Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 14 lipca 2013

I Madryt syty, i prezes ocalał

fot. skysports.com
Tak ciekawego transferu dawno w Hiszpanii nie było. Nie tylko ze względu na gigantyczną sumę odstępnego, ale również jego niecodzienne kulisy.

Jokin Aperribay, pucołowaty prezes Realu Sociedad, w ostatnich tygodniach musiał spać bardzo mało. W ciągu kilku dni z dumnie obnoszącego się heroicznie wywalczonym czwartym miejscem w ligowej tabeli bohatera zmienił się w wystraszonego człowieka stąpającego po bardzo cienkim lodzie. Zapewnienia, że Txuri-urdin utrzymają swoją dotychczasową kadrę i razem zawalczą o prawo gry w Lidze Mistrzów, okazały się mrzonkami. Bo zadzwonił Real Madryt.

Jedyna taka okazja

Asier Illarramendi na pożegnalnej konferencji prasowej ze łzami w oczach zapewniał, że decyzja o przenosinach do Madrytu była niebywale trudna i bolesna. Mówił, że La Real dał mu wszystko, że życzy powodzenia kolegom i nowemu trenerowi. Ale jednocześnie dość jasno wyłożył swoje motywacje. Okazja, by zagrać w Los Blancos, zdarza się raz w życiu i kiedy już się zdarzy, to nie można jej odrzucić, bo się potem będzie bardzo żałowało. Zawodnik zapewnił, że bardzo długo rozważał wszystkie za i przeciw, ale tak naprawdę decyzję podjął chyba dość szybko, bo dosłownie parę dni po pojawieniu się w madryckiej prasie pierwszych informacji o podchodach pod Baska ludzie Florentino Pereza stawili się w biurach Realu Sociedad, wiedząc już, że piłkarz przystał na warunki proponowane przez giganta z Santiago Bernabeu. I tu zaczął się dramat Jokina Aperribaya.

Illarra był na wakacjach, nie kontaktował się z nikim z klubu, prezes został postawiony przed faktem dokonanym. Sęp Butragueno, negocjujący transfer z ramienia Madrytu, powiedział działaczowi, że Los Blancos nie chcą płacić klauzuli, ale są gotowi się do jej wartości bardzo zbliżyć. Jeśli jednak porozumienie nie zostanie zawarte, klauzula zostanie aktywowana – ta swoista groźba od początku wisiała nad Realem Sociedad. Cokolwiek nie zrobicie, Illarrę wam zabierzemy i nie będziecie mogli nic na to poradzić, więc bądźcie grzeczni i nie utrudniajcie sobie i nam życia – mniej więcej taka była linia negocjacyjna Realu.

Między młotem a kowadłem

Aperribay, syn byłego wiceprezesa La Real, znalazł się w sytuacji niemal bez wyjścia. Wiedział, że sprzedanie najlepszego piłkarza w przeddzień eliminacji Ligi Mistrzów będzie równoznaczne samobójstwu. Wiedział, że piłkarz i tak odejdzie. Wiedział, że Madryt, mimo swoich imperialistycznych zapędów, jest klubem, z którym warto się przyjaźnić, pamiętał, że stołeczni krezusi nie wzięli ani centa za udział w obchodach stulecia Txuri-urdin. Jeśli sprzedałby Asiera Illarramendiego za 25 czy 27 milionów euro, równie dobrze mógłby tego samego dnia złożyć dymisję i już nigdy nie pojawiać się na Estadio Anoeta. Jeśli sprzedałby go za 30 milionów z obejściem podatków (wykonując ukłon w kierunku Madrytu), sytuacja byłaby taka sama. Nawet wpłacenie przez Real klauzuli byłoby potraktowane jak porażka Aperribaya. Jokin nie miał pola manewru. Próby przekonania piłkarza, żeby został, zakończyły się kompletnym fiaskiem – rywale ze stolicy zaoferowali młodego pomocnikowi kilkukrotnie wyższą pensję.

Wielka mistyfikacja

Prezes Txuri-urdin walkę o Illarramendiego przegrał zanim jeszcze wiedział, że walka ta się rozpoczęła. Mimo to postanowił zawalczyć o coś, co w Hiszpanii jest bardzo cenne – o okładki gazet. Przekaz od początku był klarowny – San Sebastian niczego nie negocjuje. Mimo oczywistego faktu, że oba kluby prowadziły rozmowy, ludzie Aperribaya powtarzali w mediach, że żadnych negocjacji nie ma. Później pojawiły się informacje, że Illarramendi dostał propozycję nowego kontraktu z wyższą pensją i wyższą niż obecna 30-milionowa klauzulą wykupu. Był to oczywiście zabieg czysto propagandowy, ale kibice docenili starania prezesa. Bardzo pozytywnie przyjęto również to, że gwiazdor klubu z San Sebastian stawił się na czwartkowym treningu, normalnie ćwiczył, podpisywał autografy i robił wszystko tak, jakby sytuacja była pod kontrolą. Była, ale nie pod kontrolą, jakiej oczekiwaliby kibice. W piątek z samego rana Real Madryt wpłacił klauzulę odstępnego i formalnie stał się właścicielem praw rejestracyjnych Asiera Illarramendiego.

Tu pojawia się pytanie – dlaczego Los Blancos czekali do piątku, skoro od dawna mówiło się, że sam piłkarz wolałby uniknąć powrotu do treningów ze starym klubem? Przecież klauzulę mogli wpłacić w dowolnym momencie. Pierwotny plan zakładał zakontraktowanie Baska przed czwartkiem, a później wysłanie go tylko na konferencję prasową. Jakiegokolwiek wyjaśnienia takiej sytuacji byśmy nie znaleźli, dojdziemy do wniosku, że jedynym, który odniósł korzyści, był Aperribay.

Prezes mógł poprosić Madryt o przysługę, mógł zwodzić ludzi Pereza zapewnieniami, że może uda się uniknąć płacenia klauzuli. Ostatecznie dał kibicom możliwość pożegnania Illarramendiego, dał im cień nadziei, a następnego dnia ze smutną miną mógł stwierdzić, że liczył, że uda się zatrzymać piłkarza. Żeby zamknąć cały proces, Jokin pojawił się w nocy z piątku na sobotę w niezwykle popularnym w Hiszpanii programie radiowym El partido a las 12, gdzie jeszcze raz powtórzył fundamentalne tezy – „wolelibyśmy piłkarza niż te pieniądze”, „piłkarz zdecydował się odejść i to była wyłącznie jego decyzja”, „Florentino nie dał nam czasu na działanie”, „niczego nie negocjowaliśmy” – a na koniec dodał, że relacje Realu Sociedad i Realu Madryt nie zostały w żaden sposób nadwątlone. I miał chyba rację, bo dzięki umiejętnym rozmowom i wykorzystaniu luk prawnych Królewskim udało się zapłacić 32, a nie grubo ponad 40 milionów.

Wszyscy zadowoleni

Jokin Aperribay, dotychczas uchodzący za prezesa dość ślamazarnego i bezbarwnego, przy okazji transferu Illarramendiego pokazał się z zupełnie innej strony. Operacja, która powinna zakończyć się złamaniem jego kariery, została zaprezentowana tak, że większość kibiców uznaje ją za sukces działacza. Illarramendi jest zadowolony, bo okazano mu szacunek, jakiego może mu pozazdrościć chociażby Javi Martinez, który znajdując się w podobnej sytuacji, został przez swój klub potraktowany jak śmieć. Madryt jest zadowolony, bo dostał to, co chciał i uniknął dramatów, jakie przypadły rok temu w udziale Bayernowi Monachium.

Sam Aperri też musi być zadowolony, czytając komentarze kibiców porównujących go do Jose Luisa Orbegozo, najlepszego prezesa w dziejach Realu Sociedad, budowniczego drużyny, która na początku lat 80. zdobyła dwa tytuły mistrzowskie. Jokin wygraną w grudniowych wyborach ma niemal w kieszeni. Przy okazji tego transferu Bask dał nam wszystkim bardzo ciekawą lekcję radzenia sobie z sytuacjami kryzysowi. Umiejętne żonglowanie komunikatami medialnymi, sprytne regulowanie wypływu informacji, na pozór nic nieznaczące gesty i nieco pustej propagandy to przepis na sukces we świecie piłki nożnej XXI wieku. Piotrek Dyga
comments powered by Disqus
facebook