Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 6 sierpnia 2013

Kuszenie Garetha Bale'a

fot. marca.com
Transfer Walijczyka z dnia na dzień zbliża się do przekroczenia granic medialnej farsy, w której każdy chce ugrać coś dla siebie.

Jedną z podstawowych zasad futbolowych transferów, zasadą fundamentalną, kluczową i w definicji niepodważalną, jest to, że piłkarz, którego kontrakt z klubem ważny jest jeszcze przez ponad pół roku nie może rozmawiać z innymi ekipami. Ta prosta reguła ma chronić zawodników i ich pracodawców przed zagłębieniem się w mętne morze ciągłych niskich zagrywek, przekupstw, nagabywań i niespełnionych obietnic. Ma, ale nie chroni, bo jest regułą zupełnie martwą.

„Mówimy o jednym z najlepszych zawodników w Europie, to normalne, że jest z nami łączony. On naprawdę robi różnicę.”

Iker Casillas, pytany o osobę Garetha Bale'a odpowiada właśnie w ten sposób. Pytanie, czy to nie jest to na wpół legendarne nielegalne kuszenie, czy to nie jest to niedozwolone nakłanianie do przenosin zawodnika, który ma ważny długoterminowy kontrakt, nasuwa się samo. Kapitan drużyny X wychwala pod niebiosa piłkarza drużyny Y. Publicznie, w mediach. To, że nie szepce mu tego do ucha, nie ma znaczenia w globalnej wiosce XXI wieku. Bale, siedząc w swoim londyńskim apartamencie i polerując nagrody dla najlepszego zawodnika ubiegłego sezonu, o wypowiedziach Ikera dowiedział się pewnie parę minut po ich wypowiedzeniu. Ale to nie koniec. Idźmy dalej. Alvaro Arbeloa: – Znam Bale'a z czasów mojej gry w Liverpoolu. Nikt nie może wątpić w jego jakość. Tacy zawodnicy są zawsze interesujący dla najlepszych drużyn. Nacho Fernandez – Bale to spektakularny zawodnik, wielki piłkarz. Kaka: – To bardzo dobry zawodnik. Jeśli przyjdzie do Madrytu, przyjmiemy go z otwartymi ramionami. Marcelo: – To wielki piłkarz. Jeśli do nas trafi, to z chęcią go przywitamy.

Gdyby to była pojedyncza wypowiedź jakiegoś gołowąsa złapanego za słowo przez wytrawnego redaktora, można by przymknąć na to oko. Ale w obecnej sytuacji nie można mieć złudzeń – to zorganizowana akcja mająca na celu pokazanie Walijczykowi, że w Madrycie jest ceniony i że wszyscy tam na niego czekają. W jego sprawie głos zabierają kapitanowie, legendy klubu. Trener niby w zawoalowany sposób, ale jednak dość jednoznacznie przyznaje, że Real Madryt prowadzi działania mające na celu ściągnięcie na Santiago Bernabeu asa Tottenhamu.

Królewscy bez skrępowania obwieszczają światu, że mają zamiar kupić najlepszego piłkarza poprzedniego sezonu Premier League. Za nic mają sobie ciągłe zapewnienia Kogutów, że zawodnik nie jest na sprzedaż. Nie pomagają słowa trenera Andre Villasa-Boasa mówiącego, że jego gwiazdor jest nie do kupienia. Powtarza się sytuacja z czasów zakusów Barcelony na Cesca Fabregasa. Wtedy też każdy Katalończyk twierdził, że pochodzący z Arenys de Mar zawodnik ma DNA klubu z Camp Nou, że cierpi na The Emirates, że chce wrócić do domu. Wtedy sprawy ostateczne przybrały obrót wręcz absurdalny – podczas fety po zdobyciu przez Hiszpanię mistrzostwa świata koledzy nałożyli Cescowi koszulkę Barcelony.

Real Madryt tak daleko się nie posunie, bo byłoby to z jednej strony niemożliwe, a z drugiej niepotrzebne. Katalończycy ustalili precedens, przetestowali granicę wytrzymałości władz FIFA, a także angielskich i hiszpańskich federacji. Teraz Florentino Perez może spokojnie dzwonić do swoich zaprzyjaźnionych dziennikarzy i puszczać w obieg różne informacje, bo wie, że cokolwiek by się nie stało, jest bezpieczny. Skoro Barcelony nie ukarano, Madryt może spać spokojnie.

„Jeśli Florentino Perez będzie zainteresowany Garethem, uznamy to za zaszczyt i będziemy rozmawiali.”

Powyżej zacytowane słowa wypowiedział Jonathan Barnett, agent Bale'a w programie publicystycznym jednej z hiszpańskich telewizji. Chwilę później dodał, że oczywiście ani on, ani jego klient nie mają prawa rozmawiać z kim chcą, ale w takie zapewnienia uwierzyć może tylko ktoś bardzo naiwny. Pan Barnett w 2005 roku został oskarżony przez Arsenal o prowadzenie rozmów z Chelsea w sprawie transferu Ashleya Cole'a bez zgody Kanonierów. Ba, nie tylko oskarżony, ale też skazany na rok zakazu wykonywania zawodu. Kto by pomyślał…

Angielskie media donoszą, że agent ma otrzymać 5% ewentualnej sumy transferu Bale'a, czyli ładnych parę milionów euro. W takiej sytuacji nawet najbardziej praworządny i uczciwy obywatel mógłby dopuścić do siebie myśli o jakimś delikatny nagięciu martwych przecież zasad. Ale my nie mówimy o praworządnym obywatelu, tylko o potencjalnym recydywiście. Jonathan Barnett pracuje bardzo ciężko, żeby osiągnąć swój parumilionowy cel. Pojawia się w hiszpańskich mediach, angielskim parę razy w tygodniu podrzuca świeże plotki. Słowem, wkłada bardzo dużo trudu w to, żeby nikt nie zapomniał, jak gorącym towarem na transferowym rynku jest Gareth Bale.

W gazetach, stacjach radiowych i w telewizjach w ciągu ostatniego miesiąca mieliśmy do czynienia z prawdziwym festiwalem zgadywania i sugerowania. Mówiło się o sumach transferowych z zakresu 90-150 mln euro, mówiło się o konfliktach Walijczyka z prezesem, z trenerem, wspominano coś o tym, że gracz jest obrażony i odmówił wychodzenia z domu do czasu finalizacji transferu (!). Pojawiły się nawet spreparowane wypowiedzi, które miał rzekomo wypowiedzieć Bale. Szybko okazało się, że dokładnie te same słowa rok temu przypisywano Luce Modriciowi.

Media obwieściły również, że na początku trwającego właśnie tygodnia odbędzie się konferencja Garetha, na której zawodnik powie światu, że jest nieszczęśliwy. A przecież nie od dziś wiadomo, że posiadanie wybuchowych, szybkich, silnych i dobrych technicznie skrzydłowych, którzy są nieszczęśliwi, to domena Realu Madryt.

Żarty na bok. Publiczne zamieszanie w sprawie transferu Walijczyka jest nakręcane coraz mocniej. Hiszpańskie i angielskie media nawzajem się cytują. Taki stan rzeczy jest niewątpliwie na rękę Realowi, który na ewentualnym zakupie tak medialnie popularnego gracza może zbić fortunę dzięki odpowiednim umowom sponsorskim. Ale nie o to powinno w tym wszystkim chodzić.

Gdybyśmy mieli działać całkowicie zgodnie z literą prawa, to słyszelibyśmy teraz o rozmowach ludzi Realu Madryt z ludźmi Tottenhamu, o rozmowach telefonicznych, o faksach, widzielibyśmy zdjęcia negocjatorów maszerujących po Heathrow lub po Barajas. Dopiero później dotarłyby do nas informacje, że agent piłkarza rozpoczął rozmowy z Los Blancos. To byłby ostatni, nie pierwszy etap. Na razie informacje o tym, że Daniel Levy spotka (spotkał?) się z Florentino Perezem nie znalazły absolutnie żadnego potwierdzenia w faktach.

Wiemy o deklaracjach niemal każdego człowieka związanego z Realem Madryt i obdarzonego darem mowy, znamy stanowisko agenta (wypowiedziane, co bardzo wymowne, w Marca TV). No i mamy bardzo ostre dementi trenera Kogutów. Nie mamy pewności, że Jonathan Barnett rozmawiał z kimś z Madrytu. Możemy przypuszczać, że rozmowy się odbyły. Ba, możemy być tego niemal pewni. Inaczej całe medialne zamieszanie, komentarze Casillasa i Zidane'a, sugestie Ancelottiego, to wszystko nie miałoby sensu. A skoro możemy zakładać, że Barnett układa się z Realem, to wypadałoby poznać w całej sprawie zdanie Garetha Bale'a. Oto ono.

"..."

Zgadza się, Walijczyk nie powiedział ani słowa. Skrzydłowy milczy jak zaklęty, nie daje mediom okazji do przekręcenia swoich wypowiedzi, nie opowiada się po żadnej ze stron. Milczenie to jest z jednej strony swoistym ukłonem w stronę obecnego klubu, a z drugiej jednak pewną sugestią. Przecież stara łacińska sentencja uczy nas, że ten, kto milczy, tak naprawdę wyraża zgodę. Jeśli Gareth słyszy w radiu, że jest obrażony na prezesa Levy'ego, ale nie decyduje się na zdementowanie bzdur, to niejako napędza medialny młyn.

Oczywiście sytuacja, w jakiej zawodnik się znajduje, jest trudna i udawanie niemowy jest metodą bardzo dobrą, być może najlepszą, ale fakt pozostaje faktem – gdyby Gareth nie chciał brać udziału w całym zamieszaniu, mógłby je ukrócić w parę chwil. Logiczne jest założenie, że medialne gierki agenta Walijczyka są wykonywanego za przyzwoleniem gracza. Logiczne jest założenie, że piłkarz, nawet jeśli nie jest pewny, to przynajmniej rozważa przenosiny do Madrytu. Logiczne wreszcie jest założenie, że Gareth w żadnym stopniu nie chce zrobić krzywdy swojemu aktualnemu klubowi. Nie idzie drogą Luki Modricia, nie składa transfer request, nie strajkuje. Czeka.

I w swoim czekaniu musi być wytrwały, bo na chwilę obecną nie może być pewny, jaki obrót przybiorą sprawy. Mamy do czynienia z kolejnym aktem opowieści żywcem wyjętej z bajek dla dzieci. Bogaty kawaler ubiega się o rękę pięknej panny. Jej ojciec jest zachwycony, robi wszystko, by córka zerwała zaręczyny z chłopakiem mniej zamożnym, chociaż też bardzo przystojnym i szlachetnym. Dziewczyna czuje się rozdarta, przywykła do słuchania rad ojca, ale z drugiej strony nie czuje się dobrze, odtrącając ukochanego. W bajkach zazwyczaj wygrywa prawdziwa miłość, a bogaty zalotnik zostaje odesłany z niczym. Życie to jednak nie bajka. Tutaj ojciec zrobi wszystko, by wykorzystać zainteresowanie krezusa.

Nam, w naszym tak odległym od bajkowego życiu, pozostaje pamiętać o tym, że jeśli saga transferowa przeciągnie się na kolejny sezon, to być może nie będzie już brał w niej udziału Jonathan Barnett, któremu kończy się kontrakt na prowadzenie interesów Garetha Bale'a. Jeśli ta myśl nas nie pocieszy, to jest jeszcze jedna – są w futbolu ludzie, którzy nie chcą brać udziału w medialnych farsach. Diego Lopez, zapytany o możliwy transfer Walijczyka na Santiago Bernabeu, odpowiedział:

„Piłkarze, których tu nie ma, mnie nie interesują.” Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook