Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 25 listopada 2013

Filozoficzne problemy Tottenhamu

fot. goal.com
Nikt na White Hart Lane nie może się czuć komfortowo. Po takim laniu od Manchesteru City na pewno. The Citizens pokazali jednak Tottenhamowi, że ten dyskomfort to nie kwestia ostatnich dni, ale dłuższego czasu.

To, że Tottenham ma problem, wiadomo już od dłuższego czasu. Punktów może i przybywało, ale gra nie powalała, była ospała, apatyczna. Ambientowa niemalże.

Przyczyn dopatrywano w podejściu trenera Andre Villasa-Boasa do zestawienia pierwszej jedenastki, pomysły były sprzeczna z tym, jak Tottenham w istocie grał. Sprzeczne w ofensywie, w obronie Koguty sprawdzały się wcale nieźle, rywale jak nie tracili piłki pod własną bramką, to byli łapani na spalonym lub ich akcje kasował wysoko bramkarz Hugo Lloris. Wysoka linia obrony sprawiała, że kibice z definicji mogli czuć się bezpiecznie, jeśli chodzi o grę swojej drużyny w tym aspekcie.

Nie wyprze się strachu

Niedzielny mecz na Etihad Stadium przeciwko Manchesterowi City wytrącił z rąk kibiców, piłkarzy i wreszcie - trenera - argument o solidnej obronie piłkarzy Tottenhamu. Utrata sześciu bramek w 90 minut (czyli tyle, ile w dotychczasowych spotkaniach Premier League) to powód nie tyle do rozmyślań, co do wstydu i zapadnięcia się pod ziemię. - Nic się nie udawało, spadliśmy z pozycji jednej z najlepszych defensyw w kraju do takiej, której strzela się sześć bramek - mówił po meczu wstrząśnięty Andre Villas-Boas.

Gdy Jesus Navas zamknął klamrą całe spotkanie (zdobył bowiem pierwszego gola dla The Citizens już po 13 sekundach gry), strzelając w doliczonym czasie szóstą bramkę dla Manchesteru, AVB wyglądał, jakby wyzionął ducha, a w jego oczach widać było strach. Po samym meczu nie wiedział co ze sobą zrobić, szukał tylko Manuela Pellegriniego i chciał jak najszybciej opuścić ten stadion.

Strach w oczach trenera to nigdy nie jest dobry znak i pokazuje, że stracił on pewną cząstkę siebie. Aż tak wysoka porażka Tottenhamu to nie kwestia problemów z piłkarzami, którzy w przeciągu całego spotkania byli od rywali wolniejsi, słabiej podejmowali decyzje, czuli się ze sobą nieswojo.

Choć, jeśli utworzylibyśmy skrót z gry każdego piłkarza Tottenhamu w tym meczu, owszem, dostrzeglibyśmy kardynalne błędy, ale występ każdego nie był fatalny, jeśli patrzylibyśmy w izolacji. Każdy zagrał nieźle, ale wszyscy zagrali beznadziejne.

To rozróżnienie pokazuje, że problem Tottenhamu stoi w filozofii gry Kogutów. Jeśli wzięlibyśmy poszczególne części wysiłku zespołowego: organizacja gry w obronie i ataku, przejścia pomiędzy kierunkami akcji, to zawsze jest jakaś filozofia, która nad tym wszystkim panuje, jest pierwszą przyczyną wszystkich poczynań drużyny na boisku i łączy w jedno te wszystkie cząstki gry zespołu.

Nie męcz się, przeciwniku

Tottenham próbuje grać krótkimi podaniami, z wysoką linią obrony i odbierać piłkę już na połowie rywala i czasem to się Kogutom udaje. Przodują w statystykach strzałów, nie pozwalają też rywalowi na wiele, ale gdy pojawia się przeciwnik zdeterminowany do strzelenia bramki, wtedy pojawia się też od razu spory problem.

Spurs chcą dużo czasu spędzać w ataku pozycyjnym - nie ma z tym problemu, to też jest bardzo skuteczny sposób gry. - Jeśli ty masz piłkę, to przeciwnik nie strzeli - ten cytat Johana Cruyffa przywołują wszyscy proponenci tego stylu gry. Tylko co z niego wynika? Gra na połowie przeciwnika nie polega na statycznym rozgrywaniu piłki i opieraniu się na indywidualnych popisach poszczególnych piłkarzy, ale na wymienności pozycji, a także na sprawieniu, by to przeciwnik się męczył.

W przypadku Tottenhamu często jedyny wysiłek, jaki rywal musi wykonać przy grze obronnej to powrót do bloku obronnego. Koguty w żaden sposób nie prowokują rywala do wykonywania nadprogramowych metrów, a poprzez kumulację, także i kilometrów w grze. Weźmy choćby kwestię rozciągania gry, czyli włączania się bocznych obrońców do akcji. W przypadku Tottenhamu zarówno Walker, jak i Vertonghen ustawiają się bardzo wysoko w fazie budowania akcji. Pomocnicy rywala nie muszą specjalnie do nich dobiegać - oni są już wystarczająco blisko. Przeciwnik nie musi się męczyć.

Widać to, porównując miejsca, w których w akcjach brali udział wszyscy boczni obrońcy z meczu City-Tottenham. Zabaleta i Clichy włączali się wtedy, kiedy otwierała się wolna przestrzeń i mogli pomóc swojemu zespołowi. Walker i Vertonghen robili to ustawicznie, nie stanowiąc dla rywala żadnego zaskoczenia.



Problem tkwi w tym, że zarówno dla Anglika, jak i Belga, częste włączanie się do akcji ofensywnych to element ich piłkarskiej natury. Jeśli chce się to wykorzystać w pozytywnym sensie, należałoby się cofnąć, żeby rzeczywiście stanowiło to dla przeciwnika zaskoczenie. A nie zapomnijmy też o tym, że przy wysoko ustawionych bocznych obrońcach rywal ma sporo miejsca na skrzydłach.

Pressing w pomocy? Nie, dziękuję.

Tottenham stara się też grać wysokim pressingiem, by odbierać piłkę jak najszybciej po stracie futbolówki. I rzeczywiście, przód zespołu zawsze stara się utrudniać rozwijanie akcji w pierwszej jej fazie, czyli rozegraniu od obrony. Przeciwnicy zdają sobie z tego sprawę, więc czasem potrafią spod tego pressingu uciec. Piłka przenosi się wtedy do pomocy i nagle okazuje się, że pomocnicy mają sporo miejsca, mogą się rozpędzić, nie napotykając zbytniego oporu ze strony swoich przeciwników. Sandro i Paulinho to znakomici piłkarze, ale znów - specjaliści od czyszczenia okolicy własnej szesnastki. Paulinho potrafi wertykalnym rajdem zaskoczyć przeciwnika, ale bardziej to mu się udaje, gdy bieg zaczyna z głębszych pozycji. Przykładem może być finał Pucharu Konfederacji z tego roku, gdy jego Brazylia zmierzyła się z Hiszpanią.

Tottenham przegrywa więc pojedynki w pomocy, widać to, gdy spojrzy się na sporą ilość porażek przy próbach odbioru piłki w meczu z Manchesterem City.



Gdy chce się utrzymywać przy piłce, najważniejszym elementem gry jest przejście z ataku do obrony. To cała drużyna ma jeszcze mocniej docisnąć rywala, nie może tego robić tylko przód zespołu. Pomiędzy zawodnikami nie ma chemii zarówno w ataku pozycyjnym, jak i w obronie, drużyna nie stanowi monolitu w obydwu fazach gry.

Zapraszam, tutaj jest wolne miejsce

Problematyczne jest też przejście pomiędzy fazami gry w obronie. Domyślnie mamy wysoką linię obrony, która może się sprawdzać: Kaboul i Dawson z łatwością zbierają długie piłki. Jednak gdy piłka dostanie się do pomocy, zaczynają się problemy. Piłkarze próbują się ustawiać troszkę niżej, ale nie wiedzą, co wtedy mają robić. Zobaczmy sytuację tuż piątą straconą przez Tottenham bramkę.



Mimo, że na własnej połowie znajduje się cała drużyna Tottenhamu, ale ile miejsca mają ofensywni piłkarze The Citizens? Jeden z napastników rusza głębiej, wyciąga Dawsona, a za jego plecami czai się Negredo. Reszta obrońców trzyma linię - tak w końcu zostali nauczeni. W konsekwencji nikt późniejszego strzelca bramki nie kryje, podobnie jak wolny jest też oferujący opcję podania piłki Samir Nasri.

W Tottenhamie wszystko jest na opak - w ofensywie piłkarze są od siebie oddaleni, uciekają od odpowiedzialności, są za to blisko przeciwnika, z kolei gdy są w obronie, to starają się być blisko siebie, ale nie kontrolując rywala.

Andre, musisz

Piłkarze nie czują się do końca pewnie w tym stylu gry, nie szukają się na boisku, nie chcą sobie podpowiadać w obronie. Nie wścieka się Hugo Lloris i nie wścieka się Andre Villas-Boas. Wszyscy są zagubieni i przestraszeni, bo wiedzą, że to koniec tej filozofii gry zespołu. Indywidualne umiejętności potrafią wygrywać spotkania, ale to dobrze dobrane ogólne podejście do piłki nożnej pozwala na regularność.

Czy nowa wizja gry będzie kontynuowana przez AVB, czy jednak przez innego trenera - tutaj decyzja należy do Daniela Levy'ego. Choć Villas-Boas jest skłonny do dogmatyzowania swojego stylu gry, to jednocześnie niektóre mecze potrafią wskazywać mu potrzebę pewnych drastycznych zmian. Widząc problemy swojego bloku obronnego w Chelsea, zdecydował się na niższe ustawienie zespołu w decydującym o awansie z grupy Ligi Mistrzów meczu z Valencią. Gdy Everton, już w doliczonym czasie gry, w kilkadziesiąt sekund strzelił Tottenhamowi dwie bramki, AVB podjął decyzję o zmianie struktury treningu - bardziej intensywne były ćwiczenia na sam koniec jednostki treningowej. W efekcie piłkarze w końcowych minutach bramek już nie tracili, częściej za to ratowali wynik na finiszu spotkania.

Wynik 6:0 to sprawa bolesna, ale pokazująca problemy zespołu w samych założeniach jego gry. Jose Mourinho nie byłby tak skuteczny przeciwko Barcelonie w kilku ostatnich spotkaniach, gdyby nie słynna manita, która uzmysłowiła Portugalczykowi, że otwarty mecz z Blaugraną to nie jest zbyt roztropny pomysł.

Piłka nożna to gra błędów. A wygrywa ten, kto wyciąga z nich wnioski. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook