Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 17 czerwca 2014

Mundial niczym eliminacje CONMEBOL

fot. goal.com
Cztery zespoły z Ameryki Południowej, w tym gospodarze, solidarnie wygrały swoje mecze. Zawiodły Urugwaj i Ekwador. Po zerknięciu w tabelę eliminacji nie może to dziwić - te dwa zespoły zajęły ostatnie miejsca premiowane awansem lub barażem.

Duet prowodyrów nadrabia braki

Gospodarze pokonali Chorwatów dzięki golom Neymara i Oscara, ale nie obyło się bez kontrowersji (wymuszenie karnego przez Freda). Co się rzadko zdarza, właśnie strzelcy goli byli najlepszymi zawodnikami zespołu z Kraju Kawy. Hulk zawiódł, Marcelo był aktywny, ale mało produktywny i zaliczył samobója, a Dani Alves nadal udowadnia, że z każdym rokiem jest słabszy. Środek pomocy i obrony skupił się raczej na zadaniach ofensywnych, które podopieczni Scolariego realizowali dobrze, ale to zwykle brazylijskim kibicom umyka, bo największym zainteresowaniem cieszą się techniczne popisy.

Technicznych popisów wiele nie było, ale Neymar zdobył gola po precyzyjnie wymierzonym strzale. Było to możliwe również dzięki modyfikacji wprowadzonej przez Felipao - wobec faktu, że Chorwaci postawili w środku pola na Modricia i Rakiticia, którzy nie zachowywali cofniętych pozycji, selekcjoner Brazylijczyków przesunął Neymara do środka, Oscara na prawo, a Hulka na lewą. Błyskotliwemu skrzydłowemu Barcelony wystarczyło nieco więcej przestrzeni, by wywrzeć piętno na wyniku meczu. Prawdziwym bohaterem spotkania był jednak Oscar, oszczędnie korzystający ze sztuczek technicznych, ale pracujący mocno w defensywie i świetnie korzystający z wolnych sektorów boiska. Swój występ podsumował pięknym golem ze szpica.

Gdy entuzjazm wygasa, krasnale są w opałach

Chilijczycy, prowadzeni przez Sampaolego, zagorzałego bielsistę, w ciągu 15 minut niemal rozsmarowali Australijczyków na murawie - 2 strzały i 2 gole! Było to możliwe dzięki wysokiemu pressingowi i niewyobrażalnym wręcz tempie ruchu z przodu - gdy Valdivia zdobywał drugiego gola mniej więcej ze środka, Chilijczycy swoim ruchem przeciągnęli niemal całą obronę Australii do jednej strony. Tym razem ustawieni w 4-1-2-1-2, Chilijczycy utrzymywali swój styl i sposób gry niezależnie od formacji - wysoki albo średni pressing o dużej intensywności, sporo wymian podań i przyspieszanie tempa w okolicach pola karnego rywali.

Jednak gdy gra uspokoiła się przy stanie 2:0, Australijczycy zaczęli mieć coś do powiedzenia - głównie ze względu na wąskie ustawienie Chile, które umożliwiało bocznym obrońcom Australii atakowanie bocznymi sektorami i posyłanie dośrodkowań w pole karne. Tim Cahill, mierzący 178 cm, przy Garym Medelu wyglądał jak olbrzym - prędzej czy później musiało się to zakończyć golami. Ostatecznie padł tylko jeden, a w drugiej połowie Sampaoli zareagował - przestawił zespół na klasyczne 4-3-3 wprowadzając Beausejoura, który z Sanchezem zajął miejsce na flankach. To umożliwiło ograniczenie swobody bocznych obrońców rywali i pozwoliło odzyskać kontrolę nad spotkaniem, ale Sampaoli ma o czym myśleć - jeśli słaba Australia potrafiła sprawić Chilijczykom takie kłopoty, co będzie w meczach z Holandią czy Hiszpanią?

Ofensywni bronią, defensywni atakują

Gdy Kolumbia zdobyła gola w 5. minucie spotkania, było oczywiste, że znany od 2004 roku plan Greków na mecz posypał się. Teraz to Kolumbijczycy mogli (i chcieli) kontratakować, a zespół Fernando Santosa próbował przedostać się w ich pole karne, co jednak nie mogło się udać - ten zespół nie ma odpowiednich wykonawców. Jedynym obiecującym piłkarzem był Kone, ale i on nie dawał rady.

Lekko zaskakując, Pekerman zrezygnował z dwóch napastników i umieścił Jamesa Rodrigueza za Teo Gutierrezem. Ale siłą Kolumbii były skrzydła - największym zagrożeniem był jednak Juan Cuadrado, który zanotował zresztą dwie asysty i nie tylko trzymał się linii, ale szukał sobie miejsca i próbował kombinacji z Rodriguezem. Sporo strachu napędził też Grekom ustawiony po lewej stronie Ibarbo. Jeśli pominąć pewne oczywiste słabości kolumbiskich stoperów, ten zespół sprawia wrażenie bardzo silnego i elastycznego. W środku pola oprócz przecinaka Sancheza i nieco bardziej ofensywnego Aguilara mogą grać również silny Guarin czy błyskotliwy Quintero (raczej za napastnikiem), a wprowadzony w drugiej połowie Arias mijał Greków, jakby był skrzydłowym, a nie bocznym obrońcą. Ktokolwiek wyjdzie z grupy D, jeśli trafi na zespół Pekermana, nie będzie miał łatwego zadania.

To nie jest turniej dla starych ludzi

Diego Forlan dobitnie przypomniał, że od Mundialu 2010, na którym został najlepszym zawodnikiem minęły już 4 lata. Ustawiony w klasycznym 4-4-2 Urugwaj w spotkaniu z Kostaryką wyglądał na zespół kompletnie nieelastyczny, schematyczny i bezradny w starciu nawet z przeciętną defensywą. Stosowane od początku długie piłki nie miały żadnych szans powodzenia, a Cavani i Forlan zupełnie nie potrafili połączyć pomocy z atakiem. Warto zauważyć, że grający reaktywnie miał perfekcyjną pozycję wyjściową po szybko zdobytym golu, a jednak stracił 3 bramki (jedną ze spalonego, ale obraz gry również świadczył przeciwko Urusom).

Pomimo braku Suareza ten występ należy ocenić jak najniżej, a szanse Urugwaju na awans są minimalne, również z powodu terminarza. Nawet wprowadzenie do tak grającego zespołu Suareza może spowodować, że koledzy napastnika Liverpoolu tym chętniej będą pozbywać się piłki i kierować ją do niego w nadziei, że coś wymyśli. Para Suarez-Cavani na pewno będzie wyglądać lepiej i to pomimo kontuzji tego pierwszego, ale tylko zmiany w reszcie drużyny mogą spowodować, że Urugwaj zagra lepiej. Pierwsza już jest konieczna (wykluczenie Maxiego Pereiry) i kto wie, czy nie będzie to z korzyścią dla zespołu Tabareza.

Reaktywność i ataki skrzydłami

Ekwador wydawał się przed turniejem najsłabszym zespołem Ameryki Południowej i to spotkanie to potwierdziło - nie tylko z powodu przegranej, bo podopieczni Reinaldo Ruedy prowadzili, a w końcówce mieli 100% szansę na zwycięskiego gola. Niemniej, ich atuty (siła i szybkość, umożliwiająca wygrywanie pojedynków po stałych fragmentach gry i podczas ataków skrzydłami) były niwelowane przez słabości. Najlepiej uwidocznili to Jefferson Montero i Michael Arroyo. Ten pierwszy był jednym z najlepszych aktorów widowiska, zatruwając życie Lichtsteinerowi ciągłymi rajdami i dryblingami; zresztą po faulu Szwajcara na skrzydłowym Morelii padł pierwszy gol. Ale jego produktywność była dość niska i Ekwador nie osiągnął zbyt wielkich korzyści z gry filigranowego pomocnika. Natomiast Arroyo miał idealną sytuację do zdobycia bramki dającej wygraną, ale zawahał się i stracił piłkę na rzecz Behramiego, po czym padł zwycięski gol Szwajcarów.

Po perfekcyjnym meczu Francuzów trudno spodziewać się, by Ekwador miał z nimi jakieś szanse - pomimo doskonały długich podań Noboi brakuje jednak jakości w środku pola, a swoje mówi też to, że z dziesiątką gra w tym zespole lewy obrońca, Walter Ayovi.

Dziwaczny eksperyment przesłania autentyczną jakość

Po spotkaniu Argentyny najwięcej mówiło się nagłym i niespodziewanym przejściu na grę w systemie 3-1-4-1-1. Gdy cała Europa korzysta z konwersji czwórki z tyłu na trójkę, wprowadzając pomiędzy stoperów defensywnego pomocnika, co wypycha do przodu bocznych obrońców, Sabella zadziwił świat wprowadzając taktyczną innowację - wystawił trzech środkowych obrońców, między których wchodził jeszcze Mascherano, co dawało czterech stoperów. Biorąc pod uwagę, że lewy wahadłowy pomocnik, Rojo, w klubie gra jako środkowy obrońca, można się było doliczyć piątki stoperów. Jeśli doliczyć brak aktywności Maxiego Rodrigueza, cała ofensywa Argentyny sprowadzała się do di Marii i Messiego, którym miejsce robił osamotniony Aguero. Efekt wszyscy widzieli.

Holowanie piłki z ogromną szybkością przez Messiego czy di Marię było trudne do zatrzymania, ale możliwe. Wystarczyło jednak naprawić błędy z pierwszej połowy, by gra zaczęła się zazębiać. Higuain otwierał przestrzeń dla Messiego (i zaliczył asystę przy jego golu), a Gago przyspieszał grę podaniem i zajmował strefy w środku pola, oferując opcję krótkiego podania Mascherano, Zabalecie czy Messiemu. Nadal można mieć wątpliwości, czy Rojo będzie wystarczająco wspierał napastników oraz czy usilnie dryblujący Aguero odzyska porozumienie z Messim, ale co najważniejsze - zdobyty gol dał Messiemu ogromną radość i niesamowitą motywację. Jeśli Sabella zadba o to, by umożliwić mu jak najpełniejsze wykorzystanie swojego potencjału (otwieranie stref przed polem karnym, dbanie o równowagę w zespole), to Argentyna powinna mierzyć w finał. Obawę budzi jednak defensywa (a zwłaszcza bramkarz) - na tyle silną, że w chwili zastanowienia można zrozumieć chęć wystawienie trójki obrońców.

Skoro mistrzostwa rozgrywane są w Ameryce Południowej, to Brazylia i Argentyna z pewnością celują w tytuł. Dzielnie sekundują im Chile i Kolumbia, ale dwa pozostałe zespoły z kontynentu raczej nie uzyskają awansu. Jeśli dołączyć do tego dobrą grę Kostaryki, USA i Meksyku, wygląda na to, że ten turniej może być wybitnie amerykański. Dawid Jankowiak
comments powered by Disqus
facebook