Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 12 kwietnia 2014

Raport MLS - tydzień piąty

fot. goal.com
Na inaugurację rywalizacji o Cascadia Cup w derbach północnego zachodu padło osiem bramek, DC United wreszcie wygrało mecz, a Nowy Jork planuje pobić rekord zremisowanych z rzędu spotkań w jednym sezonie. Tak w skrócie można podsumować miniony weekend w Major League Soccer.

Niezwykłe derby na zachodzie

Spotkania Portland z Seattle mają swoją historię ciągnącą się od 1975 roku, kiedy to do North American Soccer League, czyli pierwszej ligi amerykańskiej w piłkę nożną, zgłoszony został zespół Portland Timbers. Rok wcześniej do rozgrywek przystąpili piłkarze Seattle Sounders. Dwa najbliższe sobie miasta na słabo zaludnionym północnym zachodzie kraju kultywują między sobą rywalizację sportową w innych ligach sportowych, więc tradycja kontynuowana jest też w piłce nożnej.

Sobotnie spotkanie było 85. meczem pomiędzy tymi zespołami i jak na niezwykłe derby przystało, zapewniło widzom wielu wrażeń i emocji. Po 23 minutach meczu na tablicy wyników widniało 2-2. Pierwszą bramkę spotkania strzelił były zawodnik Portland Timbers, Kenny Cooper. Pomimo ostrej rywalizacji pomiędzy zespołami sam piłkarz zdecydował się celebrować swojej bramki. Sześć minut potem gospodarze wyrównali, a następnie wyszli na prowadzenie po świetnym strzale z trudnej pozycji Diego Valeri.

Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy dwoma szybkimi bramkami wynik na 4-2 ustalili goście. Gole padały w przeciągu dwóch minut i wyglądało na to, że to koniec emocji i rywalizacji. Nic bardziej błędnego – w 85. minucie Clint Dempsey po asyście Obafemiego Martinsa zmniejszył dystans do gości, a niecałą minutę później Ben Zemanski ewidentnie faulował DeAndre Yedlina w polu karnym. Sędzia spotkania Hilario Grajeda nie wahał się ani chwili i wskazał na wapno, z którego Clint Dempsey strzelił swojego hattricka, ostatecznie ustanawiając wynik spotkania na 4-4.



Pucharów mnogość...

Uwagę czytelników mógł przykuć obco brzmiący tytuł Cascadia Cup. W mediach przed nadchodzącym spotkaniem Nowego Jorku z DC United możemy też przeczytać wypowiedź trenera Bena Olsena który twierdzi, że „Atlantic Cup w dalszym ciągu jest ważnym trofeum”. O co chodzi z tymi pucharami i co one mają wspólnego z MLS?

Puchar rywalizacji (z angielskiego „rivalry cup”) w MLS jest niczym innym jak amerykańską nagrodą za wygranie serii meczów z największymi rywalami, najczęściej derbów. Zwyczaj ten pochodzi z uniwersyteckiej ligi futbolu amerykańskiego, gdzie przyznawane są drobne nagrody w postaci pucharu za wygranie serii z zaprzysiężonym rywalem. Do MLS zwyczaj ten przywędrował w 1996 roku, wraz z powstaniem ligi. Wtedy miał miejscy inauguracyjny California Clasico – najstarszy „minor cup” (dosłownie „mały puchar”), w którym walczą dwie drużyny z Kalifornii, które od samego początku grają w MLS: LA Galaxy oraz San Jose Earthquakes. Od tamtej pory powstało wiele „pucharów rywalizacji” które głównie dodają smaku lokalnym „derbom”. Słowo „derby” umieszczam w cudzysłowie, gdyż bliskich rywali dzielą nie rzadko większe odległości niż najdalszych rywali w krajach europejskich. Dla przykładu, kibice Seattle na uznawane za lokalne derby spotkanie z Portland muszą przebyć 280 km, a kibice DC United na spotkanie z „rywalem zza miedzy”, New York Red Bulls, mają do przebycia 370 km. Jest to niewiele mniejszy dystans niż najdalsza odległość, jaką przebyć musiałby kibic w Premier League: pomiędzy Southampton na wybrzeżu a Newcastle przy granicy ze Szkocją jest „zaledwie” 570 kilometrów.

Niemniej jednak, zamysł pozostaje ten sam, co w Europie – lokalna rywalizacja za którą można dodatkowo dostać puchar, który nie znaczy nic oprócz fajnego zdjęcia i dobrej zabawy dla kibiców. Jak taki puchar się wygrywa? Zależy od jego formatu. Żeby to opisać, najłatwiej będzie pokazać, jak taki puchar działałby w Europie. W wersji dwu-zespołowej jest to prosta sytuacja. Dla przykładu: Puchar Północnego Londynu. W tym sezonie Arsenal pokonał Tottenham trzy razy (mecze pucharowe wliczają się w ogólny bilans) ostateczną różnicą bramek 4-0. Wobec tego, Arsenal z wynikiem 3-0-0 wygrywa Puchar Północnego Londynu W wariancie kilku-zespołowym, istnieć mógłby po prostu Puchar Londynu, o który rywalizują wszystkie zespoły ze stolicy Anglii grające w Premier League. Tryumfuje ten, który zdobędzie najwięcej punktów w meczach ze wszystkimi zespołami z Londynu. Innymi słowy, tworzy się jakby mini-liga zespołów z jednego miasta, a zwycięzca otrzymuje puchar. Puchar, który na dobrą sprawę nic nie znaczy, ale w amerykańskiej kulturze sportowej się przyjął, więc powoli na dobre wpisuje się też w folklor soccera.

Co słychać na wschodzie...

Emocji nie zabrakło też we wschodniej konferencji, gdzie w dramatycznych okolicznościach nastąpił podział punktów między Chicago Fire i Philadelphią Union. Po wczesnej dominacji gości, Mike Magee strzelił bramkę z rzutu rożnego dla gospodarzy. Nowy nabytek Philadelphii, Maurice Edu, wyrównał jednak prostym strzałem w polu karnym. Kilka minut później, prowadzenie gościom z rzutu wolnego dał Leo Fernandes. Podkręcony strzał lewą nogą minął wszystkich, w tym zaskoczonego bramkarza, którzy oczekiwał, że piłka trafi w jednego z obrońców lub napastników w polu karnym. Przez większość drugiej połowy działo się niewiele i wszystko wskazywało na to, że Philadelphia zabierze ze sobą cenne trzy punkty a zarazem zanotuje zaledwie drugie zwycięstwo w sezonie. Tak jednak się nie stało, gdyż piłkarze Johna Hackwortha dali sobie wyrwać zwycięstwo zaledwie na cztery minuty przed końcem regulaminowego czasu gry. Po dośrodkowaniu Mike'a Magee z rzutu rożnego, kompletnie niepilnowany Juan Luis Anangono precyzyjną główką umieścił futbolówkę w siatce. To jednak nie koniec dramaturgii, gdyż w ostatniej akcji meczu obrońca gości Aaron Wheeler potraktował strzelca wyrównującego gola solidnym kopniakiem w twarz w polu karnym. Sędzia wskazał na wapno, lecz Zac MacMath wybronił strzał oraz dobitkę, ratując ostatecznie punkt dla gości.

Po pięciu kolejkach New York Red Bulls w dalszym ciągu nie zanotowali zwycięstwa. Na spotkaniu wyjazdowym z Montrealem zabrakło Thierry'ego Henry'ego oraz Jamisona Olave, gdyż mecz rozgrywany był na stadionie olimpijskim przy sztucznej murawie. Zabrakło również Tima Cahilla, który boryka się z problemem ze ścięgnem. Mimo takich problemów kadrowych, szkoleniowiec Red Bulls Mike Petke był pewny swego i twierdził, że nie będzie miał problemów z wyborem XI, gdyż posiada szeroką kadrę.

Mecz nie mógł się gorzej zacząć dla piłkarzy z Nowego Jorku, gdyż już w piątej minucie musieli gonić wynik. Andres Romero uderzył pięknie podkręconą piłkę podaną na tacy przez 23-letniego Felipe. Gościom udało się wyrównać jeszcze przed końcem pierwszej połowy, dzięki bramce Jonathana Steele'a. Tyle samo bramek padło w drugiej połowie, więc ostatecznie obie drużyny podzieliły się punktami. Kibice z Nowego Jorku tracą powoli cierpliwość do młodego szkoleniowca, który jeszcze trzy lata temu był defensorem tej drużyny.

Następne mecze podopiecznych Petke to dwa lokalne spotkania: wyjazd do Waszyngtonu na mecz z DC United oraz domowy mecz z Philadelphią Union. DC United zanotowało swoje pierwsze zwycięstwo w lidze od 15 spotkań z New England Revolution, ale poza tym ma na koncie dwa przegrane i jeden remis. Filadelfia również gra w kratkę, więc będą to na pewno dwa spotkania, które będą istotne dla układu sił na wschodzie.

Bartosz Ciurski
comments powered by Disqus
facebook