Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
poniedziałek, 23 września 2013

Dyrektora sportowego zatrudnię - ale po co?

fot. legia.net
Kończące się lato nie było dobre dla przedstawicieli pewnego zawodu w futbolowym światku. O ile piłkarzom i trenerom jeszcze jakoś uchodzi na sucho, bo Legia wciąż gra w pucharach, a Śląsk w nich zaimponował, to w piłce klubowej jedna rola wyróżnia się szczególnie negatywnie. Rola dyrektora sportowego.

Właśnie poleciał kolejny - Paweł Wojtala z Zagłębia Lubin. Wcześniej tego lata z Legii Warszawa odszedł Marek Jóźwiak, a kłopoty miał Zdzisław Kapka, który w Wiśle oszczędności pociągnął do tego stopnia, że gotów był dać zatrudnienie studentowi z Rumunii. Andrzej Kobylański już jest persona non grata, a kilku innych nie do końca spełnia swoje zadania. Transfery? Za mało, spóźnione czy w ogóle nie trafione. Skauting? Nie śmiejmy się zbyt głośno. Budowanie akademii? Kto miałby jeszcze na to czas w obliczu tych wcześniejszych problemów...

Warto skupić się na przykładzie pierwszego z wymienionych dyrektorów sportowych - jego przypadek pod wieloma względami jest wyjątkowy. Trafił do klubu, który finansowo stoi na nogach, ma solidną bazę treningową, porządnych piłkarzy, ładny stadion i dobrze funkcjonującą akademię. Problemem Zagłębia oczywiście był brak wyników na miarę oczekiwań, gdzie zawodników dosięgał pewnego rodzaju paraliż ich umiejętności nawet niekoniecznie w najbardziej stresujących momentach... W lecie doprowadzono do istnej rewolucji, a klub opuściło dziesięciu tych, którzy "nie pasowali do wizji klubu". Po trzech kolejkach nie było już Pavla Hapala, po kolejnych kilku tygodniach zabrakło również Pawła Wojtali, który jeszcze w czerwcu dostał od zarządu nagrodę pod postacią kontraktu na kolejne sezony.

Zarzuty wobec Wojtali są ciekawe. - Urządził sobie prywatny folwark - mówi Konrad Kaźmierczak, który w Polsce reprezentuje brytyjską agencję menedżerską. Nakreśla on działania mające na celu skumulowanie transferów wokół wyłącznie jednej, innej firmy reprezentującej i oferującej piłkarzy. - Niewątpliwie był osobą idealną na to stanowisko - twierdzi mimo wszystko Kaźmierczak - Przecież widział kawał piłki, miał licencję menedżerską, kontakty i porządne CV.

Jakby łącząc ten temat transferów, Zagłębie miało zamiar postawić na młodzież. Pięciu zawodników wypromowano z zespołu Młodej Ekstraklasy, ale żaden z nich nie zdołał zaimponować Hapalowi i narybek głównie okupował ławkę rezerwowych. Grali sprowadzeni i to grali słabo, a zwolnienie czeskiego menedżera nawet jeśli dziwiło, to nie w kategoriach zbyt wczesnego rozstania, a raczej takiego spóźnionego. Jednak największa próba dla relacji zarządu z dyrektorem sportowym miała przyjść przy zatrudnieniu następcy Hapala.

Mówiąc wprost - Wojtala chciał Ojrzyńskiego. Trenera, który na pewno szybko wpłynąłby na zespół, wstrząsnął piłkarzami na tyle, by wyniki uległy poprawie. Jednak na jak długo? Czy byłby w stanie realizować założenia klubu? Raczej dał poznać się jako szkoleniowiec walczący z klubowymi układami i... mało uległy. Co więcej, niekoniecznie do walki o wyższe cele czy zdolnego do wprowadzania (ponoć uzdolnionej) młodzieży.

Władze Zagłębia na tymczasowe stanowisko wstawiły Adama Buczka, a ten powoli podnosi jakość gry drużyny. Wojtali podziękowano również z powodu przedłużania i komplikowania transferu Macieja Jankowskiego z Ruchu Chorzów. Udało się za to zatrudnić Arkadiusza Piecha, którego w składzie widział wypromowany nowy szkoleniowiec, a jego wiarę potwierdził napastnik strzelając ważne gole. Z nich już cieszyć nie będzie się Wojtala, którego w Lubinie pozbyto się jeszcze szybciej niż Hapala.

- Zatrudniając dyrektora sportowego zatrudnia się eksperta, który na piłce zna się lepiej i ma za zadanie rekomendować korzystne dla klubu rozwiązania - mówi Tomasz Pasieczny, były dyrektor sportowy Cracovii, obecnie współpracownik West Bromwich Albion - ale jeżeli nie może nawet sam zadecydować o tym, czy, przykładowo, zgłosić jakiegoś juniora do rozgrywek, to jego praca na dłuższą metę nie ma sensu i nie przynosi klubowi efektów.

Jak jednak jest z zatrudnieniem trenerów? Czy władza dyrektora sportowego powinna być ponad to? Krzysztof Stanowski w swoim co tygodniowym felietonie dla "Weszło!" krytykował Zagłębie pisząc, że "nie dali mu zatrudnić jego trenera". Czyli niekoniecznie zgodnego z filozofią klubu (jeśli takowa istnieje, oczywiście), ale zdaniem pracownika. - Gwarantuję, choć umów nie widziałem, że prawie każdy dyrektor sportowy ma w kontrakcie wpisaną ocenę pracy trenerów, dobór kadry szkoleniowej i zawodniczej - tłumaczy Pasieczny - Natomiast gdy przychodzi do podejmowania decyzji, to jego zdanie jest brane pod uwagę tylko w małym stopniu.

Czy wobec tego w klubach rozumieją na pierwszym miejscu kogo i po co zatrudniają? - Zdecydowanie nie - Pasieczny kręci głową i także wskazując na własny etap w karierze w Cracovii jako najlepszy na to przykład - Jeżeli dajemy dyrektorowi budżet, jakąś decyzyjność lub mu po prostu ufamy, to powinniśmy dać mu czas, pamiętając, że realizuje on wizję, że adaptacja nowych piłkarzy trwa, że budowa drużyny to nie jest błyskawiczny proces. Budowa skautingu, szkolenie młodzieży to nie są też rzeczy powstające w pięć sekund...

Zagłębie tylko względnie wydaje się klubem, który po letnich zmianach stabilizuje wyniki - wróży się, że wkrótce Adam Buczek wróci do poprzedniej roli i zastąpi go ktoś bardziej doświadczony i potrafiący stanowczo wpłynąć na zespół, ale kiepsko odbierający współpracę z dyrektorem sportowym. W sobotę udało się pokonać Koronę Kielce, gdzie z kolei chaos podejmowania decyzji jest nie mniejszy - Jose Rojo Martin Pacheta miał zostać zatrudniony po dobrym występie jego naprędce zbieranego zespołu w jednym turnieju, a plotka głosi, że po prostu w Kielcach był przy okazji Igrzysk Polonijnych. W obydwu klubach, gdzie przede wszystkim powinno stawiać się na stabilizację i filozofię, rządzi chaos, chowany często za mniej lub bardziej przypadkowymi zwycięstwami.

- Nie chodzi nawet o to, komu powierzamy pieczę nad pionem sportowym - dodaje Pasieczny - Czy jest to były piłkarz czy nie, czy będzie miał tytuł dyrektora sportowego czy nie... Prezes powinien taką osobę zapytać o wizję sportowego rozwoju klubu, o potencjalne funkcjonowanie pionu sportowego i dopiero jeżeli w tę wizję uwierzy, powinien dać czas na jej realizację.

Czas? W polskim futbolu? Tego akurat najwięcej od rodzimych działaczy dostają kluby z innych krajów, oddalające się poziomem sportowym i organizacyjnym, niezależnie od stanu posiadanych pieniędzy. Te, które mają wszystko odpowiednio poukładane. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook