Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 17 maja 2013

Nasza szkapa

fot. bundesliga.de
Zlatan w swojej autobiografii cytuje słowa przyjaciela, który sugerował Szwedowi, że jego problemy w Barcelonie wynikały z faktu, że kupiono Ferrari, a prowadzono je jak Fiata. Zachowując wszelkie proporcje: on przyszedł jako dorodny "Źrebak", a w Nadrenii-Westaflii ujeżdżany jest jak zwykła szkapa.

Luuk de Jong, bo o nim mowa, to najdroższy zawodnik w ponad stuletniej historii Borussii, a Eberl, by przekonać Twente do sprzedaży swojej gwiazdy, musiał wyłożyć na stół ośmiocyfrową kwotą. Sam Holender odrzucił zaloty angielskich klubów, a decydującym czynnikiem przemawiającym na korzyść nieco zakurzonego niemieckiego giganta była perspektywa występów w Lidze Mistrzów. W Mönchengladbach czekało go jednak niezwykle trudne zadanie, miał bowiem wypełnić lukę po Reusie, najlepszym zawodniku całej ligi w minionym sezonie i jednym z głównych architektów niespodziewanego sukcesu.



Prawdziwych mężczyzn poznaje się ponoć po tym, jak kończą, a nie zaczynają, ale trzeba przyznać, że Holender wejście do zespołu miał, delikatnie mówiąc, średnio udane. Już w drugim występie w nowych barwach, w kluczowym meczu o wejście do piłkarskiego raju, zdobył swoją pierwszą bramkę, która do Ligi Mistrzów przybliżyła jednak nie „Źrebaki”, a ich rywali z Kijowa. Bramkę, która jak się później okazało, zaważyła na losach tej rywalizacji.

Stara śpiewka, nowi piewcy

Start w lidze de Jong miał tak samo wolny, jak i cały zespół, a dość szybko wyszło na jaw, że trójkę filarów, którą latem solidarnie rozdzieliły między sobą ligowi potentaci, będzie trudniej zastąpić, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Prawdziwy kosowski diament z Bazylei wylądował bowiem nie w Mönchengladbach, a w Monachium, hiszpański następca Dantego okazał się mniej hiszpański, niż się spodziewano, a nikt nie kwapił się zbytnio, by przejąć rolę Reusa. Problemy drużyny pogłębiał dodatkowo fakt, że mimo znaczących ubytków i transferów zawodników w zupełnie innym typie niż poprzednicy, ani na jotę nie zmieniła się filozofia gry, a trener Favre twardo obstawał przy sprawdzonych schematach.

I tak Domínguezowi przyszło rozpoczynać szybkie ataki, mimo że często miewał problemy nawet z opanowaniem piłki, Xhaka przesiadywał na ławce albo zawodził na boisku, a de Jong tylko bezradnie obserwował, jak gra toczy się znacznie głębiej, a koledzy zamiast dogrywać mu górne piłki, szukają z nim gry kombinacyjnej bądź próbują wykorzystać jego szybkość.

Favre nie dawał za wygraną. "Gramy 4-4-2, a nie 4-3-3", przekonywał, nie dając żadnej nadziei Holendrowi. A rozwiązanie problemów "Źrebaków" wydawało się tak blisko. De Jong przechodził przecież z łatką zawodnika znakomicie radzącego sobie w powietrzu, a w szatni Szwajcar miał gracza z prawdopodobnie najlepiej ułożoną stopą w całej lidze. Dwa elementy, które idealnie do siebie pasują zupełnie nie przekonywały trenera. Borussia dośrodkowuje najrzadziej ze wszystkich zespołów w Bundeslidze, choć znaczna część jej ataku to zawodnicy lepiej czujący się w pojedynkach główkowych niż naziemnych (de Jong, Hanke, Mlapa).

Trzeba jednak uczciwi przyznać, że osławiona gra głową Holendra okazała się w niemieckich realiach nieco przereklamowana, podobnie jak w przypadku innego specjalisty w tym aspekcie, który latem Eredivisie zamienił na Bundesligę. Chociaż i de Jong, i Dost osiągają znacznie lepsze wyniki niż większość ligowych napastników, to do zdecydowanych liderów i prawdziwych mistrzów tego rzemiosła sporo im brakuje:

Petersen (30/5), Rudnevs (31/4), Mölders (33/5), Szalai (33/4), Ibisević (36/2), Son (36/2), Schahin (38/3), Olić (40/3), Lewandowski (42/3), Diouf (43/2), Sobiech (43/2), Dost (45/1), de Jong (46/2), Pekhart (51/1), Joselu (52/1), Kießling (53/8), Meier (55/4), Mandzukic (59/6).
Legenda: (procent wygranych pojedynków główkowych (min. 100 stoczonych)/liczba bramek zdobytych głową)

Co dalej? Wybieg czy... stajnia?

W pierwszym sezonie gry na niemieckich salonach dorobek de Jonga (sześć goli w lidze) nie jest zbyt okazały, jednak biorąc pod uwagi wszystkie aspekty, jak np. zmianę otoczenia, presję związaną z kwotą transferu czy połowę rundy jesiennej spędzoną w gabinetach lekarskich, można go uznać za solidny. Momentami, szczególnie wiosną, postawa Holendra mogła napawać optymizmem, a Max Eberl wreszcie sądzić, że rekordowy zakup „Źrebaków” nie okaże się niewypałem.

W kolejnych rozgrywkach de Jonga czeka zapewne droga Mike'a Hankego, który z typowego łowcy goli pod okiem Favre'a ewoluował w napastnika operującego głębiej, dobrze czującego się z piłką u nogi. Zagrożeniem dla Holendra może być Szwed Branimir Hrgota. W sobotnim debiucie w jedenastce Borussii król strzelców szwedzkiej drugiej ligi i nadzieja tamtejszego futbolu popisał się hat-trickiem i zamknął usta wszystkim niedowiarkom, bo przejawy nieprzeciętnego talentu zdradzał już we wcześniejszych, krótkich epizodach na boisku. On w przeciwieństwie do de Jonga nie musi zmieniać swojego stylu, bo w szybkiej, kombinacyjnej grze ekipy z Mönchengladbach czuje się jak ryba w wodzie. Albo raczej jak „Źrebak” na wybiegu.

Dane pochodzą z serisów Squawka i WhoScored.
Marcin Olton
comments powered by Disqus
facebook