Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 17 października 2013

Polski trener nie istnieje

fot. goal.com
Wybór selekcjonera kadry spośród polskich trenerów przypomina dziś głosowanie w wyborach parlamentarnych - polega jedynie na wyborze mniejszego zła. Rozwiązaniem wydaje się ktoś z zagranicy. Dlaczego jednak tak wielu z nas, w tym prezes Boniek, deprecjonuje dyskusję pt. "trener polski vs. zagraniczny"?

Czytam doniesienia dotyczące wyboru następcy obecnego selekcjonera i dowiaduję się, że największe szanse na objęcie schedy po Fornaliku daje się Wdowczykowi bądź Nawałce. Przy całym szacunku dla pracy obydwu panów, wybór między tymi kandydatami to jak wybór między wejściem na Rysy w japonkach, a w zwykłych klapkach. Niby można, niby jest jakaś szansa, że się uda, ale ani to nie będzie przyjemne, ani racjonalne, ani dające nadziei na to, że będzie dobrze. Szczególnie, że można by pokusić się o porządne górskie buty, nawet takie z wyższej półki. Że droższe? Za jakość z reguły trzeba zapłacić, często mówi się zresztą, że biednych nie stać na tanie rzeczy. Że zagraniczne? Skoro w Polsce takich nie produkują...

Błędne koło

Nie widzę szansy na to, żeby jakikolwiek polski szkoleniowiec mógł zrobić więcej, niż zrobił z kadrą Fornalik czy Smuda. Jestem przekonany, że gdyby obecnie jej trenerem był Nawałka, dziś największe szanse na jego zastąpienie dawalibyśmy Fornalikowi. Myślę że zwolennikom polskiej opcji wiele do myślenia powinien dać casus Smudy: trener, który przegrał najłatwiejszą ponoć grupę na polskim EURO, dziś odnosi sukcesy z, jak wielu mówi - najsłabszą od lat, drużyną Wisły Kraków. Czy to nie jest wystarczający dowód na to, że fakt, iż ktoś radzi sobie dobrze w naszej lidze nie powinien być powodem do tego, by sadzać go na fotelu selekcjonera kadry?

(Bez)sensowna dyskusja

Teraz pozostaje mieć nadzieję, że zadano sobie takie pytanie w PZPN-ie. Nieprzypadkowo polscy trenerzy są tworem istniejącym tylko w w naszym kraju, zagranica o ich istnieniu wydaje się nie mieć zielonego pojęcia. W poszukiwaniu naszego szkoleniowca odnoszącego sukcesy zagranicą, wyjmując przypadek Piotra Nowaka czy Henryka Kasperczaka, musielibyśmy cofnąć się prawdowpodonie do czasów prehistorycznych. Dziś nikt na polskich trenerów nie patrzy poważnie, bo i nie ma ku temu żadnych przesłanek.

Zbigniew Boniek na wczorajszej konferencji wspomniał o tym, że dyskusja o wyższości selekcjonera zagranicznego nad polskim nie ma żadnego sensu. Zgoda. Oczywistym jest fakt, iż w procesie wyboru szkoleniowca pod uwagę bierze się szereg cech kandydatów, które predysponują (bądź też wręcz przeciwnie) ich do bycia dobrym selekcjonerem w konkretnym miejscu, w konkretnym czasie, a cechą tą raczej nie jest kraj urodzenia - to tak, jakbyśmy rozmawiali o tym, czy selekcjoner powinien być blondynem czy szatynem.

Problem w tym, że osoby mające taką opinię wydają się nie zauważać, że rzeczonej polskości bądź zagraniczności nie powinniśmy rozumieć dosłownie, a raczej w kategoriach metafory. Wyobrażając sobie zagranicznego szkoleniowca myślę o kimś ambitnym, z sukcesami na koncie, elokwentnym, rozumiejącym współczesną piłkę nożną, zainteresowanym niuansami taktycznymi. Myślę o kimś z charyzmą i posłuchem wśród swoich podopiecznych, o kimś, kto będzie magnesem dla Błaszczykowskich, Piszczków i Szczęsnych do tego, by czekać na zgrupowania reprezentacji. Jasne, nie każdy zagraniczny trener odpowiada temu opisowi. Problem w tym, że Polak nie odpowiada mu żaden.

Inny świat

To nie jest moment na wybranie kogoś pokroju Leo Beenhakkera - trenera zasłużonego, lecz raczej o opinii osoby, która dziś już tylko odcina kupony od dawnej sławy. Holender zyskiwał w szatni posłuch tylko dzięki temu, że nie był Polakiem. Był kimś z zagranicy, w przeszłości trenował Real Madryt, pochodził po prostu z innego futbolowego świata.

Wydaje się, że dziś samo nazwisko nie zrobi takiego wrażenia na piłkarzach, a przynajmniej nie na tych, od których wymagamy najwięcej - oni już trenują pod opieką trenerów z pierwszych stron gazet bądź z okładek swoich (auto)biografii, oni już w tym innym świecie są. I nazwisko czy kraj pochodzenia selekcjonera nie będą działały na nich w ten sam sposób, jak działały na Bronowickiego, Żurawskiego, Rasiaka czy Sobolewskiego, żeby wymienić tylko parę nazwisk ze zwycięskiego meczu przeciwko Portugalii.

Trudno spodziewać się jednak, by w kadrze pełnię ich umiejętności, zamiast klubowych szefów w postaci Kloppa czy Wengera, wykrzesać mógł swojski Nawałka. Trenerzy pokroju jego czy Fornalika, choć być może znakomici w polskiej lidze, okazują się selekcjonerami wysokiego ryzyka. A reprezentacji, która ostatni wielki mecz zagrała w 2008 roku z Czechami, na takie ryzyko po prostu nie stać. Marcin Kwiatkowski
comments powered by Disqus
facebook