Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 4 kwietnia 2014

Raport MLS - tydzień czwarty

fot. goal.com
Czwarty tydzień w MLS dobiegł końca. Powoli powraca normalność. Toronto po świetnym początku wraca na ziemię, a ubiegłoroczni finaliści MLS Cup potwierdzają swoją klasę w obu meczach. Drugi tydzień „normalnych” sędziów sprawił też, że wreszcie wszyscy kibice mogli znowu zgodnie psioczyć na znanych i (nie)lubianych arbitrów...

Koniec miesiąca miodowego Toronto

Toronto FC po świetnym rozpoczęciu sezonu zostało brutalnie zatrzymane na wyjeździe przez Real Salt Lake. Być może media i eksperci za bardzo rozpłynęli się nad "nowym faworytem" - głównie na podstawie wielkich zakupów Cesara, Bradleya czy Defoe - i po pierwszych dobrych wynikach i przyzwoitej grze uznali Toronto za faworytów na Rio Tinto Stadium. Na tym samym stadionie, gdzie Toronto jeszcze nigdy nie wygrało meczu. Tym razem było podobnie - zawodnicy z północy kontynentu wyjechali bez niczego, a gospodarze wygrali aż 3-0.

Już sam początek był kiepski dla gości. W 10. minucie meczu obrońca Toronto Doneil Henry nie pozostawił sędziemu Toledo innej możliwości, niż wskazanie na wapno po tym, jak ten objął Saborio i powalił napastnika RLS na ziemię. Saborio sam podszedł do jedenastki i strzelił w prawy róg bramki, podczas gdy Julio Cesar powędrował w drugą stronę. Dalsza część spotkania toczyła się równie kiepsko dla przyjezdnych. Przed spotkaniem dużo dyskutowało się o tym, że Javier Morales miał być wyłączony z gry przez siłę Michaela Bradleya w pomocy Toronto. Zamiast tego, Morales był główną siłą napędową drużyny gospodarzy. To on rozpoczął całą akcję, która zaowocowała podwyższeniem prowadzenia zaledwie 17 minut później. Traktując Bradleya niemalże jako statystę, Morales podał po ziemi piłkę wzdłuż linii pola karnego, która trafiła ostatecznie do wbiegającego lewego obrońcy gospodarzy. Ten uderzył z rogu pola karnego; strzał trafił jednak w obrońcę. Futbolówka ostatecznie trafiła pod nogi Luisa Gila, który strzelił w światło bramki. Strzał odbił się lekko od obrońcy i ostatecznie trafił do siatki. Morales przez dalszą część spotkania rządził i dzielił, a w 55. minucie popisał się prostopadłym podaniem do Saborino, który przelobował niezdecydowanego Julio Cesara ustalając wynik spotkania na 3-0.



Jakby tego wszystkiego było mało, kilka minut później z kontuzją uda zszedł Jermain Defoe. Anglik będzie pauzował przynajmniej jedną kolejkę.

Seria meczów bez zwycięstwa DC trwa w najlepsze

DC United nie wygrało meczu od 3 sierpnia ubiegłego roku, ale mimo tego zremisowanie u siebie spotkanie z Chicago dostarczyło podopiecznym Bena Olsena pewnych pozytywów - przede wszystkim bramek. W pierwszy dwóch meczach DC United straciło 4 bramki i nie strzeliło żadnej, natomiast tutaj udało się wreszcie trafić do siatki - i to dwa razy.

Spotkanie zaczęło się obiecująco dla gospodarzy, gdyż już od samego początku dominowali oni na boisku. Pierwsza poważna okazja przytrafiła się w 17. minucie spotkania, kiedy Eddie Johnson mocnym strzałem po ziemi z 10 metrów prawie pokonał Seana Johnsona. Futbolówka jednak zatrzymała się pomiędzy nogami Amerykanina. 10 minut później wszystko odwróciło się przeciwko gospodarzom. Świetne uderzony rzut rożny znalazł Jhona Hurtado, który kompletnie niepilnowany strzelił idealnie główką ponad wszystkimi. Kibice Czarno-czerwonych mieli uzasadnione powody do strachu już przed rzutem rożnym: ich drużyna w ubiegłym sezonie straciła najwięcej, bo aż 15 bramek z rzutów rożnych, podczas gdy Chicago strzeliło ich 11. Niedługo później po faulu tuż przed polem karnym padła bramka wyrównująca. Fabian Espindola huknął lewą nogą jak z armaty z okolicy linii pola karnego, a zasłonięty bramkarz zdołał tylko musnąć piłkę, która wpadła do bramki.

Nie był to ostatni wkład Espindoli w mecz. To po jego rzucie rożnym padła druga bramka dla DC. Po niesamowitej „pinballu” w polu karnym prowadzenie gospodarzom dał Perry Kitchen. Uderzona głową piłka najpierw została wybroniona na linii przez bramkarza, dobitka spotkała się z rzucającym się bezradnie na ziemię Cochranem, aż w końcu wpada do siatki po ostatecznej dobitce Kitchena. Radość Bena Olsena i jego piłkarzy nie trwała jednak długo, gdyż dziesięć minut później Quincy Amarikwa wykończył z półobrotu dośrodkowanie niemalże z linii końcowej Patricka Nyako. Wynik do końca nie uległ zmianie, więc DC United po trzech meczach zanotowało zaledwie jeden punkt, ale zawodu, stołeczni kibice mogą doszukać się pozytywów w występie ich podopiecznych i liczyć na lepszą przyszłość.

Ciężki tydzień dla arbitrów

28 żółtych i 5 czerwonych kartek - to bilans czwartego tygodnia w MLS. Brutalne faule i twarda gra nie jest czymś niespotykanym w MLS, ale w minionym weekendzie było tego jakby więcej. Najbrzydsze wydawało się spotkanie Nowego Jorku z Chivas USA - mimo jedynie trzech żółtych kartek, odgwizdano w tym meczu łącznie 35 fauli, plus wiele więcej puszczonych przez pobłażliwego arbitra.

Najbardziej kuriozalną decyzją było zdecydowanie podyktowanie rzutu karnego przez Jose Rivero za rzekomo "rozmyślne zagranie ręką". Ike Opara w 57. minucie przy stanie 1-0 dla gości upadł w polu karnym prosto na piłkę, a sędzia podyktował jedenastkę. Sytuacja co najmniej zastanawiająca, gdyż naprawdę ciężko oczekiwać, żeby piłkarz przewrócony i lecący na piłkę mógł kontrolować swoje ręce i w jakiś sposób nie uderzyć w futbolówkę.



W 77. minucie ten sam sędzia podyktował kolejny rzut karny, tym razem za faul. Jak pokazały powtórki, tym razem karny był prawidłowy i o żadnych kontrowersjach mowy być nie było. Pomimo dwóch bramek z rzutów karnych, Colorado przegrało u siebie ze Sporting KC 2-3.

Na sam koniec warto wspomnieć o dziwnej sygnalizacji arbitra, po której padła zwycięska bramka dla New England Revolution z San Jose Earthquakes. W trzeciej minucie doliczonego czasu gry sędzia zagwizdał po faulu na środku boiska. Piłkarze NE Revolution wznowili grę bardzo szybkim rzutem wolnym, po którym ostatecznie padł gol. Zawodnicy gości tak spieszyli się z wykonaniem rzutu wolnego, że piłka nie zatrzymała się - była w ruchu w momencie wykonania go, a sędzia zaraz po rozegraniu... zasygnalizował przywilej korzyści. Sygnalizacja trwała zaledwie sekundę, po czym sędzia zaczął nieformalnie sygnalizować "gramy dalej" ruchem jednej ręki. O ile kibice San Jose będą niezadowoleni i mogą dopominać się tego, że skoro był przyznany rzut wolny, a piłka toczyła się, więc należałoby cofnąć grę i wznowić z miejsca przewinienia, to zdrowy rozsądek sugeruje, że 60 metrów od bramki, przy piłce lekko toczącej się można puścić grę i nie zbaczać na takie rzeczy, a sędziemu po prostu wybaczyć pomieszanie decyzji w takiej sytuacji.



Bartosz Ciurski
comments powered by Disqus
facebook