Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 13 września 2013

Gra nie warta Śląska?

fot. slasknet.com
Oberwali od Hiszpanów, sprzedali swojego najlepszego piłkarza, w Ekstraklasie dopiero podnoszą się z kolan, a Stanislav Levy mówi o dramatycznej sytuacji w kadrze jego zespołu. Obrazki radości po efektownym wyeliminowaniu Club Brugge już od jakiegoś czasu są tylko miłym wspomnieniem we Wrocławiu - mieście, gdzie ponad Śląskiem toczy się ważna gra. Ostatnie lata to film, którego reżyser kręci jednocześnie i thriller, i komedię, a ciąg dalszy na pewno nastąpi.

Przekonanie o wyjątkowości

Jednym z głośniej przejawianych powodów do dumy kibiców Śląska jest fakt, że we Wrocławiu jest tylko jeden poważny klub. Jasne, Ślęza jest starsza, ale ciągłe problemy z połączeniem wyolbrzymionych ambicji właściciela, wartością ziemi na której znajduje się jej stadion oraz... bliskością ZOO dają efekt co najwyżej półamatorskiego grania. Zresztą teraz trwa przeprowadzka na obiekty niejako odziedziczone po słynnym klubie Polar Wrocław, kolejnym przykładzie na to, że w mieście liczy się tylko Śląsk. Gdy "lodówki" grały (i ustawiały...) mecze w lidze wyższej od drużyny z Oporowskiej, na ich mecze zwykle przyjeżdżało więcej kibiców gości, niż gospodarzy.

Gdy za ratowanie dogorywającego w trzeciej lidze Śląska wzięli się ludzie mniej lub bardziej odpowiedzialni również za miasto, największą nadzieją na odrodzenie się dawnej marki byli kibice. Później to oni przekonali prezydenta Wrocławia, by nie angażował się w przejęcie licencji od Zbigniewa Drzymały - udało się do tego stopnia, że i on uwierzył w przyszłość klubu, który będzie grał na nowym stadionie przy kilkudziesięciu tysiącach publiczności. Inwestycja miała się spłacić z pomocą kolejnego chętnego współwłaściciela.

Od dziury w ziemi...

Czy Polska jest krajem w którym brakuje wizjonerów? We Wrocławiu zebrało się ich dwóch, a już w 2009 roku Zygmunt Solorz z Rafałem Dutkiewiczem ogłosili światowy ewenement, istny wehikuł czasu. Z ówczesnej dziury w ziemi wykopanej przy powstającym stadionie i obwodnicy miała wyrosnąć galeria Śląsk, gdzie mieszkańcy i kibice robiliby zakupy w najlepszych butikach... Nieważne. Tę bajkę chciano sfinansować z kredytu, lecz w bankach nikt w marzenia duetu nie uwierzył. Dziura została otoczona płotem od pięknego stadionu i przybywającym na mecze kibicom służyła w najlepszym wypadku jako toaleta - na Euro 2012 UEFA wymusiła zainwestowanie i jakiekolwiek jej zagospodarowanie, więc teren wyrównano, wypompowano wodę i położono tam... plandekę, która reklamowała miasto.

Gdzieś na boku tworzono zespół piłkarski, który mógłby ściągnąć na stadion tłumy. Oczywiście także na zasadzie przypadku, choć trzeba przyznać, że jedną z najlepszych inwestycji dokonanych za pieniądze z budżetu miejskiego był... Sebastian Mila, wciąż trwający kapitan Śląska, który we Wrocławiu odżył po nieudanych zagranicznych wojażach i już swoje przeżył. Nawet wrócił na chwilę do kadry, został jednym z najlepszych piłkarzy Ekstraklasy, zdobył mistrzostwo i superpuchar kraju, znów mógł uciec z Polski.

Klubowa legenda, Ryszard Tarasiewicz nie poradził sobie z opanowaniem chaosu w rozbudowanym składzie, więc Śląsk ściągnął na ratunek Oresta Lenczyka. Miał ustabilizować formę i uciułać punkty potrzebne do utrzymania - tymczasem w kilka wywołujących ból zębów meczów nauczył zespół bronić i organizować się po stracie piłki. Później wykorzystał też dośrodkowania Sebastiana Mili, opracował kilka zaskakujących rozwiązań na rzuty rożne i wolne, a to skończyło się drugim miejscem w lidze na koniec sezonu. Europejskie puchary we Wrocławiu? Rzeczywistość wyprzedziła marzenia dwóch wizjonerów.

...do dziury w budżecie.

Już wtedy Śląsk miał jednak problemy z kasą, bo współudziałowcy nie mogli się dogadać. Inwestujemy na całego czy czekamy na zmianę szczęścia przy spornej ziemi? Dutkiewicz przestał mieć jednak po drodze z Solorzem i kolejne wkłady pieniężne w Śląsk skończyły się na listach intencyjnych, które lądowały na biurku komisji licencyjnej. Ta się nabierała, a Śląsk z dobrymi piłkarzami ostatnio po raz trzeci z rzędu zajął miejsce na podium, co jest najlepszym osiągnięciem w historii klubu. Jakim cudem do tej pory wytrwał? Piłkarzy w zasadzie nie sprzedawał - w kompromitujący dla zarządzających sposób tracił najlepszych zawodników, pozwalając na wygaśnięcie kontraktów, zawieranie w nich dziwacznych klauzuli czy nawet niekoniecznie konsultując je z prawnikami. Na trybunach śmieją się, że lepszą opiekę prawną ma Kelemen ze Stevanoviciem niż ich pracodawca. Dopiero oddany za lekko ponad milion Euro Sobota pozwolił Śląskowi na finansowy oddech. Tym świeżym powietrzem szybko Śląsk się zakrztusił.

Inne źródła były standardowe - pieniądze dotarły z kolejnej transzy od stacji pokazującej rozgrywki i sponsorów, których jakimś cudem udało się Śląskowi znaleźć. Więcej pożyczyć musiało miasto, a nawet założyć za współudziałowca posiadającego większość akcji. Przez kolejne miesiące raz było do rozwiązania bliżej, raz dalej - czasem nawet wydawało się, że dojdzie do rozmów Solorza z Dutkiewiczem, ale nadzieja topniała szybko - podobnie jak środki na klubowym koncie.

Rodzynki w mizerii

Pewnym paradoksem jest to, że klub tak źle zarządzany ma tak dobrego fachowca na stanowisku trenera i kilku naprawdę wysokiej jakości piłkarzy. Mniejsza o bolesne przyjęcie dziewięciu goli do mocnej Sevilli, Śląsk od tego sezonu gra momentami bardzo efektownie, a zawodnicy o pressingu nie tylko słyszeli czy wyobrażali sobie w koszmarach, ale sami go nawet stosują. Transfery to już kompletny przypadek - Paixao udało się wyjąć po przypadkowym oglądaniu lokalnych meczów w trakcie zgrupowania na Cyprze, Sebino Plaku to stary i dobry znajomy Stanislava Levy'ego z Albanii (podobnie ma się sprawa z Lubosem Adamcem z juniorów Sparty Praga), a u Dudu Paraiby tylko Śląsk na serio zainteresował się jego losami po przygodzie w Widzewie i Meksyku.

Oczywiście próbowano też normalnych dróg transferowych - na tej zasadzie do Wrocławia trafił Oded Gavish, a także Tomasz Hołota. Śląsk sprowadzał tego lata tylko za darmo, bo wszelkie zdobyczne środki były przeznaczane na spłacanie premii za osiągnięcia w sezonach zakończonych na drugim i pierwszym miejscu w tabeli. Oferowani Levy'emu piłkarze byli jednak albo bez formy, albo nieprzygotowani, albo po raz kolejny problemem był ich status prawny. Jakby dla pozoru gości z całkiem poważnym CV testowano przez przynajmniej tydzień, wdrażano ich w treningi, badano, by potem pod jednym z wymienionych pretekstów ich wypuścić. - Sytuacja w składzie jest dramatyczna - przyznał w czwartek Stanislav Levy. Jako przykład skali dramatu w jakim znalazł się jego zespół pod względem personaliów podał fakt wzięcia do osiemnastki na Lech Poznań dwóch młodzieżowców.

Węzeł gordyjski zaciska się na szyi

Obecnie Śląsk jest w tak beznadziejnej sytuacji, że prezes klubu wysyła do współudziałowców pismo błagając o finansowe wsparcie. Solorz już od dawna nie dorzucił się do kasy i raczej nie ulegnie to zmianie, a miasto również nie zamierza naciągać własnego budżetu - wystarczającym skandalem była pożyczka od... spółki miejskich wodociągów. Najnowszym pomysłem ludzi Rafała Dutkiewicza jest upadłość klubu i zlicytowanie jego aktywów.

Te szybko skurczyły się w oczach Rafała Dutkiewicza. Kiedyś w pięknych słowach mówił o tysiącach kibiców, świetnej drużynie i zawsze chętnie pokazując się przy okazji ważnych spotkań czy oblewanych sukcesów. Teraz? - Naszym zdaniem Śląsk na dziś jest wart kilka milionów złotych, więc kupiec musiałby być bardzo zdeterminowany, bo obecnie zwyczajnie przepłaci - mówił prezydent Wrocławia na ostatnio zwołanej konferencji prasowej. Wspierał go prawnik, który miał uspokoić obawy związane z żonglowaniem licencją między starą i wchodzącą do klubu spółką. Był zaufany człowiek z wojewódzkiego związku, który sypał przykładami pokazującymi, że nie takie zmiany już PZPN akceptował. Wiceszef rady nadzorczej, Włodzimierz Patalas to znany powszechnie krytyk wszystkiego co akurat jest na tapecie - najłatwiej idzie mu z uderzaniem w ludzi Solorza, ale obrywało się już trenerom i piłkarzom przy okazji słabszych wyników.

Pewny siebie Dutkiewicz twierdzi, że nikt nie będzie zainteresowany przebiciem oferty miasta - ta wynosi 12,5 miliona złotych, które Wrocław już w klub włożył w ramach pożyczki. Kiedy trwał proces licencyjny, jego ludzie twierdzili, że nikt wkrótce po zwrot tej kwoty się nie zgłosi, ale przecież wtedy, dla dobra Śląska, współudziałowcy działali wspólnie. Teraz spotkają się pewnie w sądzie, bo Solorz będzie torpedował wszelkie próby odebrania mu połowy władzy na Oporowskiej. Co ciekawe, już na pierwszych konferencjach w 2009 roku mówił, że chce być sponsorem bezgotówkowym, a jego wkładem są innowacyjne pomysły i profil inwestorski, pewnego rodzaju zabezpieczenie.

Jakie są minusy najnowszego pomysłu Dutkiewicza? W świetle przepisów licencyjnych nowa spółka może mieć problemy z przeniesieniem pozwolenia na grę w Ekstraklasie, o europejskich pucharach nie wspominając. Jest również groźba przeciągnięcia w czasie całego przedsięwzięcia przez prawników Solorza. Może to i dobrze, że bolesną porażkę z Sevillą we Wrocławiu obejrzało ponad czterdzieści tysięcy ludzi - przy takich działaniach zarządzających Śląskiem europejskie puchary mogą szybko nie nadejść.

Mieszanka wybuchowa

To żaden wyjątek, że polski klub prezentuje się lepiej na murawie niż w gabinetach działaczy. Jednak najbardziej martwi to, jak efektownie ten niemały potencjał miasta, drużyny, kibiców i stadionu został zmarnowany. To naprawdę jest tak, że po prawie dekadzie wyciągania Śląska z największego bagna, w jakim się znalazł, nie ma on choćby niewielkich fundamentów - marketing jest na poziomie żenującym, szkolenie od lat "dopiero jest wdrażane", scouting to kwestia wyłącznie umowna - a teraz staje przed wizją kolejnych kilkunastu miesięcy niepewności i żonglowania własnym statusem prawnym.

Zbliżający się mecz z Lechem to naprawdę dla Śląska "małe piwo". Jaka jest więc teraz wartość klubu? Policzmy: inwestor bezgotówkowy, walczący o popularność polityk, nieudolni działacze i prawnicy, rzesze wiernych kibiców, mało zdolne talenty, słabi szperacze, kilku bardzo dobrych piłkarzy i więcej przeciętniaków oraz trener z wizją. Mieszanka wybuchowa? Może się sprawdzi - w końcu Wrocław to miasto spotkań... Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook