Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 25 sierpnia 2013

James Bond czy pan od WF-u?

fot. marca.com
Każdy kojarzy zapewne klasyczny żart o wuefiście, który swoim uczniom serwuje "zajęcia na macie" - macie piłkę i grajcie. Etykietkę pana od WF-u hiszpańskie media przypięły Carlo Ancelottiemu, ale wspomniana wizja pracy z podopiecznymi zdaje się być bliższa Jagobie Arrasate.

Nie płakałem po Montanierze

Philippe Montanier zdecydował się opuścić klub w fatalnym momencie. Fatalnym dla siebie - bo kto przy zdrowych zmysłach opuszcza zespół, który wreszcie zaczął kopać piłkę tak jak należy. Przede wszystkim jednak fatalnym dla drużyny - bo o swym odejściu poinformował zawodników Txuri-Urdin w momencie, w którym znajdowali się oni w ogniu walki o życiowy sukces - o Ligę Mistrzów. Niefortunny dobór chwili to jednak jedyne, czym Francuz mógł zagrozić Xabiemu Prieto i spółce. Ale to mu się nie udało. Z pomocą Sevilli, w bólach, w stylu często dalekim od tego co prezentowali od stycznia do maja, Baskowie dopięli swego, pokazując, że mają cojones.

Dla wielu jednak było to zwycięstwo pyrrusowe. Przypisywali oni odejściu szkoleniowca z Vernon spore znaczenie, puszczając w niepamięć wszystko to, co co działo się przed okresem hossy. A działo się często nieciekawie. Lud domagał się głowy trenera, piłkarze domagali się od niego jasnych decyzji, chcąc wiedzieć co decyduje o ich "być albo nie być" w meczowej kadrze. Spokój zachowywał jedynie prezes klubu Jokin Aperribay, który przekonywał, że zwolnienie Montaniera nie jest żadnym rozwiązaniem. Choć kierujący klubem z San Sebastian działacz brzmiał, jakby udzielał wotum zaufania, w rzeczywistości między wierszami przemycał inny komunikat - niewiele tu od ciebie zależy, Filipku.

To właśnie takie stanowisko przeszkodziło obu panom w osiągnięciu porozumienia w sprawie nowego kontraktu. Montanier zachorował na urojony syndrom króla Midasa i stwierdził najwyraźniej, że wynalazł patent na zamienianie w złoto wszystkiego czego się dotknie. Postawił sprawę jasno - zdobyłem przepustkę do Ligi Mistrzów, zasłużyłem na rzeźbione popiersie w klubowym muzeum, albo chociaż na 3-letni kontrakt i może jakąś małą podwyżkę.

Aperribay widział sprawę inaczej - Nie robiły na mnie wrażenia twoje porażki, mozolne szukanie złotego środka i skazywanie drużyny na niebyt w ligowych nizinach, które pochłonęły 1,5 roku twojej pracy. Nie rzuca mnie więc także na kolana twoje pół roku sukcesów. Zasłużyłeś jedynie na roczny kontrakt. Po 12 miesiącach zobaczymy czy umiesz podtrzymać dobrą passę tak długo by zrównoważyć wcześniejsze niepowodzenia i wtedy pomyślimy co dalej.

Na to dumny Francuz się nie zgodził, pisnął "merci", wymamrotał coś o sensie prowadzenia długotrwałych projektów w Hiszpanii, spakował walizki i udał się do Rennes. Do Bretanii sprowadziła go podobno żądza przygody. W żadnym wypadku nie pieniądze, bo jak sam twierdzi, po opodatkowaniu zarabia mniej niż w Donostii. Nawet mając na uwadze barbarzyńską politykę fiskalną Françoisa Hollande'a, ciężko w te rewelacje uwierzyć.

Zubieta ponad wszystko

Słyszysz Barcelona, myślisz La Masia, słyszysz Real Madryt, myślisz La Fábrica. Słyszysz Real Sociedad, myślisz Zubieta. Jeśli ktoś uważa, że to w Katalonii mają świra na punkcie własnej szkółki, to pewnie dlatego, że nie słyszał o baskijskiej kuźni talentów. Klub pakuje w jej funkcjonowanie 4-5 milionów rocznie, co stanowi około 11% całego budżetu. Więcej inwestuje się w Hiszpanii tylko w dwie wspomniane wyżej szkoły, ale nigdzie nie pochłania to ponad dziesiątej części ogólnego kapitału.

Nie są to jednak pieniądze wyrzucone w błoto, a przemyślana inwestycja. 14 z 23 zawodników obecnej drużyny stanowią zawodnicy, którzy w mniejszym lub większym zakresie wychowani piłkarsko zostali w Zubiecie. Trzon drużyny, która wywalczyła awans do Ligi Mistrzów, w sezonie 2009/2010 odpowiedzialny był za powrót drużyny do Primera Division. Korzyści z pracy z młodzieżą bywają jednak dużo bardziej wymierne. W to lato La Real stracił Illarramendiego, ale zyskał ponad 30 milionów euro. Nie było dylematu czy otrzymane pieniądze przeznaczyć na transfery czy na szkolenie. Za gotówkę do klubu przybył jedynie Haris Seferovic.

W San Sebastian widzą, że konsekwencja popłaca. Znają wartość swojej drużyny i są przekonani, że to wartość najwyższa. Właśnie dlatego Philippe Montanier nie miał szans na kontynuowanie pracy, gdy postawił tak twarde warunki. Z tego samego powodu ofertę pracy dostał Arrasate, a rozważano i zatrudnienie Gerardo Martino. Bask i Argentyńczyk zaczęli by bowiem z białą kartą, a co za tym idzie, bez napompowanego ego, które mogłoby wejść w kolizję z wyrazistym profilem drużyny.



Jestem Arrasate, Jagoba Arrasate

To jest Jagoba Arrasate, będzie nowym szkoleniowcem. Wierzymy, że to właściwy człowiek do kontynuowania naszego projektu sportowego. Ma wszystko to czego szukaliśmy - zaanonsował nowego trenera Aperribay, jakby zapominając, że nie mamy tu do czynienia z Jamesem Bondem i w przeciwieństwie do agenta brytyjskiego wywiadu, lakoniczne przedstawienie nie sprawi, że wyświetli nam się przed oczami jego lista zasług i z miejsca będziemy wiedzieć z kim mamy do czynienia.

Ale z każdym dniem nasza wiedza rosła. Część informacji dostarczył sam trener, z dużą dozą pewności siebie podchodząc do nowego wyzwania - Rozumiem, że wiele osób może mieć co do mnie wątpliwości, ale ja wierzę w siebie, w moją pracę i moje możliwości. Mam odpowiednie kwalifikacje, mam doświadczenie z pracą w La Liga po roku spędzonym z Montanierem. Znam tutejsze metody pracy z drużyną, ale każdy trener ma swój styl i ja również

Młody szkoleniowiec w kwestiach PR-u mógł liczyć też na wsparcie klubu. Szybko przypięto mu łatkę głównego odpowiedzialnego za skok formy w ubiegłym sezonie, to on miał pchnąć tryby drużyny tak mocno, że ta zaskoczyła. Kluczowe dla rozmachu akcji Txuri-urdin poruszanie się po boisku bez piłki - to miała być jego sprawka. Kibice nie mieli wyjścia - skoro wierzył zarząd, wierzyli piłkarze (którzy entuzjastycznie mieli zareagować na kandydaturę Jagoby), musieli uwierzyć i oni.

Potrzeba matką wynalazków

Mimo obaw wynikających z nie do końca udanej pretemporady drużyna weszła w sezon znakomicie, od początku imponując zorganizowaniem i koncentracją na najważniejszym celu jakim jest awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów, nie zapominając przy tym o ligowych rozgrywkach. Arrasate już na pierwszych metrach przebił Montaniera, któremu podczas 2 lat pracy na Anoeta nie udało się przygotować formy na start rozgrywek. Na finiszu przygotowań udało się zniwelować większość mankamentów defensywnych, co zaowocowało czystymi kontami w dwóch kolejnych meczach. Ten pierwszy szkoleniowiec określił mianem kompletnego.


REAL SOCIEDAD 2 GETAFE 0 przez acosart

To nie jest tak, że Arrasate nie wprowadza zmian w stosunku do tego co odziedziczył po Montanierze - wprowadza je dość odważnie. Każda roszada jest jednak ściśle identyfikowana ze stylem drużyny z Sociedad, z tym niezwykle spontanicznym i żywiołowym futbolem nierzadko ocierającym się o improwizację. Bo czy gole takie jak ten Antoine Griezmanna ze starcia z Lyonem to schematy ćwiczone na treningach? Śmiem wątpić.



Główną misją dla Arrasate miało być wypełnienie luki po Illarze. W sparingach nowy trener z lubością stawiał na nieco przekwitły już produkt klubowej szkółki Gorkę Elustondo i jako, że drużyna z Anoeta skutecznie unikała w tym czasie telewizyjnych kamer, można było się obawiać, że to właśnie w tym zawodniku Jagoba widzi naturalnego następcę 23-letniego pomocnika.

W rzeczywistości Bask przygotowywał grunt pod małą rewolucję taktyczną. W spotkaniach ligowych faktycznie 26-letni wychowanek mógł liczyć na miejsce w składzie, ale powierzono mu zadania zwyczajowo przydzielone Markelowi Bergarze, czyli przede wszystkim destrukcję i rolę drugiej instancji w rozbijaniu ataków rywala, zaraz po pressingu stosowanym przez formacje ofensywne. A to wszystko w imię przejścia z ustawienia 4-2-3-1 do 4-3-3. Ku takim przeobrażeniom Arrasate skłonił brak zawodnika odpowiadającego typologią Illarramendiemu. Pardo, który sam przyznał, że nie czuje się na siłach by zastąpić starszego kolegę, dostaje więcej swobody, gra bliżej ofensywnej trójki, często operuje na skrzydle, będąc zwolnionym z części obowiązków w bronieniu. Tak samo przedstawia się nowa sytuacja Davida Zurutuzy, który występował na tej pozycji w meczu z Lyonem i okazał się kluczem do ogrania Francuzów, mając znaczny udział przy obu bramkach.

Zmiana, na jaką zdecydował się Arrasate, może być odbierana jako ukłon w stronę futbolu ofensywnego. W praktyce to jednak korekta tego, co oglądaliśmy dotychczas. Zniknął wyraźny podział na 4 zawodników odpowiedzialnych za finalizowanie akcji i 6 ukierunkowanych na bronienie. Sociedad atakuje większą liczbą zawodników (co wyraźnie można było zaobserwować w spotkaniu z Getafe), ale większe siły angażuje też ochronę dostępu do własnej bramki (co okazało się niezwykle istotne w ostatnich 20 minutach pojedynku na Stade Gerland). Spoglądając bezrefleksyjnie na grę Txuri-Urdin można dojść do wniosku, że na boisku wreszcie robią wszystko to co chcą, że oglądamy "11" Piotrusiów Panów nieskrępowanych taktycznymi nakazami, a jednak jest w tym wszystkim porządek.

Niełatwe podwójne życie

Przed Realem Sociedad piekielnie trudny sezon. O tym, jak niełatwo jest łączyć występy w elitarnych europejskich rozgrywkach (od których Sociedad dzieli niewiele) z ligową codziennością przy wąskiej kadrze, przekonał nas swego czasu przypadek Villarreal. Jeśli za coś można już pochwalić nowego szkoleniowca Realu, to z pewnością za minimalizację ryzyka (bo nowe pomysły czynią kadrę drużyny bardziej elastyczną) i maksymalizację korzyści (bo wyciąga z piłkarzy wszystko co najlepsze). Richard Posner byłby dumny.

Do statusu Manuela Pellegriniego droga jeszcze daleka, ale jeśli Jagoba będzie podążał w tym kierunku, stać go na niespodziankę na miarę tej, którą Chilijczyk sprawił przed rokiem z Málagą. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook