Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 1 listopada 2013

Japońska inteligencja,
europejska piłka

foto: goal.com
Pięknie, błyskotliwie, z polotem - to na pewno nie są cechy dzisiejszego Manchesteru United. A gdyby tak zagrać bardziej inteligentnie?

- All we need is: Shinji Kagawa! - zdarza się krzyczeć trybunom Old Trafford, które przez aklamację uznają, że Japończyk jest receptą na bolączki Manchesteru United. Czerwone Diabły pod wodzą Davida Moyesa nie zachwycają, narażone są na zarzuty prezentowania futbolu rodem z Jurassic Park, przestarzałego, który nie nadaje się nawet do tego, by pokazywać go dzieciom.

Tuż przed tegorocznym, londyńskim finałem Ligi Mistrzów, trener Borussii Dortmund Jurgen Klopp niemal płakał w wywiadzie dla brytyjskich mediów: "Shinji Kagawa to jeden z najlepszych piłkarzy na świecie a teraz gra 20 minut w Manchesterze United - i to na lewym skrzydle! Mam złamane serce. Serio, mam łzy w oczach. To ofensywny pomocnik z jednym z najlepszych zmysłów do tworzenia sytuacji bramkowych, jaki kiedykolwiek widziałem."

Niemiecki trener odnosił się do czasów sir Alexa Fergusona w Manchesterze, nie do ostatnich miesięcy, kiedy posadę menedżera United objął Moyes, ale w kwestii Kagawy zachowane zostało status quo - nie grywał ani w pomocy, ani w pierwszym składzie. Nieobecność Japończyka w jedenastce Reds szybko stała się palącą kwestią - zgadzający się z Kloppem w kwestii klasy pomocnika kibice nie mogli zrozumieć, dlaczego piłkarz obdarzony taką kreatywnością nie ma nawet okazji, by pojawić się na boisku.

Do środka problemów

Old Trafford stoi jak stał, czas goni jak gnał, a punktów w ligowej tabeli jak nie przybywało regularnie tak wciąż nie przybywa. Owszem, United pokonali, a w zasadzie wydarli zwycięstwo Stoke City i może to być moment, w którym drużyna uwierzy w Davida Moyesa, ale ciągle jest poczucie, że Manchester gra piłkę, której zawodnicy nie rozumieją, w której każdy czuje się nieswojo, a dobór zawodników do pierwszej jedenastki jest wciąż naznaczony reaktywną filozofią Davida Moyesa, która mogła nadawać się w Evertonie - w United jednak to Czerwone Diabły mają nadawać tempa spotkaniu i dominować rywala. Sir Alex Ferguson nie wystawiłby raczej Chrisa Smallinga zamiast Rafaela na Old Trafford, gdyby miał obydwu do wyboru.

Ten sezon United pokazuje - oprócz tego, że Manchesterowi z trudem przychodzą zwycięstwa - że w ich przypadku Liga Mistrzów to zupełnie inna bajka niż Premier League. W europejskich pucharach najpierw przyszło wysokie zwycięstwo nad Bayerem Leverkusen, potem udało się wywieźć remis z trudnego terenu w Doniecku, a pierwszą część rozgrywek grupowych Diabły zakończyły zwycięstwem nad Realem Sociedad.

Ale warto pamiętać, że dysproporcja między grą United w lidze i w europejskich pucharach nie jest sprawą najnowszą. Przed laty sir Alex Ferguson grał w LM tak samo jak w Premier League - ofensywnie, zawsze starając się strzelić o jedną bramkę więcej niż rywal. Bolesna weryfikacja tej filozofii gry przyszła wraz z przyjazdem na Old Trafford w 2000 roku Realu Madryt, kiedy to przez sztuczki taktyczne Vicente del Bosque wytrącił Fergusonowi wszystkie atuty z ręki i wywiózł z Old Trafford zwycięstwo 3:2. Od tego czasu Manchester w Lidze Mistrzów zaczął grać bardziej zachowawczo.




-Manchester United to klub, który dośrodkowuje! - grzmiał przed sezonem w studio Sky Sports Gary Neville posiłkując się statystykami sprzed ostatnich kilku lat, które pokazywały, że Czerwone Diabły rokrocznie plasują się w ścisłej czołówce ligi, jeśli chodzi o ilość dośrodkowań. A to nie jest zwykła statystyka. - Mówimy tutaj o przenoszeniu gór - przestrzegał Moyesa Neville, gdyby tylko Szkot próbował cokolwiek w tym względzie zmieniać. Nie ma miejsca na takie wynalazki jak odwróceni skrzydłowi, po prostu nie ma.



I rzeczywiście, w Premier League Czerwone Diabły co roku są w czubie tabeli, jeśli chodzi o liczbę dośrodkowań w trakcie meczu. Inaczej sprawa wygląda jednak w Lidze Mistrzów, w której United są w tej materii średniakami, tylko raz zajmując miejsce w pierwszej piątce, co ciekawe - w sezonie 2011/12, kiedy to pożegnali się z najbardziej prestiżowymi rozgrywkami piłkarskimi już w fazie grupowej.

Inteligentnie z Baskami

Wróćmy jednak do ostatniego spotkania w Lidze Mistrzów z Realem Sociedad. Jest ono ciekawe z kilku powodów, ale głównym jest wybór pierwszej drużyny przez Davida Moyesa. Postawił on na duet środkowych pomocników Carrick-Giggs, w obronie po bokach byli ofensywni Rafael i Evra, a w środku dobrzy technicznie Jones i Evans. Za wysuniętym Hernandezem operowała trójka Kagawa-Rooney-Valencia. Wspólny mianownik tych zawodników to przede wszystkim duża boiskowa inteligencja i umiejętność radzenia sobie z różnymi sytuacjami na murawie.



Zarzut podnoszony wobec United dotyczy właśnie przede wszystkim deficytu inteligencji i kreatywności wśród piłkarzy będących na boisku. Trudno bowiem wymagać rozumienia sytuacji boiskowej przez takich piłkarskich wyrobników, jak Cleverley, Nani, Young czy Welbeck. Każdy z nich dużo pracuje na boisku, ale ich gra jest aż do bólu jednowymiarowa, nieprzystająca do statusu klubu z Manchesteru.

Końcowe zwycięstwo United spotkało się z pozytywną reakcją mediów i kibiców, menedżer po meczu mówił o tym, że Manchester mógł wygrać to spotkanie kilkoma bramkami i z perspektywy całego spotkania wynik 1:0 to był najmniejszy wymiar kary dla Basków. Na pochwałę zasłużył sobie również świetny Shinji Kagawa. -Dzisiaj był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem prawdziwego Shinjiego. Jego praca w obronie była fantastyczna - mówił Moyes, chwaląc go później również za współpracę z Waynem Rooneyem.

Co ciekawe, Kagawa ustawiony nominalnie był na lewym skrzydle, skąd schodził do środka boiska, by tam szukać okazji do otwarcia baskijskiej obrony prostopadłym podaniem. Jest to niemal definicja "odwróconego skrzydłowego", którego Neville już na starcie skreślał z dostępnych dla Davida Moyesa opcji taktycznych. Japończyk świetnie współpracował z każdym na boisku i potrafił zrozumieć swoją pozycję, a nieraz tylko jednym dotknięciem piłki potrafił otworzyć sobie wolne miejsce na boisku, dzięki czemu każde zagranie Kagawy spotykało się z oklaskami Old Trafford. Mówiąc krótko: piłkę dostawał, gdy był na lewej stronie, później zaś szukał okazji do rozegrania piłki na środku murawy.



Po zejściu Hernandeza, na środku ataku zameldował się Wayne Rooney, a za jego plecami pojawił się Kagawa. Od razu pojawiło się kilka świetnych sytuacji dla United, a współpraca tej dwójki stała się jednym z talking points dla kibiców Manchesteru.

United w tamtym spotkaniu wyglądali jak prawdziwie nowoczesna europejska drużyna. Taka, która swoje akcje buduje od tyłu, której piłkarze wymieniają się pozycjami na boisku, która szuka okazji do strzelenia bramek grając po ziemi, szybko, ładnie dla oka. W Lidze Mistrzów piłkarze Reds wyglądają, jakby byli blisko siebie i chcieli ze sobą współpracować, w Premier League zaś ta sama drużyna sprawa wrażenie takiej, w której każdy ma inny pomysł na rozegranie akcji. Może też dlatego, że często musi uciekać się do dośrodkowań? A skrzydeł takich jak kiedyś: Ronaldo, Beckham, Giggs, Kanchelskis niestety na Old Trafford już nie ma.

Magiczne przyjęcie

Jednym z powodów, dla których gra United wyglądała aż tak dobrze, jest sposób w jaki motory napędowe Manchesteru przyjmowały piłkę. Prześledźmy jak wygląda pierwszy kontakt z piłką Kagawy i Rooneya. Na niebiesko zaznaczono przyjęcia Japończyka, na pomarańczowo Anglika.



Co rzuca się w oczy, to sposób ustawienia. Obaj starają się być w centrum figury geometrycznej, którą wokół niego ustawią piłkarze rywala. To daje im tę przewagę, że żaden z nich nie jest na tyle blisko, by szybko odebrać mu piłkę, a na tym poziomie te ułamki sekundy decydują o dalszym powodzeniu akcji. Instynktowne poszukiwanie wolnej przestrzeni u tych zawodników zachodzi przez cały czas, nawet jeden krok pozwala im bowiem na znalezienie sobie dobrego miejsca do rozegrania akcji. To są rzeczy, których na tej pozycji nie mają ani Ashley Young, ani Marouane Fellaini.

Świat się podbija głową! - pisał Antoni Słonimski i tak też jest z piłką nożną. W tym sporcie przewagę nad innymi zdobywa się myśleniem i inteligencją, a tę, przynajmniej w zakresie boiskowym mają zarówno Kagawa, jak i Rooney. Mają ją też van Persie, czy Adnan Januzaj, co sprawia, że David Moyes ma materiał, z którego może wykroić bardzo dobrą drużynę. Kibice United muszą jednak mocno ściskać kciuki, by kierunek rozwoju drużyny szedł właśnie w stronę piłki opartej bardziej wielowymiarowej. Takiej, która przyniosła United zwycięstwo w Lidze Mistrzów w 2008 roku, gdzie przecież kluczem do sukcesów było oparcie się na wymienności pozycji i ról w zespole.



David Moyes ciągle bada Manchester United, a Manchester United ciągle bada Davida Moyesa. W dodatku, praca na Old Trafford to nie jest ten sam rozmiar kapelusza, co prowadzenie Evertonu, a nawet pewnie Chelsea czy Realu Madryt. W tamtych klubach trener pełni zupełnie inną funkcję, w United menedżer zajmuje się wszystkim i kontroluje wszystko. Zmiana na stanowisku głównodowodzącego oznacza reorganizację całego klubu, a tego nie da się zrobić w przeciągu kilku miesięcy.

W żadnym wypadku nie może to być jednak wymówka dla kogokolwiek w kwestii teraźniejszych wydarzeń boiskowych. Manchester United musi zacząć wygrywać regularnie w lidze, inaczej może nie miec możliwości gry w Champions League w przyszłym sezonie. Może więc należy przenieść styl gry z Europy do Anglii? Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook