgrywana wtedy, kiedy przeciętny Amerykanin rozkoszuje się innym sportem.

Bartosz Ciurski
comments powered by Disqus
facebook