Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 13 sierpnia 2013

Przespane przygotowania Realu

fot. marca.com
Śnili o Lidze Mistrzów, a ich sen się spełnił. Teraz mają jednak nowy problem. Kluczowy dla klubowego projektu sezon za pasem, a piłkarze, prezes i trener wydają się dalej spać w najlepsze.

Podczas piątkowej gali UEFA poznaliśmy pary 4. rundy eliminacji do Ligi Mistrzów. Baskijskiej drużynie los przydzielił francuski Olympique Lyon. Taki obrót spraw wywołał w obozie klubu z Anoeta umiarkowaną radość, niekoniecznie dlatego, że Basków czeka krótka podróż do Francji. Olympique to przecież sporo lepiej, niż gdyby przyszło się im mierzyć z dużo wyżej notowanymi Arsenalem, Schalke czy Milanem. Pogrążony w problemach finansowych klub ze Stade de Gerland w ostatnich okienkach transferowych dotknął prawdziwy exodus, w ramach którego z drużyną pożegnali się tacy gracze, jak Hugo Lloris, Lisandro Lopez, Dejan Lovren, Michel Bastos, Jérémy Toulalan czy Aly Cissokho.

To właśnie dlatego klub, który jeszcze w sezonie 2009/10 z powodzeniem walczył w tych prestiżowych rozgrywkach, docierając do półfinału, dziś nie jest murowanym faworytem starcia z, bądź co bądź, pucharowym nowicjuszem. To dlatego sam prezes Les Gones, Jean-Michel Aulas, szanse na awans ocenia jako 50-50. Podczas gdy do niedawna etatowy mistrz Francji znajdował się w odwrocie, Real Sociedad był ostatnimi czasy na fali wznoszącej.

Szczęściu trzeba jednak dopomóc, czego na Anoeta zdają się nie dostrzegać. Z Zubiety i klubowych biur dociera do nas coraz więcej niepokojących sygnałów sugerujących, że klub nie tylko nie przygotował się dostatecznie do podboju Europy, ale może mieć problem z nawiązaniem do rewelacyjnej 4. lokaty wywalczonej w rozgrywkach ligowych.

Nostalgia po stracie trenera i lidera

Kłopoty Txuri-Urdin rodziły się lawinowo - czyli w podobnych warunkach, co ubiegłosezonowe sukcesy. Zaczęło się od niepozornych sygnałów, które z czasem przerodziły się w poważne ostrzeżenie.

1 czerwca ekipa Montaniera przypieczętowała znakomity sezon 2012/2013 i z pomocą Sevilli zapewniła sobie awans do eliminacji Ligi Mistrzów. Po fieście w gronie drużyny...



...ta radosna szajka pożegnała się ze sobą by po wakacjach wrócić i kontynuować proces zapisywania się na kartach historii. Już wtedy wiadomo było, że po zasłużonym odpoczynku w klubowym budynku nie pojawi się ponownie dotychczasowy opiekun zespołu, który wybrał korzystniejszą dla siebie propozycję pracy w Rennes, żegnając się z ligą niepokojącymi słowami - La Liga nie jest miejscem, gdzie można rozwijać długoterminowe projekty. Z punktem widzenia Francuza nie zgodził się Jokin Aperribay, który zatrudniając Jagobe Arrasate wyraźnie postawił na kontynuację wybranej ścieżki, dając do zrozumienia, że liczy się projekt, a nie osoba koordynatora.

Aperribay nie mógł jednak wtedy jeszcze wiedzieć, że projektowi zostanie wkrótce wymierzony cios w serce. Gdy większość graczy La Realu udała się na zasłużony odpoczynek, Inigo Martínez i Asier Illarramendi udali się do Ziemi Świętej by w barwach La Rojity walczyć o młodzieżowe Mistrzostwo Europy. Poniewierany pod koniec sezonu drobnymi urazami Illarra, dzięki miarkowaniu jego siłami przez Montaniera, na turniej stawił się świeższy od większości swoich kolegów, co w zetknięciu z eksplozją formy, uczyniło z niego jedną z gwiazd turnieju.

Sociedad, miast chełbić się sukcesami swego wychowanka, musiało rozpocząć morderczą walkę o jego usługi ze zdeterminowanym Realem Madryt, który dzięki refleksowi, uzyskał zgodę zawodnika na transfer, gdy ten przebywał jeszcze na wakacjach. Choć Aperribay starał się by wyszło tak, że wilk jest syty i owca cała, to nikt trzeźwo myślący nie miał wątpliwości, że owcy wyrwano właśnie serce. Sytuację jasno komentował zresztą sam partner Asiera ze środka pola, Markel Bergara stwierdzając, że z Illarramendim zarządzanie środkiem pola Txuri-urdin było dużo łatwiejsze.

Kontuzje, urazy

Gdyby kłopoty kadrowe Basków kończyły się na stracie kluczowego zawodnika, byłoby nie najgorzej. Graczom Sociedad, po bardzo intensywnym poprzednim sezonie, podobnie jak rok wcześniej sąsiadom z Bilbao, daje się we znaki kruche zdrowie. W czasie presezonu kolejne części klubowej układanki sypały się jeden po drugim.

Zaczęło się od Mikela Gonzaleza, który wypadł z gry na samym początku zgrupowania i do składu wróci najszybciej w połowie września. Kilka dni po tym zdarzeniu, więzadła w kolanie zerwał napastnik Diego Ifran. Poważny uraz w tym przypadku był jednak większą tragedią dla gracza, który w tym układzie ma z głowy przynajmniej najbliższe pół roku, niż dla drużyny, która w momencie wystąpienia kontuzji była bardzo bliska sprzedania go do drugoligowego Realu Saragossa.

Największe spustoszenie wywołać mogą jednak nie kilkumiesięczne absencje wspomnianych graczy, a mikrourazy, wynikające z kiepskiej regeneracji organizmu. To właśnie tego typu nieprzyjemności dotknęły dwóch pewniaków do gry w wyjściowej "11", Carlosa Martineza i Imanola Agirretxe. Temu pierwszemu zdezorganizowały one przygotowania do sezonu, wyłączając go z większości sparingów. Ten drugi właśnie dowiedział się, że kontuzja prawego uda pozbawi go szansy występu w inauguracyjnym meczu ligowym z Getafe i opóźni debiut w Champions League do czasu rozegrania rewanżowego pojedynku z Lyonem.

Bierność na rynku transferowym

Kontuzje to nieodłączna część sezonu i nie ma dobrego momentu na otwarcie klubowego szpitala, ale okres przygotowawczy daje rzadką możliwość szybkiej reakcji na te niechciane zdarzenia, a nowo sprowadzeni zawodnicy mają okazję rzutem na taśmę wpasować się w wizję szkoleniowca.

W San Sebastian o takich udogodnieniach jednak najwidoczniej niewiele słyszano. Na odejście Illarry, poważne urazy Mikela i Ifrana zareagowano jedynie sprowadzeniem zastępstwa dla tego ostatniego. Obiecujący Szwajcar, Haris Seferović szybko udowodnił, że może być wartościową alternatywą dla Agirretxe, aplikując w debiutanckim sparingu Realowi Union aż 4 gole w ledwie 28 minut. Wiele wskazuje na to, że jego przełożeni liczą na utrzymanie tej skuteczności przez byłego zawodnika Fiorentiny, widząc w tym szansę na zrekompensowanie błędów popełnianych przez podziurawioną defensywę.



W prasie pojawiały się co prawda nazwiska potencjalnych wzmocnień na newralgiczne pozycje, a wśród nich Muniesa, Aguillar, Granero czy Dos Santos, ale na poważnie podjęto w zasadzie tylko temat transferu tego ostatniego. Gdy gracz Blaugrany oznajmił oficjalnie, że zostaje na Camp Nou, Jagoba Arrasate skwitował sprawę krótko - Nie będzie więcej wzmocnień. Zamierzam zaufać tym zawodnikom, których mamy - Javierowi Rosowi i Rubenowi Pardo. Czy można jednak skończyć coś, czego się w zasadzie nie zaczęło? I jak słowa szkoleniowca mają się do wypowiedzi Pardo, który kilka dni wcześniej stwierdził, że nie czuje się zastępcą Illarramendiego?

Dwugłos Carlosa Veli i papuga Inigo

Najwięcej pikanterii zamieszaniu wokół klubu dodały jednak pochopne wypowiedzi Carlosa Veli, a ściślej - jego radosna twórczość twitterowa. Po jednym ze sparingów z półamatorską drużyną występującą na co dzień w 6. lidze angielskiej. Złotousty Meksykanin nie pohamował się i "ćwierknął" wiadomość o następującej treści - Zwycięstwo 8-1...takimi meczami ciężko będzie się przygotować do tak ważnego sezonu. Złota myśl napastnika Sociedad w mig zretweetowało spore grono osób, w tym...jego klubowy kolega, Inigo Martínez. Dzięki takiemu poruszeniu, incydent nie umknął uwadze trenera, któremu nie przypadła do gustu niezbyt zawoalowana ironia wirtuoza z Cancún i poprosił zawodnika o usunięcie jej z profilu. Nie obyło się tez bez nagany "z góry".

Kilkanaście dni później, po losowaniu par eliminacji Ligi Mistrzów, a tuż przed kończącym przygotowania, przegranym 3-4 sparingu z Southampton, w którym szczególnie obnażone zostały defensywne mankamenty ekipy z Anoeta, ptaszek Vela śpiewał już w zupełnie innym tonie. Na tym samym portalu społecznościowym zostawił taki oto przekaz - Olympique Lyon to ciężki rywal, ale wierzę w moją drużynę.

Zachowanie najlepszego strzelca La Realu ciężko uznać za fortunne. Nie można mu jednak odmówić racji. Nie można też go pozbawić legitymacji do wygłaszania takich tez. W sparingach jako jeden z nielicznych spisywał się bez zarzutów, zdobywając gola za golem, także w starciach z bardziej wymagającymi rywalami. Całe zdarzenie dało znać o zgubnej polityce wizerunkowej klubu, który wyraźnie nie walczy obecnie z problemami, a z tymi, którzy, zapewne w dobrej wierze, starają się je dostrzegać.

Obawa przed falstartem

Wymienione wyżej niepokoje nie są czczą gadką. Wystarczy krótka analiza tego, jak drużyna dowodzona obecnie przez Jagobe Arrasate otwierała sezon w poprzednich latach, by zrozumieć, że są oni piłkarskim odpowiednikiem walczącego aktualnie w Moskwie o kolejne złote medale Usaina Bolta - potrafią się rozpędzić, ale start zdecydowanie nie jest ich największym atutem. Wkrótce okaże się, czy przeobrażając się z ligowego outsidera w drużynę walczącą o najwyższe cele, klub z Anoeta pozbył się starych nawyków, czy też czeka ich szybki upadek z wysokiego konia, czyli falstart, który tak jak swego czasu w przypadku wspomnianego Jamajczyka, może ich brutalnie pozbawić szans na niemal pewny sukces. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook