Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 26 października 2013

Nowi bohaterowie El Clásico

fot. marca.com
To miało być Gran Derbi debiutów: Gerardo Martino, Carlo Ancelottiego, Garetha Bale'a i Neymara. Mecz, który miał nam powiedzieć coś nowego o pojedynkach Realu i Barcelony. I tak było.

Klasyki się nam przejadły. Nie dlatego, że na boisku wiało nudą. Nie dlatego, że brakowało walki, że nie trzeszczały kości, że nie oglądaliśmy piłkarskiej maestrii. Po prostu wszystko to kisiło się od dawna w jednym sosie. Znaliśmy scenariusze, sposoby na wygraną. Zmieniali się tylko reżyserzy. Najpierw był to Guardiola i Lionel Messi. Później José Mourinho i zabójczo regularny Cristiano Ronaldo, który gdy tylko odblokował się w strzelaniu w tych prestiżowych bojach, uczynił sobie z tego główne hobby.

Tym razem musiało być inaczej. Po jednej i po drugiej stronie na ławkach zasiedli nowi trenerzy. Gwiazdy nr 1 się nie zmieniły, ale zmienili się ich pomocnicy. Novum był też fakt, że owi debiutanci już na starcie mogli się pochwalić statusem niemal równym temu, jakim cieszyły się pierwszoplanowe postaci Barcelony i Realu. Przedmeczowe zapowiedzi nie pozostawiały wątpliwości - rywalizacja Bale'a z Neymarem ma rozgrzać tak samo jak znane już nam strzeleckie pojedynki obu geniuszów futbolu. Poprzeczka została zawieszona wysoko, bo przecież ostatnie ligowe Gran Derbi na Camp Nou sprowadziło się głównie do wymiany ciosów między Argentyńczykiem a Portugalczykiem. A przecież, przynajmniej od Bale'a, na hiszpańskich boiskach magii dostaliśmy jak na lekarstwo.

Trenerzy, czyli jak zostać pomysłowym Dobromirem

Przed takimi spotkaniami trenerzy czasami starają sie nam uświadomić, że to tylko kolejny ligowy mecz, w którym do zgarnięcia są 3 punkty - tyle samo, co za pokonanie Elche czy Málagi. To czcza gadanina, która nie trafia do rozgrzanych już od przynajmniej tygodnia głów sympatyków jednej czy drugiej drużyny. Oni wiedzą, że to nie jest mecz taki jak wszystkie pozostałe.

Martino i Ancelotti wcale nie chcieli nam sprzedawać takich farmazonów. Albo unikali trywializowania wagi tego wydarzenia, albo w nieco zabawny sposób starali się podkreślić jego odmienność. Tak zrobił Włoch - Widziałem wszystkie Klasyki z poprzednich lat. To zawsze były moje ulubione mecze i specjalnie płaciłem by móc je obejrzeć w TV. Teraz już nie muszę - żartował na konferencji przedmeczowej.

Obaj szkoleniowcy najlepiej oddali jednak inność derbów, ustalając wyjściowe "11" i taktykę na mecz, decydując się na warianty, z których sami wcześniej raczej nie korzystali . Gospodarze wybiegli na boisko z Fàbregasem w roli "fałszywej 9" i z Messim na prawym skrzydle. Goście zaskoczyli ustawieniem z trivote w środku pola, w którego skład wszedł po raz pierwszy Sergio Ramos. Bale zaczął na lewym skrzydle, skąd wygonił Cristiano Ronaldo, przestawionego na szpicę. Ani Martino, ani Ancelotti nie odkryli w ten sposób Ameryki, skorzystali z rozwiązań wypracowanych przez Mourinho czy Guardiolę (a nawet przez Rijkaarda), ale pokazali, że chęć przechytrzenia rywala spędzała im podczas ostatnich nocy sen z powiek.

I Włoch i Argentyńczyk eksperymentowali do tego stopnia, że zmarginalizowali rolę swych najlepszych armat, ustawiając ich na pozycjach, do gry na których nie zostali stworzeni. W ten sposób otworzyli jednak El Clásico na innych bohaterów.

Ojcowie sukcesu

Gdy Neymar trafił na Camp Nou sporo było sceptyków, powątpiewających w to czy Neymar się do czegoś Katalończykom przyda lub powątpiewających w umiejętności cracka z Santosu w ogóle. Tymczasem on niczym się nie przejmując stwierdził tylko - Jestem tu by pomóc Messiemu w byciu dalej najlepszym piłkarzem na świecie. I od pierwszych minut spędzonych na boiskach La Liga przekonywał, że słowa te trzeba interpretować literalnie, nie tylko asystując La Puldze przy bramkach w meczach z Sociedad czy Valencią, ale i pozwalając mu na chwilę słabości i odpoczynku. Gdy Messi pauzował przez kontuzję, Neymar brał losy drużyny na swoje barki.

W Gran Derbi Messi zagrał, ale przez brak świeżości i taktyczne wybory Martino, przez długi czas, nie bójmy się tego napisać, tylko statystował reszcie kolegów. Barcelona żyła wyłącznie dzięki lewej flance, gdzie szaleli odrodzony Iniesta (który doskonałym występem dał znak, że pogłoski o jego śmierci są mocno przesadzone) i Neymar. To właśnie ten duet dyskretnie przetransportował w 18. minucie piłkę w pole karne gości i przy pomocy debiutującego w El Clásico Carvajala, wepchnął ją do siatki Los Blancos. Reprezentant canarinhos, dokładając w drugiej połowie asystę przy genialnym golu Alexisa Sancheza, w najlepszy możliwy sposób nawiązał do debiutanckich Klasyków swoich rodaków - Romario, Rivaldo czy Ronaldinho.


Barcelona 2 Real Madrid 1 przez acosart

Gdyby ten mecz rozgrywany był na Santiago Bernabeu, madridistas może nie wstaliby z miejsc by oklaskiwać skrzydłowego, ale z pewnością poczuliby żal z powodu przegranego przez Péreza wyścigu o byłego gracza Santosu. W jego klasę nikt już nie wątpi. W dwóch decydujących konfrontacjach w tym sezonie - z Realem i Atletico - to on okazywał się być języczkiem u wagi.

Pierwsze Gran Derbi Neymara na Camp Nou było jednocześnie najprawdopodobniej ostatnim takim spotkaniem dla Victora Valdésa. Portero Barcy dawno podjął decyzję o odejściu z Dumy Katalonii i żadne wydarzenie od tamtego czasu nie skłoniło go do jej zmiany. Zagadką pozostaje jedynie to, jaki kraj wybierze na kontynuowanie zawodowej kariery. Victor zdecydował się jednak wypełnić swój kontrakt do końca i w ten wieczór zrobił wiele by zostać dobrze zapamiętanym.

Obroniony instynktownie strzał z kilku metrów Khediry w 44. minucie meczu i zatrzymanie potężnego uderzenia Ronaldo niedługo po wznowieniu gry w drugiej połowie dały mu taką pewność siebie, że kolejne próby Di Marii i jeszcze raz Khediry łapał z taką łatwością jakby z piłki w trakcie lotu ulatywało powietrze.

Skapitulował dopiero w doliczonym czasie gry, gdy koledzy zapewnili mu już margines błędu dzięki bramce na 2:0. Valdés przepuścił lecącą w jego kierunku piłkę pod sobą. Mógł się w tej sytuacji zachować lepiej i wiedział o tym. Leżąc na ziemi, wyglądał na niepocieszonego, choć ten gol nie przesądził ani o stracie punktów, ani o całkowitej ocenie jego występu. Wcześniejsze derby dostarczały mu więcej zmartwień niż uciech jak wtedy gdy w superpucharowym pojedynku sprezentował gola Di Marii, ale potężny stadion Blaugrany zapamięta go jako bohatera.

Małe szczęścia

Gdy drużyna przegrywa, rzadko zbiera pochwały. Szczególnie wtedy gdy stawka meczu jest spora. Wydaje się jednak, że w prasie cała odpowiedzialność za porażkę spadnie na Carlo Ancelottiego za jego niezbyt trafione wybory. Ci bardziej fanatyczni kibice zwyzywają za to Undiano Mallenco, który nie wystrzegł się drobnych błędów, ale, co najważniejsze, panował nad wydarzeniami na boisku. W tej sytuacji można dostrzec i pozytywy po stronie, która poległa.

Takim pozytywem jest młody Jesé, wchodzący na boisko w końcówce spotkania i dający iskierkę nadziei swojej drużynie. Dziś czy jutro strzelona przez młodzieżowego reprezentanta Hiszpanii bramka nie będzie miała żadnego znaczenia, ale znając skalę talentu tego chłopaka, niewykluczone, że za kilka lat ten występ będzie oceniany jako ciche narodziny nowej gwiazdy. Dziś Jesé jest wciąż tylko ciekawostką, obiecującym żółtodziobem, o czym przekonał nas kilkanaście sekund po strzeleniu bramki, dając się w dziecinnie prosty sposób (przypadek?) ograć Messiemu, co otworzyło przed Barcą szansę na wbicie gwoździa do trumny Los Blancos. Występ w takim meczu jest jednak równy doświadczeniu jakie można zdobyć grą w 10 innych losowych spotkaniach, a o zbawiennym wpływie błyśnięcia w takich konfrontacjach może Jesému sporo opowiedzieć Raphaël Varane, skądinąd dziś ponownie najpewniejszy w obronie Realu.

Co bardziej dociekliwych madridistas ucieszy też odmieniony Karim Benzema. Nieco więcej szczęścia lub Marcin Cabaj w bramce Barcelony i Fracuzowi odpuszczono by wszystkie przewiny z ostatnich tygodni. Uderzenie, które wylądowało na poprzeczce było jednym z lepszych, jakie były zawodnik Olympique Lyon oddał w czasie swojej gry dla Królewskich. Podanie do Khediry też powinno zostać zamienione na gola, gdyby nie fakt, że na lewym skrzydle znalazł się akurat ten nieszczęsny Khedira. "9" Realu zabrakło jedynie tego za czym tęskni od dłuższego czasu - bramek.

Nowa era El Clásico

Barcelona nie wygrała dzięki geniuszowi Martino czy skuteczności Messiego. Real całej winy za porażkę nie może zrzucić na odważne roszady Carlo Ancelottiego czy, w dużej mierze, niemrawy występ Cristiano Ronaldo. Końcowy rezultat nie jest wynikiem przedmeczowej burzy mózgów, a raczej wypadkową kilku błysków, których tym razem więcej było po stronie Blaugrany.

Takie też będą zapewne kolejne mecze tych dwóch ekip pod wodzą nowych trenerów - mniej wyraziste, ale bardziej nieprzewidywalne, rodzące co i rusz nowych bohaterów (kto wie co pokaże nieobecny dziś Isco, gdy wreszcie dojdzie do głosu). To chyba dobrze, bo w sporcie nie ma nic piękniejszego od chwil, w których zdajemy sobie sprawę, że nie wiemy o nim wszystkiego. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook