Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 10 grudnia 2013

Ramos nie może spać spokojnie

fot. marca.com
Gdy Sergio Ramos dziarskim krokiem zmierzał w kierunku drzwi gabinetu Florentino Péreza przez głowę przelatywały mu dodatkowe miliony euro, które wkrótce będą zasilać jego konto - Jestem kapitanem - myślał - Jestem w kwiecie wieku, jestem niezastąpiony. Jednak, gdy przekroczył próg królestwa swego przełożonego jeszcze raz okazało się, że myślenie nie jest jego najmocniejszą stroną.

Mniej więcej taką historyjką uraczyły nas niespełna 2 tygodnie temu hiszpańskie media, a w szczególności programy El Larguero w rozgłośni Cadena SER i telewizyjne Punto Pelota. Nastąpiło poważne ochłodzenie stosunków na linii prezes-jeden z liderów drużyny, skutkujące podobno zerwaniem kontaktów między oboma panami, nie wyłączając z tego zakresu zwykłego powitania i podania dłoni. Szef Los Blancos nie tylko miał zignorować nowe żądania finansowe reprezentanta La Furia Roja, ale pozostawał także niewzruszony na postawione przez niego ultimatum - brak podwyżki = odejście z Santiago Bernabeu. Na dodatek sternik Królewskich przypomniał Ramosowi, kto tu jest od stawiania warunków - odejdziesz, ale ja zadecyduje za ile. Cena wywoławcza? 65 milionów euro i jesteś wolny. Gdy w kasie pojawi się taka suma prezesowi nie zrobi absolutnie żadnej różnicy czy jego stoper wyląduje na Camp Nou (co zasugerować miał on sam) czy na Etihad, Stamford Bridge lub Parc des Princes.

Obyczajowy aspekt całej afery doczekał się szybkiego dementi ze strony samego zainteresowanego. Ramos za pośrednictwem Twittera wyznał, że zawsze wita się ze swoim szefem, na dowód zamieścił nagranie wideo, na którym jak na dłoni (sic!) widać serdeczny uścisk obu przedstawicieli klubu z Concha Espina. Sprawy konfliktu w sprawie kontraktu i możliwego odejścia dalej żyją jednak swoim życiem.

I wtem pojawia się nowa plotka, a w zasadzie historia już znana, ale wciąż powracająca jak bumerang - kwestia transferu Iñigo Martíneza do Realu Madryt. Królewscy już kiedyś czynili zakusy na utalentowanego stopera Realu Sociedad, sondując dawno temu możliwość wykupienia go w pakiecie z Rubénem Pardo i Asierem Illarramendim, czy całkiem niedawno tylko w duecie z tym drugim za 50 milionów euro. W kontekście sporu Péreza z Ramosem dywagacje transferowe, dotyczące osoby młodego Baska zyskują nowy wymiar, a ich powtórne pojawienie się na łamach gazet wydaje się nieprzypadkowe. Czyżby to miał być sygnał dla Sergio, że myli się co do tego, że jest niezastąpiony?

Możliwe. Zwłaszcza, że szybka analiza sytuacji dostarcza nam wniosków na poparcie tej tezy. Zastąpienie Ramosa przez Iñigo może zaowocować ledwie kosmetycznymi zmianami w grze zespołu, a contrario do tego jak cała operacja zostanie odnotowana w księgach finansowych.

Niemal z tej samej gliny

Martínez to, jak słusznie zauważał Jacek Staszak w czasie ubiegłosezonowych szaleństw Realu Sociedad, przedstawiciel nowej fali środkowych obrońców. Mimo masywnej sylwetki Bask jest obrońcą bardzo zorientowanym na działania ofensywne. Podczas gdy jego towarzysz z linii obrony Mikel González to zawodnik ograniczający się obrony własnej bramki, skupiający się na wyłączeniu z gry poszczególnych zawodników drużyny rywala i najczęściej, wraz z pełniącym podobne funkcję defensywnym pomocnikiem Markelem Bergarą, askurujący ofensywne formacje ekipy z Donostii, Iñigo to niespokojny duch, szukający przygód w wycieczkach na połowę rywala lub, do spółki z Davidem Zurutuzą czy Rubénem Pardo, inicjujacy długimi zagraniami poczynania Antoine'a Griezmanna i spółki. Dzieje się tak, bo młody Bask ma do takiej gry predyspozycje - znakomity przegląd pola i niekiepskie wyszkolenie techniczne.

Do tych zalet ujawniających się w konstruowaniu akcji zaczepnych należy dorzucić, osławione już mocno, dwa gole zdobyte uderzeniami z własnej połowy (choć ostatnimi czasy fantazja go już tak nie ponosi) oraz przytomność przy stałych fragmentach gry, która objawia się nie tylko przez znakomitą grę głową, ale i świetne ustawianie się i umiejętność uderzenia z woleja, na co dowodem jest arcyważne, wyrównujące trafienie w spotkaniu z Valencią, z którą Txuri-Urdin toczyli wówczas zacięte boje o awans do Ligi Mistrzów. Tamten gol tchnął nowego ducha w podopiecznych Philippe Montaniera, co pozwoliło im jeszcze raz znokautować przyjezdnych z Mestalla.

Duch walki, czy też, jak popularnie się to dziś określa, cechy wolicjonalne to jeszcze jeden atut świeżo upieczonego reprezentanta kraju. Mimo ledwie 22 lat wiecznie naładowany energią zawodnik wraz z kapitanem Xabim Prieto, jest mentalnym przywódcą La Realu. Ten ostatni element charakterystyki utalentowanego stopera stanowi zarazem jego zaletę i wadę, bo w chwilach niepowodzeń drużyna z San Sebastian poddaje się nostalgicznemu nastrojowi lidera swej defensywy.

Gdy czyta się ten krótki opis sylwetki Baska można odnieść wrażenie, że dokładnie to samo można by napisać o Sergio Ramosie. Poza nieco smuklejszą konstrukcją fizyczną defensora Los Merengues obaj reprezentanci Hiszpanii wydaje się, że obaj reprezentanci kraju są odlani z tej samej formy. Co ciekawe ich podobieństwa nie obejmują jedynie zalet.

Pan pechowy

Otrzymana już w 27. minucie starcia z Galatasaray czerwona kartka była już 17. karą tego rodzaju wymierzoną Ramosowi w czasie jego pobytu w stolicy Hiszpanii. To absolutny klubowy rekord, wyraźnie lepszy od rezultatu drugiego Fernando Hierro, który wciąż ma na swoim koncie grubo ponad 200 występów więcej dla Realu od 27-latka. Do niedawna całą winę za taki stan rzeczy Sergio zrzucał na, równie mało rozgarniętych jak on, hiszpańskich arbitrów, którym zarzucał stronniczość i wykreowanie mu fałszywego wizerunku boiskowego chama i brutala. Jako dowód przywoływał statystyki z reprezentacji (115 występów bez ani jednej czerwonej kartki) i Ligi Mistrzów (ostatni czerwony kartonik w sezonie 2005/2006). Wyrzucenie go z boiska w spotkaniu z turecką ekipą jednak osłabia siłę tych argumentów. Albo były one dziełem przypadku, albo europejscy rozjemcy zaczynają ulegać wpływom iberyjskiej szkoły sędziowania.



Jest jednak coś w twierdzeniu, że Ramos znajduje się zwykle po prostu w złym miejscu i czasie. Ledwie 5 z tych kartoników stanowią tzw. rojas directas, czyli bezpośrednie wykluczenia z gry. Sergio nie jest typem brutala, a poza kilkoma wyjątkami nie można mu przypisać agresji, cechującej niektóre boiskowe wyczyny jego kolegi z linii obrony, Pepe. Zazwyczaj Hiszpan cierpi z powodu swej natury wojownika na jaką powoływał się w niedawnym wywiadzie dla magazynu FourFourTwo. W ogniu rywalizacji zapomina się i popełnia nieroztropne wykroczenia. Czasami tworzy to sytuacje komiczne, jak w spotkaniu z Rayo Vallecano z poprzedniej temporady, kiedy to defensor najpierw strzelił gola, a 5 minut później w około 30 sekund zebrał dwa żółte kartoniki.


Real Madrid - Rayo 16' Tarjeta Roja Sergio... przez realmadridplay

Zazwyczaj jednak nie jest nikomu do śmiechu. Tak było w rewanżnowym spotkaniu 1/8 Copa del Rey 2012/2013, kiedy to przy wciąż niepewnym wyniku dwumeczu Ramos otrzymał czerwoną kartkę, a na decyzję sędziego zareagował, nazywając go łajdakiem i dorzucając dalej niezbyt pokojowym tonem "Cały pieprzony dzień nas opie****asz". Wówczas Sergio doczekał sie zawieszenia na kilka spotkań i tylko eksplozji talentu Varane'a zawdzięczał to, że jego wybryk nie miał długodystansowych konsekwencji w postaci srogiego lania od Barcelony. Zdaniem wielu, Ramos powinien także zostać wyrzucony z boiska w czasie ostatniego starcia z Blaugraną

Wróćmy jednak do Iñigo Martíneza, bo i jego kartoteka wpadek jest bogata. Czerwona kartka? Proszę bardzo. Najlepiej od razu w inauguracyjnym spotkaniu Igrzysk Olimpijskich. Wtedy bowiem można negatywnie natchnąć swoich kolegów na czas całej imprezy i wydatnie przyczynić się do jedynej takiej wpadki hiszpańskiego futbolu w ostatnich latach. Kto pamięta tamto przewinienie (niestety Internet jest ubogi w rejestrację wideo z tego zajścia), ten dostrzeże podobieństwo między nim, a zachowaniem Ramosa w pojedynku z Galatasaray.

Specjalnością Baska są jednak samobóje. I to nie byle jakie samobóje. Ten ze spotkania z młodzieżową reprezentacją Gruzji może uchodzić za prawdziwe golazo.



A wrażliwość Iñigo na futbolowe piękno jest ponadprzeciętna. Jeśli sam nie pakuje efektownie piłki do siatki (swojej czy też rywala), to chociaż wykańcza w ten sposób zjawiskowe akcje rywala. Tak było w czasie niedawnego pojedynku Ligi Mistrzów z Manchesterem United. Już w pierwszej akcji meczu Wayne Rooney zabawił się z obroną Txuri-Urdin i bliski był zwieńczenia tej rzadkiej urody szarży celnym uderzeniem. Piłka po jego strzale odbiła się jednak od słupka. Obserwujący to wszystko z bliska Martínez stwierdził, że tak być nie może i pokusił się o dobitkę. Bravo był bez szans.



O nie! Z Baskiem wcale nie byłoby na Santiago Bernabeu nudniej.

Miejsca jest sporo

Nawet gdyby wieści o konflikcie Ramosa z Pérezem okazały się kompletną mrzonką, transfer Iñigo Martíneza do Realu Madryt jest wielce prawdopodobny. Po odejściu Raúl Albiola do Napoli, w obliczu problemów zdrowotnych Raphaëla Varane'a, które z żalem trzeba już zaklasyfikowć jako chroniczne, środek obrony Realu prezentuje się wyjątkowo ubogo.

Do dyspozycji Ancelottiego pozostaje bowiem jedynie etatowy duet Ramos-Pepe i 23-letni Nacho, który mimo szansy otrzymanej w spotkaniu przeciwko Chile od Vicente del Bosque może się pochwalić mizernym doświadczeniem w grze na najwyższym poziomie, a przez eksperymenty, byłego już, trenera Realu Madryt Castilla Alberto Torila, odwykł także od gry na środku obrony.

We wspomnianych rezerwach są jeszcze, stanowiący pewną nadzieję dla klubu, reprezentanci Hiszpanii u-20, Derik Osede i Diego Llorente. Obaj stanowią jednak wciąż melodię przyszłości, która pozostaje niepewna, zwłaszcza gdy spojrzy się na to, gdzie aktualnie znajduje się ich obecny klub. Nawet po 2 zwycięstwach zaplecze Los Blancos okupuje ostatnie miejsce w tabeli Segunda Division, a sam Derik częściej przesiaduje ostatnimi czasy na ławce.

W tej sytuacji, zakontraktowanie klasowego stopera jest w stołecznej ekipie bardziej palącym problemem niż podobna potrzeba u największego rywala z Barcelony, który od biedy ma 7 zawodników, zdolnych do gry na tej pozycji i nieco lepsze zabezpieczenie w klubowej szkółce.

Sami swoi

Ostatni, najmniej istotny, ale nie pozbawiony wszelkiego znaczenia argument to iście familijne środowisko, jakie czeka na Iñigo w Madrycie.

W szeregi drużyny mógłby go wprowadzić, mentor wszystkich defensywnie usposobionych baskijskich piłkarzy, Xabi Alonso, który wedle najświeższych doniesień jest jednak skłonny pozostać w drużynie Los Blancos jeszcze 2 sezony, jeśli tylko otrzyma sowite wynagrodzenie za złożenie podpisu pod nową umową.

Jeśli Martínez dogadałby się ze starszyzną dalej byłoby już z górki. Morata, Carvajal, Isco, Nacho (z tym ostatnim mógłby nawet stworzyć rezerwowy środek obrony, tak jak w barwach La Rojity), a przede wszystkim Asier Illarramendi - wszystko to dobrzy znajomi z młodzieżówki.

Wychowanków Realu Sociedad łączy zresztą silna przyjacielska więź. Zawodnicy znają się od kajtka, a w późniejszych czasach, do kuźni talentów Txuri-Urdin, Zubiety, dojeżdżali jedną taksówką. Baskowie nie tylko kopali wspólnie przez wiele lat piłkę na chwałę ekipy z Donostii, ale stanowili także trzon młodzieżowej reprezentacji Hiszpanii. Szczególnie istotną rolę odegrali na Mistrzostwach Europy w Izraelu, które zakończyły się tryumfem podopiecznych Julena Lopetegui'ego. W czasie całej imprezy Illarra i Iñigo paradowali po boisku w niemal jednakowych fryzurach, na cześć awansu Realu Sociedad do europejskich pucharów, przez co byli prawie nierozróżnialni. Ich przyjaźń już wcześniej została poddana specyficznej próbie w quizie, jaki przygotował im program Punto Pelota. Na jego potrzeby obaj zostali przeegzaminowani ze znajomości upodobań przyjaciela.



Zarówno Illarra jak i Iñigo oddali serce Realowi Sociedad, ale jeśli ten drugi również chciałby zacząć zdobywać świat futbolu, nie ma dla niego bardziej dogodnego miejsca od Santiago Bernabeu.

Umowa stoi?

Jokin Aperribay, podobnie jak w przypadku transferu Illarramendiego twardo obstaje przy swoim - płacicie klauzule albo nie macie czego tu szukać. A jak klauzula to i podatek, co łącznie czyni Martíneza przyjemnością za około 40 milionów euro. Czym to jednak jest dla Realu Madryt? Jeszcze kilka znakomitych występów Garetha Bale'a, kolejne setki tysięcy koszulek z jego nazwiskiem sprzedane i voilà!. A i baskijski prezes, choć na pozór uparty, lubi zadbać o interes własny z taką troską jak o interes klubu. Jeśli tylko obrońcą nie zawładną jakieś irracjonalne emocje, jeśli nie zachoruje na syndrom Jesúsa Navasa, trzymający go twardo w rodzinnych stronach, już latem zmieni on kod pocztowy na ten przypisany hiszpańskiej stolicy.

A jeśli ktoś chce zobaczyć cel transferowy Królewskich w akcji i przekonać jak radzi sobie Real bez Ramosa ma ku temu doskonałą okazję już dziś o 20.45. Jedyny warunek - posiadanie dwóch komputerów i sprawnego łącza internetowego. Parafrazując Ryszarda "Peję" Andrzejewskiego - wiecie co z tym zrobić. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook