Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 19 kwietnia 2014

Dlaczego kibicujemy Atletico i Liverpoolowi?

foto: marca.com
Kluby, które jeszcze niedawno były synonimami spektakularnych porażek podnoszą głowę i zmierzają po największe laury w krajowej piłce. Co się stało, że tak nagle te drużyny wyrosły na faworytów wśród neutralnych kibiców? Przyczyna leży w głowach. Naszych i zawodników.

W całej gamie przyjemnych uczuć związanych z piłką nożną, jednym z najfajniejszych jest połączenie nadchodzącej wiosny z liderowaniem ulubionej drużyny w tabeli. Kwiatki kwitną, robi się cieplej, a klub idzie po mistrza. A uczucie jest tym przyjemniejsze, im dłużej minęło od czasu, kiedy ostatni raz taka sytuacja miała miejsce.



Zwyczajni niezwyczajni

Łzy Stevena Gerrarda po zwycięstwie Liverpoolu nad Manchesterem City chwyciły za serce, a Internet zahuczał od wyznania, że to właśnie liverpoolczykom warto kibicować w końcówce sezonu. A jak The Reds, to i Atletico Madryt, który w Hiszpanii rzucił wyzwanie Barcelonie i Realowi i również zmierza po mistrzostwo. Za wyznaniami idzie racjonalizacja: bo to żebracy pośród bogaczy, bo to kluby, które dbają o kibiców, bo nie szastają olbrzymimi sumami. Pomijając, rzecz jasna, długi Hiszpanów i układy z Doyen Sports, a także zaniedbywanie okolic stadionu przez Anglików.

Trudno też usłyszeć komentatora, który do mikrofonu krzyczy: „zrównoważony budżet pędzi lewym skrzydłem!”. Na Twitterze nie widać wpisów typu:„ależ mocarny ten transfer bezgotówkowy!” Nie widać, bo to, co ludzi przyciąga do tych zespołów i skłania do kibicowania im to teraźniejszość, postaci trenerów i piłkarzy. Naprawdę rzadko zachwyt dotyczy księgowych i kustoszy klubowych muzeów.

W grze Atletico i Liverpoolu trudno znaleźć wspólne mianowniki. Ci, którzy analizują obydwa zespoły widzą z jednej strony agresywną grę w środku, zacieśnianie pola gry i szybkie kontrataki, a z drugiej pressing, mnóstwo prostopadłych podań i młodzieńczą energię w zespole. I żaden z tych zespołów nie jest w tym pierwszy – i jeden, i drugi sposób gry trudno nazwać nowinką. Ani Diego Simeone, ani Brendan Rodgers prochu nie wymyślili.

Mimo to, coś do tych drużyn nas przyciąga. Mihaly Czikszentmihalyi, amerykański psycholog, stworzył teorię, która stan bycia w pełni wchłoniętym przez aktywność definiuje jako tzw. przepływ. Człowiek, który angażuje w wykonywaną przez siebie czynność zapomina o wszystkim innym. Obserwatorowi pozostaje tylko patrzeć się na to może z przyjemnością. Bo wszystko wydaje się takie proste. Tak, jak proste wydaje się patrzenie na mecze Atletico i Liverpoolu. Spotkanie po prostu przepływa jakoś przed oczami.

Psychologia sukcesu

Estetyka gry tych zespołów nie bierze się więc z wysublimowanej taktyki. Przyczyna leży raczej w kwestiach mentalnych, psychologicznych. Nie jest to jednak łatwe zadanie. - Nie da się wyjaśnić, co dokładnie robi lider. Uważam, że w pracy powinieneś być taki sam, jak w codziennym życiu. Najtrudniejszą rzeczą jest prowadzenie prostego życia – powiedział w telewizyjnym wywiadzie Diego Simeone. Gdyby piłkarze nie wierzyli w powierzone im zadania, to ich po prostu by nie wykonywali. Ciężka praca na treningu napędza zespół, ten wygrywa, kolejne zwycięstwa dodają paliwa, a zawodnicy zapominają o zmęczeniu, kontuzjach i skupiają się tylko na tym, by kolejny raz pokonać przeciwnika.

Legendarny trener NBA, Phil Jackson, w książce „Eleven Rings. The Soul of Success” wyjaśnia, jak udało mu się stworzyć cztery mistrzowskie drużyny. Oprócz strategii zespołu, czyli gry po trójkącie, daje też wgląd na to, jak pojmował on tworzenie się zespołu. Najpierw Jackson sięgnął po książkę o plemionach i ich stadiach rozwoju. Każdy zespół jest jak plemię, którym trzeba dowodzić. I każdy przechodzi przez pięć kolejnych etapów – od momentu, gdy wszyscy myślą, że życie jest bez sensu, do stadium, gdzie cała grupa stanowi jedność i „oddycha jednym rytmem”. I dla niej wszystko nagle okazuje się proste, każdy wie o swoich zadaniach i potrafi je wykonać.

A Simeone i Rodgersowi udało się stworzyć prawdziwe drużyny, których cele stały się celami samych piłkarzy – ci zaczęli widzieć rzeczy właśnie przez pryzmat całego zespołu. Nie bez przyczyny każda celebracja bramki w niedzielnym meczu z City odbyła się z udziałem większości piłkarzy. A po ostatnim gwizdku sędziego cała drużyna zebrała się w kółku i słuchała kapitana. Kilka godzin później Diego Costa złapał kontuzję, bo chciał dobić piłkę do bramki i uderzył kolanem w słupek. Nie zrobiłby tego, gdyby nie miał przede wszystkim na celu dobra drużyny.



To wzajemnie napędzająca się drużyna wyniosła każdego z należących do niej piłkarzy na szczyt formy. Bez lepszego Liverpoolu nie byłoby lepszego Jordana Hendersona, a siła Atletico przeniosła się na Adriana Lopeza, którego zagrania potrzebne były Rojiblancos w rewanżu półfinału Ligi Mistrzów z Barceloną.

Atletico i Liverpool ogląda się przyjemnie nie dlatego, że piłkarze w tych klubach zarabiają mniej niż gdzie indziej i nie dlatego, że trenerzy postawili na rewolucyjne metody szkoleniowe, ale przyczyna leży gdzie indziej, tak jakby obok tego wszystkiego. Mówi się, że najlepsze drużyny to takie, których siła to coś więcej niż suma umiejętności piłkarzy. Jeśli tak, to w tym momencie i Liverpool i Atletico do takich trzeba zaliczyć.
Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook