Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 16 maja 2013

Ludovic Obraniak, akt ostatni

fot. goal.com
Miał być piłkarzem z innej planety, a okazał się jednym z najgorszych graczy w historii reprezentacji. Miał wnieść nową jakość, a wniósł nową mentalność, która nigdy nie została zaakceptowana. Efekt? Obraniak właśnie zrezygnował z miejsca w reprezentacji Polski.

Dla dopełnienia formalności warto dodać, że rezygnacja francuskiego pomocnika dotyczy jedynie okresu, w którym kadrze przewodzi Waldemar Fornalik. Piszę o formalnościach, bo raczej trudno spodziewać się, by ktokolwiek kiedykolwiek zachciał Obraniaka ponownie importować. To po prostu nie ma sensu.
O co jednak chodzi w tej całej aferze? Spróbujmy uporządkować wydarzenia.


Przyczyna

Badając sprawę, oddajmy może głos samemu Obraniakowi: - Dopóki selekcjonerem będzie Waldemar Fornalik, nie będę już grał w tej drużynie. Poprosiłem kierownictwo reprezentacji, aby nie brało mnie pod uwagę przy wysyłaniu kolejnych powołań - powiedział.

Dlaczego jednak "dopóki selekcjonerem będzie Waldemar Fornalik"? Czy rezygnacja z występów w kadrze jest integralną częścią buntu przeciw menadżerowi? Przecież, wyjaśniając swoje stanowisko, sięga Obraniak do argumentów, które nie uderzają wprost szkoleniowca. - Ostatnio atmosfera wokół mnie stała się ciężka do zniesienia. Padło wiele słów, które mnie zabolały i zszokowały - mówi.

Atmosfera robi się ciężka do zniesienia, padają bolące słowa... ale przecież to nie Waldemar Fornalik krytykował swojego piłkarza. Wręcz przeciwnie: w okresie sporej krytyki po Euro wciąż stawiał na Obraniaka. I robił to zdecydowanie - mimo czerwonej kartki z Czarnogórą i serii bezbarwnych występów, Fornalik próbował dotrzeć do piłkarza przez tłumacza.

W tym kontekście zarzuty Obraniaka wydają się kuriozalne, wysyłane pod złym adresem. Ale pamiętajmy, że ten sam wspierający go Fornalik Francuza odstrzelił w najważniejszym momencie eliminacji - przed meczem z Ukrainą. I postawił na Radosława Majewskiego, którego wcześniej konsekwentnie pomijał przy kolejnych powołaniach. Francuz nagle i bez słowa wyjaśnienia stracił więc jedynego sojusznika wewnątrz organizmu, wewnątrz drużyny. Szatnię przecież stracił już dawno, wystarczy przypomnieć wypowiedzi Jakuba Błaszczykowskiego, kapitana reprezentacji.

Dąs Obraniaka jest więc zrozumiały. Zawodnik poczuł się opuszczony w momencie, gdy potrzebował wsparcia i to opuszczony dla zupełnie nowego pomysłu, jakim był Majewski. Przekonał się, że Fornalik jest koniunkturalistą i przestał go wspierać kiedy tylko stało się to niewygodne.

Czy to się w ogóle mogło udać?

W aferze tej jest jakaś ironia losu, a może brutalna prawda - Obraniak jest w swoim obrażaniu się bardzo francuski, by nie rzec sfrancuziały. Och, moja urażona godność, ą, ę, białe rękawiczki, rękawy z bufonami i ogromna pewność siebie. Tak wygląda foch Obraniaka z boku.

Może więc projekt Obraniak nie miał sensu od samego początku, a próba jego zaszczepienia prędzej czy później musiała skończyć się odrzutem? Może mentalność zawodnika, nawet mającego polskich przodków, jest zbyt daleka od mentalności naszej, nadwiślańskiej? To już zapewne materiał do analizy, jednak nie zrzucałbym wszystkiego na karb nastawienia czy cech narodowych.

Owszem, w polskiej historii znany był przypadek importowania króla z Francji - i nie zakończyło się to dobrze. Było to nawet bardzo obraniakowe zachowanie - Henryk Walezy jak zobaczył, z kim ma styczność, jaką żonę mu dali (brzydka była okropnie) i że w Polsce mężczyźni rzadko noszą getry - zwiał. Ale nie przypisujmy Francuzom na siłę tendencji do ucieczek. Równie dobrze moglibyśmy przecież wspominać Napoleona, który przed Polakami uciekać nie zamierzał.

Analogie tego typu nie mają sensu także z innego powodu. Wiemy doskonale, że układ z PZPNem bardziej przypominał umowę niż powołanie do kadry narodowej. Związek szukał zawodnika, który byłby w stanie grać w piłkę - bo w Polsce nie znalazł - i Obraniak prawnie się nadawał. Rozgrywający zaś poszukiwał miejsca, w którym jego nazwisko mogłoby nabrać na znaczeniu w europejskiej piłce - i Euro 2012 się do tego nadawało.

To, co wydarzyło się później, było już skutkiem wzajemnego niezadowolenia z układu, który nie wypalił. Ani Obraniak nie pograł w piłkę, jak chciał PZPN, ani nie stał się nagle uznanym piłkarzem - jak chciał sam Obraniak.

Historia o wzajemnych zalotach Francuza i reprezentacji Polski to jedna z tych historii, gdy dwóch przeciętniaków stwierdza, że razem będą wybitni. A efektem tego jest wniosek, że przeciętniak z przeciętniakiem to dwaj przeciętniacy. A jak dorzucimy do równania jeszcze olbrzymie ego, to już bomba z opóźnionym zapłonem. Marcin Wierciński
comments powered by Disqus
facebook