Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 6 grudnia 2013

Gra o rekord

fot. goal.com
Podczas gdy cudowna młodzież z początku XXI wieku – Ronaldinho, Deco, Adriano i inni – swoją karierę albo zakończyła, albo właśnie powoli kończy z dala od piłkarsko najpoważniejszego kontynentu świata, oni dalej walczą w najlepszych ligach Europy, choć w futbolowym słowniku pojęć zaczęli funkcjonować w okolicach włoskiego Mundialu w 1990 roku. Javier Zanetti i Ryan Giggs, żywe pomniki przyrody, młodzi, piękni, a od kilku dni – obaj - czterdziestoletni.

W sferze prywatnej różnią się od siebie diametralnie. Javier Zanetti jest tak ułożony i nudny, że kolorowe magazyny od lat muszą opowiadać sobie jedną anegdotę o jego starannie pielęgnowanej fryzurze. Ryan Giggs w romansowym tournée nie przepuścił nawet żonie własnego brata. Na boisku jednak obaj uchodzą za wzór profesjonalizmu, dobro narodowe nie tylko Interu Mediolan i Manchesteru United, ale całych lig, a nawet największych rywali, co jest zresztą zjawiskiem tak pięknym, jak i w piłkarskim świecie niespotykanym.

Szacunek i uznanie są w tym wypadku jak najbardziej na miejscu, bowiem trudno o ludzi, którzy z tak bezpośredniej perspektywy obserwowaliby przemijanie trzech pełnych pokoleń w świecie wielkiej piłki. Giggs i Zanetti to żywy pomost między Maradoną, przez brazylijskiego Ronaldo, a erą Leo Messiego.

Z grona cudownych dzieci tworzących pierwszy wielki Manchester United, Ryan Giggs jest ostatnim, który ostał się w świecie wielkiej piłki. Na aktywnym klubowym stanowisku przeżył nawet swojego sportowego ojca, Sir Alexa Fergusona. Choć kibice Manchesteru United coraz częściej zarzucają mu gorszą dyspozycję w gronie i tak niezbyt poukładanej pomocy Davida Moyesa, czterdziestolatek wciąż przebija się do wyjściowego składu. Warto dodać, że wcale nie musi, ponieważ w tym sezonie Giggs jest już tylko grającym trenerem.

Posiadanie na ławce solidnego zmiennika to kwestia sportowa, posiadanie legendy – marketingowa. Nie bez znaczenia są jednak rekordy. Występujący od 1990 roku w United (a wcześniej – w juniorach) Giggs jest absolutnym dominatorem rankingów. Jeśli tylko utrzyma przynajmniej przyzwoitą dyspozycję, pewnie pozwolą mu w Manchesterze dobić do spektakularnej liczby 1000 meczów rozegranych w barwach Czerwonych Diabłów. Kto nie lubi, gdy historia dzieje się na naszych oczach?

Zupełnie jak kilka dni temu. 145 mecz Giggsa w Lidze Mistrzów, połączony z detronizacją wyniku Raula i przy okazji marzenia Bayeru Leverkusen o jeszcze potężniejszej Bundeslidze to nowy rekord najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek. Jedynym realnym konkurentem do tego pozostaje w zasadzie tylko Xavi (137 meczów) i stosunkowo młody w gronie seniorów Iker Casillas (130) z racji bramkarskiej długowieczności.

Dla Manchesteru United Giggs w 2007 roku porzucił reprezentację Walii. Była to prawdziwa niespodzianka, gdyż Walijczyk stanowił swoisty symbol kadry, która w tamtym okresie nie miała prawa marzyć o Garethcie Bale’u czy eksplozji talentu Aarona Ramseya. Mówił wprost, że tę trudną decyzję podejmuje dla klubu, reprezentacyjny wyjątek czyniąc jedynie w 2012 roku i to dla tymczasowo reaktywowanej kadry Wielkiej Brytanii, której kapitanem został na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie.

Prawdopodobnie warto było zawiesić walijskie korki na kołku dla kariery klubowej, gdyż w chwili obecnej legenda Manchesteru United jest również najbardziej utytułowanym piłkarzem w całej Premier League z rekordową liczbą występów w samej lidze. Jest ich nieco ponad 620, stale rośnie, a wśród aktywnych sportowo zawodników w grupie pościgowej znajduje się jedynie Frank Lampard. To blisko 60 spotkań różnicy i choć na rychły zmierzch kariery pomocnika Chelsea jeszcze się nie zanosi, „piłkarz wszech czasów Manchesteru United” z całą pewnością zrobi wszystko, by utrzymać formę pozwalającą na asekurację historycznego miejsca w pozycji.

W zupełnie odmiennej sytuacji znajduje się Javier Zanetti. Argentyńczyk w swojej dorosłej karierze wprawdzie występował także w klubach innych niż Inter Mediolan, ale było to tak dawno, że w zasadzie nawet on sam o tym nie pamięta. Jest najstarszą z żywych legend Serie A, a w klubowej piłce wygrał wszystko co ważne, ale ma apetyt na jeszcze jeden tytuł.

To swego rodzaju ironia losu. Massimo Moratti słynący niegdyś z wyrzucania lekką ręką milionowych kwot na piłkarzy i jeszcze lżejszą zsyłający ich w otchłań po kilku nieudanych spotkaniach, jako pierwszego do klubu sprowadził – za całkiem uczciwe pieniądze – Javiera Zanettiego. Argentyńczyk w Interze Mediolan spędził niemal 20 lat, przeżył prawie wszystkie gwiazdy światowej piłki, jakie tylko wymarzył sobie Moratti, a ostatecznie – przeżył też samego Morattiego.

W odróżnieniu od Ryana Giggsa, formy i kariery Zanettiego nie dałoby się opisać przy użyciu wykresów, paraboli czy rysunków równi pochyłej. Zupełnie jak jego fryzura, on po prostu jest, trwa, taki sam, niezmiennie od dwóch dekad. Robi swoje, rzadko widać go przy piłce, ślady jego boiskowej obecności można poznać po tym, że w niewyjaśnionych okolicznościach krzyżują się rekordy strzeleckie Leo Messiego i innych gwiazd światowej piłki.

Taka właśnie jest legenda Nerazzurrich – cicha, niepozorna do tego stopnia, że kibice światowej piłki często zapominają nawet o jego istnieniu, a niektórzy nie są w stanie sprecyzować, na jakiej pozycji występuje. Trudno im się dziwić, ponieważ Javiera Zanettiego do tej pory nie widzieliśmy tylko w bramce. Ten skrzydłowy obrońca dość regularnie wyręcza również wszystkich pomocników, kolegów ze środka obrony, a kiedy nie idzie, czterdziestolatek wyprzedza młokosów włoskich boisk rajdami, których uczyć mógłby się sam Theo Walcott. Jak można przekonać się choćby na YouTubie, regularnie dorzuca coś spektakularnego do kolekcji:



Człowiek ze stali, Traktor, Superman i kilka innych przydomków Zanettiego miały gloryfikować jego kondycję, w tym także niepodatność na kontuzje. A jednak, kilka tygodni przed czterdziestymi urodzinami pechowo i nieoczekiwanie zerwał ścięgno Achillesa. Bywa, że uraz ten jest wyrokiem, gwoździem do trumny dla kariery dwudziestoletnich piłkarzy. Zanetti, jak na Supermana przystało, zregenerował się w rekordowym – zdaniem lekarzy - tempie.

Choć Inter Mediolan przeżywa tymczasowy kryzys tożsamości, klub jest w trakcie gruntownej przebudowy, nie gra w Lidze Mistrzów, ani nawet o najwyższe cele, stadion Giuseppe Meazza zupełnie o tym fakcie zapomniał, gdy po wielu miesiącach przerwy w meczu z Livorno na boisku pojawił się Kapitan. Powrót Il Capitano (najważniejszy z przydomków Javiera Zanettiego) fetowano gorąco, jak gdyby właśnie znów unosił w górę Puchar Mistrzów. On w ciągu kilku minut odwdzięczył się tak nietypowym dla siebie efektownym dryblingiem, firmowym rajdem i wypracowaniem akcji, która postawiła kropkę nad „i” w nieco pozbawionym ikry spotkaniu.

Javier Zanetti będzie grał dla Interu, on jest potrzebny tej drużynie, gdyż Walter Mazzarri preferujący ustawienie 3-5-1-1 opiera ją na skrzydłowych obrońcach, a na dodatek kocha piłkarzy doświadczonych i emocjonalnie stabilnych. Szkoleniowiec z grona poważnych propozycji ma do dyspozycji znakomitego Jonathana (dziś nazywanego godnym następcą Maicona, jeszcze w sierpniu będącego pośmiewiskiem całej Serie A), ogromny niewypał transferowy – Alvaro Pereirę (któremu nie pomógł nawet sam Mazzarri, nowy mediolański ekspert od egzekwowania ukrytego potencjału) oraz niedocenianego na co dzień, bardzo walecznego, ale kontuzjowanego samuraja - Nagatomo. Można zatem powiedzieć, że Zanetti wrócił do zdrowia w najlepszym możliwym dla klubu momencie.

Kiedy po kontuzji instruowano Zanettiego, że to idealny moment na zejście ze sceny niepokonanym, nawet (oczywiście - nieliczni!) fani Interu złorzeczyli, iż Argentyńczyk może blokować miejsce w składzie realnemu wzmocnieniu, sam zaś nad interes klubu przekłada swoje prywatne ambicje. Dziś Interowi jest zwyczajnie potrzebny, nie tylko jako marka, ale i jako piłkarz ze wszystkimi swoimi talentami.

850 razy przywdziewał koszulkę Interu, z czego 600 na boiskach Serie A. To absolutny rekord Nerazzurich. W lidze włoskiej 40 spotkań więcej rozegrał tylko wielki Paolo Maldini, którego los przez całą karierę związany był z AC Milanem, a w realnej grupie pościgowej znajduje się jedynie Francesco Totti, który od lidera gorszy jest aż o sto meczów. To dla legendy Romy jeszcze 3 sezony gry na najwyższych obrotach, a sam do juniorów się już nie zalicza, choć przeżywa obecnie czwartą albo piątą młodość.

Javier Zanetti to także rekordzista reprezentacji Argentyny, a rekord ten byłby jeszcze bardziej okazały, gdyby nie niekompetencja kolejnych trenerów Albicelestes, którzy od lat nie są w stanie w racjonalny sposób poukładać swojej defensywy, kuriozalnymi wynalazkami ogołacając z gwiazd, oszpecając i przegrywając Mundial za Mundialem. Jak na ironię, mimo 145 rozegranych na wysokim poziomie spotkań, to właśnie piłka reprezentacyjna jest największym źródłem rozczarowań w karierze Il Trattore.

Choć nikt nie mówi o tym na głos, co w przypadku tak cichego bohatera byłoby wręcz nietypowe, ambicją Zanettiego jest rekord Serie A, ucieczka przed Tottim i przegonienie Maldiniego. Jakże piękną wizytówką dla idei klubu FC Internazionale byłoby osadzenie na włoskim tronie Argentyńczyka (choć z lokalnymi korzeniami). Jak chce tego dokonać kapitan Nerazzurrich? Tak jak zawsze – po cichu, z szacunkiem dla rywala, utrzymując wysoką dyspozycję tak długo, jak tylko będzie to konieczne, co dla maszyny zupełnie nietrudne.

Kiedy w jednym ze swoich ostatnich wywiadów Massimo Moratti został zapytany o to, czy na stanowisku Prezydenta Interu może zastąpić go wkrótce Javier Zanetti, Moratti z pełną powagą odpowiedział „to niemożliwe, on będzie grał jeszcze pięć lat”. I może wcale nie przesadzał.

Jakub Kralka
comments powered by Disqus
facebook