Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 26 kwietnia 2013

Po czym poznać dobrego trenera?

fot. skysports.com
Na tytułowe pytanie istnieje tyle odpowiedzi, ilu odpowiadających. Jedni wskażą na umiejętność motywacji, inni na wiedzę taktyczną, jeszcze inni na komunikację z zawodnikami. Najczęściej jednak narzeka się na trenerów wtedy, gdy nie robią zmian, względnie robią je zbyt późno (z czego zapamiętamy selekcjonerów Smudę czy Janasa? Właśnie z niechęci do mieszania w składzie!). Zwłaszcza, jeśli zespół przegrywa.


O samym wprowadzaniu piłkarzy z ławki rezerwowych też mówi się różnie. Jedni będą twierdzić, że dobrego trenera można poznać po tym, że świeży zawodnik strzelił gola, zaliczył asystę lub po prostu rozruszał grę zespołu, sądząc na oko. Inni będą dowodzić, że w takim razie ten zawodnik powinien grać od początku meczu. Jak zawsze potrzebna jest głębsza analiza. W poprzedni weekend dwa spotkania dostarczyły materiału do takich rozważań.

W spotkaniu Tottenhamu z Manchesterem City to goście objęli prowadzenie, a według obserwatorów gra londyńczyków wyglądała bardzo słabo. O meczu pisali zarówno Michael Cox, jak i Andrzej Kotarski, zatem nie ma potrzeby opisywać go dokładnie. Krótko - ze względu na sposób gry obu zespołów Bale kompletnie nie miał miejsca grając na pozycji za napastnikiem. Obydwaj boczni pomocnicy Tottenhamu schodzili do środka, co umożliwia grę kombinacyjną krótkimi podaniami, ale największą siłą Bale'a (i zarazem Tottenhamu) jest szybkie pokonywanie wolnej przestrzeni. Manchester City kontrolował sytuację.

Villas-Boas swoimi zmianami nie tylko doprowadził do tego, że Bale mógł zanotować asystę i zdobyć bramkę, ale również zmienił sposób gry zawodników środka pola i w ten sposób odzyskał kontrolę nad meczem. Wprowadzony w miejsce Parkera Huddlestone pomimo dość statycznego stylu gry wykorzystał swoje warunki fizyczne i "zgasił" Carlosa Téveza, a wprowadzony za Sigurðssona Holtby rozprowadzał piłki z cofniętej pozycji nie musząc przejmować się Argentyńczykiem. Do tego szybki Defoe (który woli prostopadłe podania za linię obrony) zastąpił bezużytecznego Adebayora (który woli dostawać piłkę do nogi). To rozciągnęło zespół Manciniego w pionie i stworzyło miejsce dla Dempseya i Bale'a. Portugalski trener nie tylko trafił ze zmianami, ale wykonywał je też w odpowiednim tempie. Nie musiał też wprowadzać drugiego napastnika (co jest obsesją polskich mediów), by zagrać bardziej ofensywnie.

Mniej udany, eufemistycznie to ujmując, przykład dokonywania zmian mieliśmy podczas niedzielnego meczu Śląska z Lechią. Pomińmy fakt, że Bogusław Kaczmarek nie dokonywał zmian, bo to bardziej kwestia zbyt krótkiej ławki. Ciężko jednak zrozumieć ruchy trenera Śląska Wrocław, Stanislava Levý'ego. Po kompletnie nieudanej pierwszej połowie słabo grającego (znowu!) Stevanovicia zastąpił Elsner. Za piłkarza grającego niezbyt agresywnie i ograniczającego się do wielu krótkich podań wszedł zawodnik zdecydowanie lepszy w odbiorze i bardziej mobilny. Rzecz w tym, że Elsner również nie jest mistrzem podań, za to być może wykorzystałby okazję bramkową, jaką miał w pierwszej połowie Stevanović.

Gra Śląska w środku pola nie zmieniła się zbytnio (bo nie mogła się zmienić), natomiast Lechia zdobyła gola po błędzie bramkarza. W tym momencie Śląsk potrzebował natychmiastowej zmiany sposobu gry. Pięć minut później za bezbarwnego Mouloungui'ego wchodzi Piotr Ćwielong i przez następnych kilka chwil musi walczyć o górne piłki. Skoro Mouloungui nie miał szans w powietrznych pojedynkach z Bieniukiem czy Janickim, to jak miał to zrobić niższy od niego Ćwielong? Prawdopodobnie Levý liczył na wymienność pozycji między nim a Patejukiem i Sobotą. Sęk w tym, że te wymiany były wykonywane w zbyt wolnym tempie. Nie było ani jednego momentu, w którym środkowy napastnik wyciągnąłby obrońcę z linii obrony, a w to miejsce wbiegłby skrzydłowy - to wszystko w momencie, gdy piłkę mieliby przy nodze Mila czy Kaźmierczak, którzy umieją dokładnie wrzucić piłkę w pole karne.

Na ostatnie 15 minut wszedł Łukasz Gikiewicz i choć napastnik Śląska potrafił już w tej rundzie wystawić piłkę głową Mili, to jednak takiego podania w ogóle nie dostał. W tym momencie Śląsk próbował już grać kombinacyjnie, wykorzystując fakt, że Lechia sama się cofnęła i oddała trochę pola. Najlepiej rozegraną akcję wykonali Mila z Sobotą, który zawahał się jednak ze strzałem i okazja uciekła. Ostatecznie Śląsk wyrównał po strzale głową Ćwielonga, ale czyja to zasługa? Przede wszystkim obrońców Lechii, którzy nie spojrzeli za plecy, a poza tym Mili, który potrafił z doskonałą precyzją dograć na głowę Ćwielonga. Swoją cegiełkę dołożyli też rezerwowy Śląska - oddając celny strzał - oraz Kaniecki, który strzał przepuścił między nogami. Słowem, komedia omyłek. Ale trener Levý będzie mógł się pochwalić, że dokonał kluczowej zmiany. Bujda.

Nie każda zła zmiana dyskredytuje szkoleniowca, podobnie jak brak zmian. Każdy przegrywa mecze. Ale wpuszczanie piłkarzy z ławki musi mieć odbicie w odpowiednim dostosowaniu do nich sposobu gry - w jego zmianie lub też utrzymaniu, w zależności od potrzeb. Czasem chcąc wyrównać stan meczu należy wpuścić zawodnika defensywnego, jeśli to ma pomóc w lepszym utrzymywaniu piłki i zdobyciu kontroli nad grą. Zmiany na chybił trafił nie przynoszą jednak chluby żadnemu szkoleniowcowi, a raczej wskazują na (co najmniej) brak chłodnej głowy i szwankujący warsztat. Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook