Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Podcięte skrzydła nietoperzy

fot. marca.com
"Nie wierzę w ten projekt i tego Prezydenta" - tymi słowami Roberto Soldado pożegnał się z kibicami Valencii. Kibice o te nieszczególnie miłe słowa nie mogą mieć jednak do zawodnika pretensji. Hiszpan doskonale ocenił punkt, w którym znajduje się Valencia na 2 tygodnie przed startem rozgrywek.

Strata Żołnierza to spory, ale nie największy kłopot obecnego zarządu. To kolejna płytka w dominie, które miast być misternie układane z myślą o startującym lada dzień sezonie, sypie się w najlepsze. Odejście reprezentanta Hiszpanii poprzedziło kilka innych nieprzyjemnych incydentów, a jego przenosiny do północnego Londynu niechybnie pociągną za sobą następne. Na początku czerwca, gdy Valencia w kiepskim stylu kończyła poprzedni sezon, kibice mogli poczuć mały niesmak. Nikt jednak nie zakładał wtedy, że do tego nieprzyjemnego odczucia będą wkrótce zmuszeni się przyzwyczaić.

Czarna pretemporada

Schemat przygotowań do sezonu w przypadku większości czołowych drużyn jest ten sam. Obóz, po którym następują sparingi z miejscowymi średniakami, a na koniec tournee w odległe zakątki świata motywowane względami marketingowymi (rozprzestrzenianie marki), ale i sportowymi (rywale z najwyższej półki).

Los Ches na pierwszy przystanek wybrali Niemcy, a ich trening strzelecki miały na siebie przyjąć ekipy Karlsruher SC i Mannheim. Do niczego takiego jednak nie doszło. W pierwszym przypadku Nietoperze poniosły porażkę, a swój udział miał w tym dobry znajomy prezesa Filipiaka, Koen van der Biezen - strzelec jednej z bramek dla niemieckiej drużyny. W drugim spotkaniu 5. ekipa poprzedniego sezonu La Liga ugrała ledwie bezbramkowy remis. Skokiem poziom wyżej miała być konfrontacja z Stuttgartem, ale jako że nie za bardzo było się z czego odbić, tutaj również pojedynek zakończyli klęską. Trzy mecze, dwie porażki i remis i tylko jedna zdobyta bramka. Nie tak to miało wyglądać, nawet mając na uwadze to, że zgrupowanie miało służyć ćwiczeniu gry w defensywie.

Po takim falstarcie planów dotyczących przygotowań nie można było jednak ad hoc zmienić, a kolejnym etapem miał być niezwykle prestiżowy Guinness International Champions Cup, gdzie VCF, przynajmniej w teorii, powalczyć miała o tryumf z takimi tuzami jak Real Madryt czy Juventus. By jednak do tego doszło, podopieczni Miroslava Đukicia zmuszeni byli uporać się z Milanem. W uprzywilejowanej sytuacji stawiał ich fakt, że w odróżnieniu od reszty uczestników turnieju rozgrywanego na terenie Stanów Zjednoczonych, swój inauguracyjny mecz Nietoperze mogli rozegrać na własnym obiekcie. Z nadzieją na spotkanie wyczekiwał serbski szkoleniowiec, widząc w nim przede wszystkim dobrą okazję na przerwanie czarnej passy - Musimy pokazać, że potrafimy wygrać. To będzie dobry test na pokazanie naszej mentalności zwycięzców. To coś nad czym aktualnie pracujemy - zapewniał były opiekun Realu Valladolid, a jego słowa brzmiały bliźniaczo podobnie do niegdysiejszych deklaracji Unaia Emery'ego.

Nadzieje spełzły na niczym. Własne mury nie pomogły walenckiej drużynie, która poniosła klęskę w stosunku 1-2, skazując się tym samym na walkę o góra 5. miejsce w rozgrywkach. Mimo że jasno postawiony cel nie został osiągnięty Đukić starał się robić dobrą minę do złej gry - Takie rzeczy zdarzają się w presezonie i można je łatwo naprawić. Jestem zadowolony z drużyny jako całości. Zagraliśmy dobre, intensywne spotkanie. W pierwszej połowie zabrakło nam pewności w ataku i Milan ukarał nas za nasze błędy.

Lepsza gra lepszą grą, ale wyniki mówią same za siebie. Łyżką miodu w beczce dziegciu była obiecująca postawa młodziutkiego skrzydłowego Federico 'Fede' Cartabii.



Lewoskrzydłowy udanie zastąpił zmuszonego do opuszczenia placu gry po ledwie kilku minutach Guardado i swą odważną grą w ekspresowym tempie zapracował na nową umowę, wiążącą go z klubem do 2017 roku. Radość z progresu żółtodzioba nie trwała jednak zbyt długo. Na jednej z ostatnich sesji treningowych przed wylotem do USA w wyniku nieszczęśliwego starcia Argentyńczyk doznał skręcenia mięśni szyjnych i wykluczył się tym samym z podróży za ocean. Tym samym na ostatniej prostej przygotowań Valencia pozbawiona została dwójki lewoskrzydłowych - wcześniej uraz kolana na 3 tygodnie wyłączył Andrésa Guardado.

Bez strzelby

Równolegle do niepowodzeń w sparingach rozgrywało się nieszczęście Los Ches na rynku transferowym. W klubie skupiono się na wzmocnieniu linii pomocy (przybyli Oriol Romeu, Javi Fuego i Michel Herrero), zapominając o tym, że to atak i obrona są obecnie najbardziej newralgicznymi formacjami drużyny.

To właśnie w obsadzie ofensywy ekipy z Mestalla na skutek ruchów na rynku transferowym powstała największa wyrwa. Rychło zgrupowanie w Niemczech opuścił skuszony ofertą, prowadzonej przez Luisa Milę Al Jaziry, Nelson Valdez. Z poszukiwaniami jego następcy klub wstrzymał się jednak do czasu wyjaśnienia sytuacji Roberto Soldado, którego wakacje przedłużyły się z uwagi na udział zawodnika w Pucharze Konfederacji.

Wraz z pojawieniem się w klubie Żołnierza pojawił się temat jego sprzedaży, a od początku najwięcej zainteresowania usługami reprezentanta kraju wykazywał desperacko poszukujący gracza na pozycję "9", Tottenham. Londyńczyków nie zraziła twarda postawa prezesa Valencii, Salvo i po burzliwych, zrywanych co i rusz pertraktacjach, dopięli oni swego, sprowadzając wychowanka Realu Madryt na White Hart Lane, za - bagatela - 30 milionów euro, jakich zażyczyła sobie druga strona. Rzeczona suma na konto walenckiego klubu przelana zostanie jednak w kilku ratach, co jest korzystne z punktu widzenia zarządzania klubem, ale ogranicza jego aktywność na transferowym bazarku. O elastyczności budżetowej Realu czy Barcelony Valencia, choć wciąż znajduje się w ligowym topie, może tylko pomarzyć.

W mgnieniu oka drużyna pozostawiona została z kadłubkowym atakiem, który na potrzeby wycieczki do USA, stanowić mieli młody, dotychczas niespełniony w dorosłym futbolu talent, Paco Alcácer i lubujący się raczej w grze za plecami wysuniętego napastnika aniżeli na szpicy, Jonas Gonçalves. Jasne stało się, że klub na gwałt potrzebuje wzmocnień na tej pozycji.

Równolegle do negocjacji w sprawie Soldado prowadzone były rozmowy w przedmiocie sprowadzenia na Mestalla najlepszego strzelca zdegradowanego do Segunda Realu Saragossa, Héldera Postigi. Mimo zależności czasowej między tymi dwoma zdarzeniami, środowisko klubu z Nietoperzem w herbie uparcie twierdziło, że Portugalczyk miał być opcją nr 2, czyli zastępstwem dla Valdeza. Mocnym uzasadnieniem dla tej teorii były informacje o rozpatrywaniu kolejnych kandydatur na tę pozycję oraz podobna specyfika możliwego następcy i jego poprzednika. Obu graczy łączy zdolność do zdobywania ważnych goli (co w przypadku Postigi udowodniliśmy tutaj), ale cel transferowy VCF zwykł trafiać do siatki nieporównywalnie częściej.

W ostatniej chwili sprawy się skomplikowały. Działacze drużyny z La Romareda wyczuli krew i podbili cenę za swojego goleadora z 3 do 4 milionów. Kontrahenci unieśli się za to dumą, deklarując, że nie zapłacą za gracza ani jednego euro ponad wcześniej ustaloną kwotę. Nieustępliwość, którą przy negocjacjach dotyczących Soldado mogła imponować, w tej, bądź co bądź, krytycznej sytuacji, budzi obawy. Salvo, chcąc kreować się na twardego negocjatora, który stara się postawić na swoim, wychodzi raczej na dusigrosza, który aspekt finansowy stawia ponad bieżące potrzeby. Powstaje zatem pytanie, czy robi tak, bo chce, czy dlatego, że musi?

Druga opcja determinowana byłaby wielce prawdopodobnym w przypadku tak zadłużonego jak Valencia klubu brakiem środków. A to dopuszczałoby możliwość, że Postiga jest jednak wyborem nr 1. Tę teorię potwierdza zresztą absurdalność niemal wszystkich pozostałych wymienianych przy okazji opcji. Te bardziej kuszące jak Pablo Osvaldo, Leandro Damiao, "Chicharito" Hernández czy nawet Fernando Torres wydają się nieosiągalne dla Los Ches finansowo, nawet w przypadku wypożyczenia, o którym była mowa w kontekście "Groszka". Te pozostałe (Lucas Barrios, Hugo Almeida, Fabio Quagliarella, Marco Borriello) nie wydają się bardziej atrakcyjne od wspomnianego wcześniej Postigi. Najlepsze "kąski" czyli, łączony od kilku lat z Valencią, Kévin Gameiro, David Villa czy Léo Baptistao, dawno zostały sprzątnięte przez obdarzonych lepszym refleksem rywali. Nietoperze znalazły się w kropce i jeśli szybko nikt w klubie się nie zreflektuje, skutecznością z pretemporady straszyć będą także na starcie ligi.

Bez tożsamości

Jeszcze kilka tygodni temu zatrudnienie Miroslav Đukicia określane było jako strzał w "10". Serb, inaugurując swą kadencję na Mestalla, wyraźnie nakreślił swój plan, który trafiał w gusta kibiców. Gra Valencii pod jego rządami skupiona miała być wokół, znakomitego w końcówce poprzednich rozgrywek, Évera Banegi, a Soldado miał otrzymać status intransferible. W Valladolid pochodzący z Bałkanów trener ze skromnej kadry wycisnął ostatnie soki, robiąc wynik ponad normę, więc jego zapowiedzi o przywróceniu Los Ches na szczyt nie były traktowane jako czcza gadka.

Dziś te plany coraz dotkliwiej weryfikuje rzeczywistość. Drużyna nie może wkroczyć na ścieżkę zwycięstw, a na rynku transferowym względem konkurentów już jest spóźniona o ładnych kilka tygodni. Choć to wciąż ledwie niepokojące sygnały i na przestrzeni najbliższych dni sytuacja może ulec drastycznej poprawie, nad drużyną zaczęło wisieć widmo zdegradowania do roli ligowego przeciętniaka. Kibice nie wiedzą, jak interpretować zrównoważone wypowiedzi Đukicia, który twierdzi, że "wierzy w ten projekt", patrząc na to, jak kontrastują one przytoczonymi na wstępie wyznaniami Soldado. Równie spokojny przed rokiem był Mauricio Pellegrino, a jak zakończyła się jego przygoda z prowadzeniem Nietoperzy, wszyscy doskonale pamiętamy.

Jeśli Valencia zrobi w tym sezonie kolejny krok do tyłu, przyczyn takiego obrotu spraw niekoniecznie będzie można upatrywać tylko i wyłącznie w osobie szkoleniowca czy nawet w samych zawodnikach. Źródło ostatnich nieszczęść ulokowane jest gdzieś wyżej i można je określić mianem braku pomysłu na osobowość klubu. Stawka drużyn w Primera Division dzieli się obecnie, czy tego chcemy czy nie, na Real i Barcelonę oraz pozostałych. Wśród pozostałych wskazać można drużyny, które z tym podziałem się godzą i szukają metod, by sobie z tym radzić i takie, które nie mogąc się z tym pogodzić, brną w niedolę. Podczas gdy Atlético prosperuje dzięki rozsądnej polityce transferowej, Real Sociedad stawia na wychowanków i zbiera z tego plony, a oprzytomniała Sevilla reorganizuje cały skład za pokaźne środki otrzymane z transferów swych gwiazd, Valencia miota się coraz bardziej, kopiąc się sama ze sobą.

Jedyne, co udało się klubowi odświeżyć przez lato, to wygląd stadionu. Przyjezdnych ma za zadanie straszyć monstrualnej wielkości nietoperz uformowany z czarnych krzesełek na jednej z trybun. Takie jest przynajmniej założenie prezesa Salvo. Jeśli jednak Valencia nie przestanie pogrążać się w swojej nijakości, będzie to tylko strach na wróble, który nawet na pericos nie wystarczy. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook