Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 9 czerwca 2014

I nastała cisza…

fot. goal.com
To musiało być doprawdy surrealistyczne doznanie – siedzieć na stadionie wypełnionym po brzegi dwustoma tysiącami ludzi i nie usłyszeć choćby jednego słowa. Jedenaście minut nieprawdopodobnej, nieprzyjemnej dla uszu ciszy wśród tłumu niewidzących świata poza futbolem fanatyków. Jedenaście minut niczym scena z życia, która na zawsze je odmienia. Mecz, który po 64 latach wciąż tkwi w świadomości milionów, kołacze z tyłu głowy i nie daje spokoju.

Koniec świata w Rio de Janeiro

Był 16 lipca 1950 roku. To miał być piękny dzień. Pewnie zmierzająca po tytuł mistrzowski Brazylia podejmowała w ostatnim spotkaniu grupy finałowej Urugwaj. Od upragnionego trofeum dzielił ją tylko remis, jeden jedyny punkcik. 16 lipca 1950 roku miał być dla całego kraju dniem piłkarskiego święta. A stał się dniem żałoby narodowej, której nie sposób wymazać z pamięci.

Do 79 minuty wszystko szło zgodnie z planem. Gospodarz na początku drugiej połowy strzela gola, jest pewny swego, a na trybunach zaczyna się samba. Było tam wtedy na Maracanie około dwustu tysięcy sympatyków, prawdziwe piekło. Objęli prowadzenie i nikt nie dawał nam najmniejszych szans, oczywiście poza nami samymi – opowiadał później w wywiadach bramkarz „Urusów”, Roque Máspoli.

Kontaktowa bramka rywali w 66 minucie, chwilowa konsternacja, ale przecież puchar nadal jest w naszym posiadaniu. Wciąż potrzebują kolejnego trafienia, nic więc nie wymyka nam się z rąk – musieli wówczas myśleć zawodnicy, trenerzy i zgromadzeni oficjalnie w liczbie prawie 174 tysięcy kibice, którym uśmiech nie schodził jeszcze z ust. Aż nadeszła 79 minuta. Gol „Urusów”, a po nim grobowe milczenie.

Cisza była przerażająca, czasami trudna do zniesienia – powie potem ówczesny prezydent FIFA, Jules Rimet. A Alcides Ghiggia, człowiek, który jako jedyny obok papieża Jana Pawła II i piosenkarza Franka Sinatry uciszył Maracanę, ochrzczony później „Duchem”, wracając do tamtych wydarzeń, przed kamerami BBC mówił: Nastała kompletna cisza. Tłum ludzi zamarł. Wydawało się, że oni nawet nie oddychają. Nie byli w stanie dalej wspierać swoich. Wtedy wiedziałem, że to wygramy.



Cisza jak makiem zasiał, radujący się Urugwajczycy i zszokowany, jakby niepotrafiący uwierzyć w to, czego właśnie był świadkiem, powtarzający kilkakrotnie słowa „bramka dla Urugwaju” sprawozdawca radiowy. Moloch wybudowany z myślą o mundialu, duma narodowa, zastygł w bezruchu i patrzył bezradnie, jak maleńki sąsiad z południa wydziera mu puchar z rąk.

Surrealizm do potęgi entej

W piłce od zawsze tkwił pewien paradoks. Utarte od dawien dawna i nieco trywialne powiedzenia, że nie zawsze wygrywa najlepszy, że nie zwycięża ten, kto gra najpiękniej albo to, że futbol jest okrutny, stawały się w orbicie tej dyscypliny swoistymi mądrościami życiowymi i nabierały literalnego znaczenia w takich momentach jak wtedy, w 1950 roku.

Otóż w finałowej rundzie od samego początku wiadomym było, kto rozdaje karty i zmierza po tytuł. Brazylia w pierwszej kolejności sprawiła łomot Szwecji, gromiąc ją 7-1, a potem Hiszpanii, rezultat 6-1 nie pozostawiał żadnych złudzeń. I tych złudzeń nie powinien mieć również Urugwaj. Najpierw remis 2-2 z Hiszpanami, a później wiktoria nad Szwedami wyszarpana w ostatnich 10 minutach. I ci męczący się niemiłosiernie w pierwszych dwóch spotkaniach decydującej fazy turnieju „Urusi”, wymęczyli szokujące zwycięstwo nad rozbijającymi w proch i pył każdego napotkanego przeciwnika gospodarzami. Paradoks jeszcze większy – obdarowująca rywali łącznie 14 bramkami w trzech meczach Brazylia nie wzniosła pucharu, a uczynił to Urugwaj, który w tych trzech grach ustrzelił zaledwie 7 goli.

Brazylijczycy przed spotkaniem byli więc pewni swego. Musieli być, skoro ich ulubieńcy rozstawiali po kątach wszystkich przeciwników. W dniu finału zorganizowali pochód, Rio de Janeiro jak nigdy tętniło życiem, świętowaniu i śpiewom „Brazylia musi wygrać” nie było końca.

Przygotowania Urugwaju do tego meczu były równie niezwykłe, co atmosfera na ulicach największych brazylijskich miast. Trener nawołujący do defensywnej gry, byle tylko wytrwać i nie przegrać zbyt wysoko. Po drugiej stronie kapitan drużyny, Obdulio Valera, który przed finałowym bojem wykupił tyle miejscowych dzienników - obwołujących swój zespół mistrzami, „O Mundo” z nagłówkiem „To są nowi mistrzowie świata” - ile tylko zdołał unieść, zachęcający potem swoich przyjaciół z boiska, żeby oddali na nie mocz oraz jego płomienna przemowa wygłoszona tuż przed meczem, która odegrała fundamentalną rolę w triumfie, zakończona stwierdzeniem: Chłopcy, to outsiderzy przegrywają. Zacznijmy więc show.

Dzień, który zmienił ich wszystkich

I zrobili show, o jakim w Kraju Kawy mówiło się przez następne 60 lat z okładem. Widowisko, które zaskoczyło każdego. Od prezydenta FIFA, który musiał zrezygnować z przygotowanego w języku portugalskim na cześć brazylijskich zwycięzców przemówienia, wręczającego trofeum zupełnie samemu i niewiedzącemu, jak się w tej sytuacji zachować, niepotrafiącemu wydobyć z siebie choćby słowa, przez organizatorów, którzy stracili kompletnie zainteresowanie dalszymi wydarzeniami po ostatnim gwizdku, nie zorganizowali żadnej ceremonii, nie przekazali nawet medali uprzednio podpisanych nazwiskami graczy swojego zespołu, po kibiców, którzy nigdy nie odśpiewali gotowych na wiele miesięcy przed turniejem piosenek, ani nie założyli koszulek ze sloganami sławiącymi triumfatorów.



Porażka odmieniła to państwo na lata. Państwo, gdzie drugie miejsce od zawsze oznaczało przegraną z kretesem, dla którego zdarzenia z tego feralnego dnia były trudne do zniesienia. Dla niektórych za trudne. Po finale ludzie popełniali samobójstwa, umierali na zawały serca. Słynny wówczas dziennikarz radiowy odszedł na emeryturę, piłkarze byli oczerniani i obrażani, wielu z nich po cichu zrezygnowało z dalszej gry, a sześciu z podstawowej jedenastki nie zagrało ponownie dla drużyny narodowej.

Reprezentacja zaś przez kolejne dwa lata nie rozegrała choćby jednego meczu. Na Maracanę wróciła dopiero cztery lata później. W tym czasie zmieniła swój ubiór, twierdząc, że ten ze spotkania z „Urusami” jest pechowy. Białe stroje z niebieskimi dodatkami zastąpiły żółte z domieszką zielonego i rozpoczęła się era właściwych „Canarinhos”, usiana już niezliczonymi sukcesami.

Stadion złamanych serc

Nawet bogatsi o pięć tytułów mistrza świata ciągle pamiętali o spotkaniu z 16 lipca 1950 roku. Bo żadne inne nie przysporzyło tylu skrajnych emocji i żadne inne nie obrosło w legendy i życiowe dramaty. Na stadionie, pośród tłumu ludzi ze złamanymi sercami, to tych 11 mogło czuć się straszliwie samotnie. Osamotnieni w walce z pomeczową traumą, mówili potem, że tę porażkę zabiorą ze sobą do grobów.

Ademir, najlepszy strzelec turnieju, zdobywca ośmiu bramek, ponoć do końca swych dni wspominał przegraną. Odszedł w zapomnieniu, nie jako król strzelców mundialu, lecz jako ten, który zagrał „w tym” meczu. Ale najbardziej osamotniony spośród nich musiał być Moacir Barbosa Nacimiento, golkiper, który popełnił błąd, albo inaczej, którego przechytrzył Ghiggia, zamiast dośrodkowując, uderzając niespodziewanie w krótki róg bramki.

Jedna akcja przemieniła jego życie w niekończący się, paskudny koszmar. Przeżył załamanie nerwowe, żył w nędzy, nie mógł znaleźć pracy jako szkoleniowiec. Kiedy wreszcie znalazł robotę, szyderczy chichot losu chciał, że trafił w to przeklęte miejsce, o którym próbował zapomnieć. Został zarządcą Maracany.

Ignorowany lub wyszydzany, częstokroć wytykany palcami - jak wtedy, gdy matka w sklepie pokazywało na niego swojemu synowi i opowiadała, że to człowiek, który sprawił, że Brazylia płakała - w całym kraju stał się persona non grata. Mimo iż został wybrany najlepszym bramkarzem turnieju, stał się synonimem klęski, a ludzie nie zapomnieli mu tego przez następne kilkadziesiąt lat.

Ricardo Teixeira, od 1989 roku prezydent brazylijskiej federacji piłkarskiej, nie zgodził się, aby Barbosa komentował mecze rodaków na mistrzostwach w USA. Nie wpuszczono go również na treningi „Canarinhos”. Tak bardzo obawiano się, że przyniesie pecha. Mówił wówczas: W moim kraju najwięcej, ile możesz dostać za przestępstwo, to 30 lat. Przez ponad 40 lat płacę za przestępstwo, którego nie popełniłem. Ale nawet przestępcy, który spłaci swe długi, wybacza się. Mnie nie przebaczyli nigdy. I wciąż powtarzał: Nie jestem winny. Było nas jedenastu.



W 2000 roku, tuż przed śmiercią, zaproszono go do studia telewizyjnego. Eksperci analizujący jego wpadkę, nie pozostawili na nim suchej nitki, a on tłumaczył: Z technicznej strony Ghiggia zrobił wszystko źle i to zadziałało. Ja wykonałem wszystko prawidłowo i to nie zadziałało. Niektórzy akceptują moje wyjaśnienia, inni nie. Czy postąpiłem dobrze, czy źle, to i tak nie cofnę czasu. Bez przerwy myślę o tym golu. Nawet wtedy, gdy śpię, to śnię właśnie o nim. W moich myślach odtworzyłem go już tysiące razy.

Mundialowy egzorcyzm

Tysiące mrocznych wspomnień, hektolitry łez, setki godzin rozpaczy, tomy legend, niezliczona ilość tekstów próbujących wyjaśnić to, co dla przeciętnego Brazylijczyka było w owym czasie niewytłumaczalne. To mecz, wokół którego do dziś krążą demony przeszłości. I te demony gospodarze będą chcieli wyegzorcyzmować właśnie teraz, ponownie u siebie, na Maracanie.

Nelson Rodrigues, brazylijski pisarz, ten przeklęty pojedynek opisywał w słowach: Każdy ma swoją narodową katastrofę, coś jak Hiroszima. Naszą narodową katastrofą, naszą Hiroszimą, była porażka 1-2 z Urugwajem. I jedno jest pewne – kolejnej takiej ciszy Brazylia by nie przetrwała. Kamil Kaźmierczak
comments powered by Disqus
facebook