Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 7 października 2013

La Liga zrobiona na szaro

fot. marca.com
Najpierw nad La Ligą zawisły czarne chmury. Potem nadeszła refleksja i pojawiły się plany, które mają wybielić wizerunek rozgrywek i pomóc wyjść z kryzysu. A teraz szef ligi Javier Tebas chce zwiększyć jej konkurencyjność działając "na szaro".

O co chodzi? W futbolu, gdy nie wiadomo o co chodzi, to coraz częściej chodzi o pieniądze third party ownership, czyli magiczny proceder, który pozwala zadłużonym klubom (nierzadko nawet takim, które mają nałożone embargo na wszelkie transakcje) żyć ponad stan i kupować zawodników, którzy w normalnych warunkach nie znajdowaliby się w żadnym wypadku w ich zasięgu finansowym. O tej dość popularnej w obecnych piłkarskich realiach instytucji, która stanowi transferową "szarą strefę" pisaliśmy już dość obszernie przy okazji sensacyjnych przenosin Radamela Falcao z Atlético do Monaco. Czemu ten temat wraca na nasze łamy?

Bo TPO na stałe zainfekowało piłkarską codzienność w Hiszpanii. Do tego stopnia, że szef rozgrywek Javier Tebas uznał za stosowne zorganizować przed kilkunastoma dniami specjalne spotkanie poświęcone roli funduszy inwestycyjnych w futbolu. Na zaproszenie kostarykańskiego działacza w madryckiej siedzibie LFP stawili się przedstawiciele klubów, a także niejaki Nelio Freire, czyli nie kto inny, jak dyrektor wykonawczy grupy Doyen - największego gracza na rynku tego typu instytucji i podmiotu zaangażowanego w kilka głośnych transferów tego lata, by wymienić jedynie przypadki El Tigre, Álvaro Negredo czy Geoffreya Kondogbii. Panowie się spotkali, ale miast wypracowanych w demokratycznym dyskursie wniosków, na koniec wybrzmiał jedynie głos Javiera Tebasa:

Fundusze Inwestycyjne są w porządku.

Tak w telegraficznym skrócie należałoby przedstawić stanowisko głównodowodzącego hiszpańskich rozgrywek. Wszystko byłoby wspaniale, gdyby autor tychże rozważań nie wysnuł takiego wniosku z dość utopijnych założeń: - Działalność funduszy jest mocno demonizowana. Gdy wszystko jest dokładnie uregulowane i mamy do czynienia z pełną transparentnością działań, to sposób na zwiększenie konkurencyjności ligi - twierdzi Tebas i dodaje - To alternatywna forma finansowania klubów, która może sprawić, że nie będą one znikać z mapy piłkarskiego świata.

Regulacje, o których wspomina Tebas, mają się pojawić w pierwszym kwartale nowego roku. Ale jako do rzeczy przyszłej i niepewnej, trzeba mieć do nich lekki dystans. Praktyka legislacyjna różnorakich organów zna cały szereg sposobów na obejście nowo wprowadzanych praw. Na dzień dzisiejszy nie wiemy nawet, kiedy rzeczywiście ujrzymy pierwszy projekt takiego zbioru przepisów. Nim otrzymamy akt pozbawiony luk, miną kolejne długie miesiące, podczas których na wpół legalny proceder będzie się rozwijał. Być może władzom ligi nigdy nie uda się ograniczyć swobody działań funduszy skoro już dziś traktują ich przedstawiciela jak partnera do rozmów o problemie, czym stwarzają pole do silnego lobby z tej strony.

Osoba trzecia czy już druga?

Obecność człowieka reprezentującego Doyen Group i fakt, że nie pojawia się na takim spotkaniu jako podmiot pośrednio zainteresowany w sprawie, ale jako samodzielny dyskutant, którego zdanie jest brane pod uwagę, musi zastanawiać. Szefostwo ligi, decydując się na taki gest, traci swą suwerenność na tym obszarze, tak jak swą suwerenność tracą w pewnym sensie kluby, decydując się na współpracę z funduszami inwestycyjnymi.

Pan Freire, a jakże, zapewniał podczas spotkania o czystości swych intencji i przekonywał, że jego firma w żadnym wypadku nie działa wbrew woli zawodników. Należy jednak pamiętać, że to biznesmen, który pracuje w ramach działalności obliczonej na konkretny zysk. Nawet jeśli na zewnątrz prezentowany jest wizerunek piłkarza, który zmieniając klub spełnia marzenia, za kulisami sprawy mogą wyglądać nieco inaczej.

Bo czy Abdelaziz Barrada zamieniając La Liga na UAE Arabian Gulf League czuje, że wygrywa życie? Być może w portfelu Marokańczykowi (i zapewne nie tylko jemu) po takich przenosinach wszystko się zgadza, ale przeciętnemu kibicowi, który słyszy o takiej zamianie, drobne w kieszeni się już nie zgadzają. Oto zawodnik uznawany za utalentowanego, szkolony w PSG i swym potencjałem wyraźnie przewyższający kolegów z Coliseum Alfonso Pérez, wchodząc w najlepszy dla piłkarza wiek, podpisuje umowę, która na 4 lata wyklucza go z rynku europejskiego. Czyli jedynego naprawdę poważnego w świecie piłki kopanej. Abdel szczerzy się do obiektywu, pozując do fotografii z trójką mężczyzn, którzy z pewnością nie przedostaliby się niezauważeni przez bramki lotniskowe na terenie USA, ale na szczególnie urzeczonego nie wygląda.



Czasami ciężko i o taki wymuszony uśmiech. Przywołany na wstępię Falcao, żegnając się z kibicami Los Colchoneros, nie wyglądał na takiego, co właśnie trafił "6" w totka i coś mi się wydaje, że jego melancholijny nastrój nie był efektem niechybnie zbliżającego się zderzenia z niemal konfiskacyjnym podatkiem forsowanym we Francji przez Françoisa Hollande'a.



Jak to działa w praktyce?

Wątpliwości wzbudzają nie tylko przywołane obrazki, ale i przykłady klubów, które wpadły w wir działań funduszy i dziś czarno na białym widać, że nie wyszły na tym za dobrze. Tam, gdzie Tebas widzi okazję do zwiększenia konkurencyjności ligi, realiści zobaczą przypadki Deportivo i Realu Saragossy.

Prezes tych pierwszych, co prawda jeszcze przed meczem ostatniej kolejki z Realem Sociedad, który zadecydował o spadku Los Turcos do niższej klasy rozgrywkowej, przekonywał opinię publiczną, że Jorge Mendes (agent piłkarski ściśle związany z Doyen) to postać o złotym sercu: - To numer jeden światowego futbolu. Nie pobrał żadnych prowizji za piłkarzy dostarczonych w tym sezonie. Dziękuję mu po tysiąckroć. Wszystko pięknie. Powstaje jednak pytanie: na ile poważnie można brać wypowiedzi o finansach człowieka, który dowodzi klubem tak kosmicznie zadłużonym jak obecne Depor? I co z tego wszystkiego przyszło klubowi z El Riazor? Do drugiej ligi spadli tak czy owak, a portugalski tabor z Salvio, Pizzim, Ze Castro czy Bruno Gamą już dawno ewakuował się z A Coruñy, w tym ostatnim przypadku, aż do odległej Ukrainy. Niedźwiedzia przysługa, można by rzec.

Z drugiej strony mamy klub ze stolicy Aragonii i tamtejszy boss, Agapito Iglesias, czyli mówiąc krótko - kawał kanalii. Człowiek podejrzewany o zdefraudowanie pieniędzy z transferu Andera Herrery, a ostatnio ponownie znajdujący się na cenzurowanym w związku z aferą dotyczącą ustawiania spotkań, która wybuchła po pojedynku Levante z... Deportivo. Kontrowersyjny działacz z dobrodziejstw third party ownership skorzystał przede wszystkim w sezonie 2011/2012, kiedy z pomocą trenerskich umiejętności Manolo Jiméneza, utrzymał cudem klub z La Romareda w Primera. Szemrane interesy odbiły się jednak Iglesiasowi czkawka rok później - tym razem dla Los Blanquillos nie było już ratunku.

Krótki mariaż z funduszami inwestycyjnymi nie pomógł też w żaden sposób aspirującej do powrotu na szczyt Sevilli, w której szeregach grało do niedawna aż 5 podopiecznych Doyen (Botia, Stevanovic, Negredo, Kondogbia, Baba Diawara). W kadrze na temporadę 2013/2014 nie ma już nikogo z tej piątki. Dwóch pożegnało się z Estadio Ramón Sánchez Pizjuán już definitywnie.

Wreszcie należy przywołać casus Valencii i jej ostatniej transakcji, jaką było sprowadzenie z Monterrey napastnika, Dorlana Pabóna. W pewnym momencie wydawało się, że je przesądzone, że w całą operację zostaną włączone osoby trzeciej, ale koniec końców, Los Ches zdecydowali się pokryć sumę odstępnego we własnym zakresie. Czemu skądinąd tak zadłużony klub miast skorzystać z takiego rzekomego dobrodziejstwa, jednak postanowił przeboleć dość spore obciążenie dla swojego budżetu?

Znaków zapytania jest tu dużo więcej, niż w przemyśleniach szefa LFP.

Kim jest Javier Tebas?

By zrozumieć stanowisko kostarykańskiego działacza w sprawie wpływu TPO na hiszpański rynek transferowy, warto poznać bliżej jego sylwetkę. Gdy prześledzimy jego wypowiedzi szybko okaże się, że mamy do czynienia z człowiekiem, któremu dobro ligi co prawda leży na sercu, ale w żadnym wypadku nie ma zamiaru zgrywać Robin Hooda. Nie celuje w populistyczne hasła o egalitaryzmie. Nie szerzy demagogii, twierdząc że góra musi równać do dołu. Przeciwnie, prędzej można go uznać za mecenasa wielkiej dwójki, który albo stawia ją za wzór, albo uważa, że suma korzyści z duopolu przewyższa sumę strat. Tak było w przypadku dyskusji nad zmianą systemu dzielenia zysków ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych. Wówczas Tebas zarzekał się, że nowe regulację będą miały rację bytu jedynie wtedy, gdy zysk "reszty" nie będzie jednoznaczny ze stratą Realu i Barcelony, co dla wielu było nie lada abstrakcją.

Oczywiście Kostarykanina interesuje grupa "pościgowa", ale nie zamierza w magiczny sposób zaburzać obecnych proporcji. Co najwyżej dostarcza pozostałym klubom narzędzi by tego dokonać. Dopuszczenie inwestycji osób trzecich wbrew powszechnej praktyce tępienia tego zjawiska jest w jego opinii takim właśnie narzędziem.

Czy warto iść pod prąd?

W popularnym cytacie Waldemar Łysiak drwił z dyktatu większości, pisząc - "Gdy tylu ludzi pochwala to samo, wtedy łatwo jest dojść do wniosku: jedzmy gówna, przecież miliony much nie mogą się mylić". W przypadku third party ownership ów bon mot należy jednak traktować całkiem serio.

Skoro tego typu biznesu wyraźnie zakazano we Francji i Anglii, skoro szef UEFA nazywa takie przedsięwzięcia "niemoralnymi" to widocznie coś w tym wszystkim nie do końca uczciwego musi tkwić. Co ciekawe, Michel Platini zwrócił się ponad pół roku temu w tej sprawie nawet do FIFA, wnioskując o wprowadzenie generalnego zakazu na korzystanie z tego typu praktyk. Jeśli żądania Francuza zostaną uwzględnione, może dojść do groteskowej sytuacji, w której uregulowanie działań funduszy inwestycyjnych w Hiszpanii zbiegnie się w czasie z całkowitym wykluczeniem tej formy finansowania transferów z rynku piłkarskiego.

Wszystko wskazuje więc na to, że w tym wypadku bezpieczniej jest iść za wyborem milionów much. Wszak jak zauważył kiedyś prezes Sevilli, José María del Nido - La Liga to liga de mierda (dosłownie - gówniana liga), więc do ewentualnego smrodu i tak już wszyscy dawno zdążyli się przyzwyczaić. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook