Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 30 maja 2014

Co zostanie w głowach po sezonie?

fot. marca.com
Jeśli szukać jednego określenia, to miniony rok był w piłce rokiem zmian. Na szczytach dwóch najpotężniejszych dziś lig, hiszpańskiej i angielskiej, zmienili się najpierw trenerzy, a potem mistrzowie. W Lidze Mistrzów zmienił się pech Realu. We Włoszech na szczycie pozostał Juventus, ale do czołówki po długiej nieobecności dołączyła Parma. Z kolei do Premier League dołączy za chwilę Burnley, któremu niektórzy przepowiadali... spadek z Championship. To wszystko (i ciut więcej) znajdziecie w naszym podsumowaniu. Nie jest to rzecz jasna żaden ranking, ba - nie jest to nawet wybór naj-naj-najważniejszych momentów w klubowej piłce. Natomiast z całą pewnością jest to zestaw wydarzeń, jakie zapamiętamy na długo. I coś nam się zdaje, że nie tylko my.

Mistrzostwo Atlético

Atlético Madryt dokonało niemożliwego, sięgając po swój pierwszy od 18 lat tytuł mistrza Hiszpanii. Klub, którego budżet płacowy (66 mln euro) wynosi mniej niż ten Queens Park Rangers w sezonie 2012/13 (78 mln funtów), okazał się lepszy na przestrzeni całych rozgrywek zarówno od Barcelony, jak i Realu Madryt. Przychody dwóch najbogatszych klubów na świecie przekroczyły w sumie kwotę miliarda euro w ostatnim raporcie Football Money League firmy Deloitte. Tymczasem Atlético ledwie zamknęło w nim pierwszą dwudziestkę, osiągając wpływy na poziomie 120 milionów.

Drużyna Diego Simeone - dzięki znakomitej organizacji w grze bez piłki, błyskawicznym przejściom tak z obrony do ataku, jak po stracie piłki, wybieganiu, charakterowi i wysokim umiejętnościom technicznym poszczególnych zawodników - została pierwszą od czasu Valencii Rafy Beniteza w 2004 roku, która ukończyła ligowy sezon przed duetem krajowych tuzów. To historia dla piłkarskich romantyków. A przecież zabrakło sekund, by czerwono-biali dopisali jej kolejny rozdział w finale Ligi Mistrzów, przeciwko lokalnemu rywalowi... [WF]



Awans Burnley

Romantyzmu nigdy za wiele. Na początku sezonu niektórzy bukmacherzy widzieli w Burnley jednego z czterech głównych kandydatów do spadku z Championship. Klub ciął wydatki, przygotowując się do życia bez tzw. płatności spadochronowych, wypłacanych przez cztery kolejne lata po degradacji z Premier League. Jednocześnie inwestował w przyszłość: dział nauki i medycyny, skauting, szkolenie młodzieży czy lokalną społeczność.

Zespół prowadzony przez młodego menedżera, Seana Dyche’a, dokonał rzeczy niewyobrażalnej. Bezpośredni awans do elity i styl, w którym został osiągnięty, przerósł najśmielsze oczekiwania. Drużyna ustanowiła i wyrównała szereg rekordów, przez całe rozgrywki wyprzedzając większe i bardziej zamożne od siebie kluby. Podobnie jak Simeone, Dyche wypracował perfekcyjną mieszankę pomiędzy czterema, jak sam je nazywa, blokami: mentalnym, fizycznym, taktycznym i technicznym. Burnley to zespół z charakterem; wybiegany; bardzo dobrze zorganizowany z i bez piłki; dobry piłkarsko. A co kluczowe, znacznie silniejszy niż ten, który wywalczył promocję do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii w 2009 roku. [WF]



Pierwsze decyzje break-even

Paris Saint-Germain i Manchester City znalazły się w gronie pierwszych dziewięciu klubów ukaranych za złamanie zasady break-even przepisów UEFA Financial Fair Play. Mistrzowie Francji i Anglii otrzymali sankcje w postaci grzywny, restrykcji finansowych oraz zmniejszenia liczby zawodników uprawnionych do gry w Lidze Mistrzów w trzech kolejnych sezonach. To pierwsza tura decyzji na podstawie regulacji mających na celu poprawę zdrowia finansów europejskiej, klubowej piłki nożnej. UEFA FFP już przynosi pozytywne rezultaty, ale również wywołuje coraz większe kontrowersje. A to prawdopodobnie dopiero jeden z początkowych etapów. [WF]

Derby Łodzi coraz bliżej

...pytanie, w której lidze? W poprzednim sezonie kłopoty finansowe pogrążyły ŁKS, teraz niewesoła przyszłość rysuje się przed drugim z łódzkich klubów. Widzew spada z hukiem po nerwowych ruchach transferowych (Wasiluk, Cetnarski, Kikut) i roszadach trenerskich (Mroczkowski-Pawlak-Skowronek). A dość, nazwijmy to ekstrawagancki styl zarządzania klubem i potężne zadłużenie wskazują raczej na przemierzenie podobnej drogi, co ŁKS, niż na rychły awans sportowy. Wprawdzie włodarze cały czas snują “opowieść pozytywną”, ale jak tu wierzyć w ich zdrowy rozsądek, jeśli dyrektor sportowy stwierdził właśnie w wywiadzie dla “Gazety Wyborczej”, że “podejście zadaniowe” (czyli utrzymanie) “zamknęłoby drogę na przyszłość”? A wszystko to w niekończącej się historii pt. budujemy nowy stadion/dwa nowe stadiony. Oby za kilka miesięcy nie okazało się, że nie ma już dla kogo budować. [DM]

Liverpool traci mistrzostwo

29 grudnia 2013 Liverpool przegrał w lidze z Chelsea. Potem podopieczni Rodgersa zanotowali cudowną serię 17 meczów bez porażki, w tym 15 zwycięstw, m.in. z Arsenalem, Manchesterem City i Manchesterem United. Tym samym zluzowali na prowadzeniu w tabeli Arsenal i byli głównym kandydatem do mistrzostwa.

Wtedy nastąpił pierwszy wstrząs. W spotkaniu z Chelsea Steven Gerrard pośliznął się i nie przyjął prostego podania, co sprawiło, że pierwszego gola w meczu zdobył Demba Ba. Chelsea obroniła ten wynik, dorzucając drugiego gola w końcówce.



W kolejnym meczu z Crystal Palace Joe Allen dał The Reds prowadzenie już w 18. minucie, a po 10 minutach drugiej części spotkania było już 3:0 po golu samobójczym i trafieniu Luisa Suareza. Wtedy rozpoczął się koszmar, który po prostu musiał przypominać liverpoolczykom piekło, jakie sami zgotowali Milanowi 25 maja 2005 roku. Pierwsze niewyraźne miny pojawiły się, gdy autor samobója zdobył gola na 1:3. Liverpool powoli przechodził do desperackiej obrony, a Crystal Palace nacierało jak Real Madryt i Barcelona razem wzięte. Błyskawiczny drugi gol Dwighta Gayle’a wlał panikę w serca liverpoolczyków, ale gdy na dwie minuty przed końcem ten sam zawodnik wyrównał stan meczu, wydawało się, że pod The Reds rozstąpiła się ziemia.

Historia bywa mściwa. Liverpool wygrał ostatni mecz sezonu, ale The Citizens nie zmarnowali szansy, wyprzedzili zespół Rodgersa i zdobyli mistrzostwo Anglii. [DJ]

Real wyrzuca Niemców

Pomimo licznych (i drogich) atutów nie wszyscy podchodzili poważnie do aspiracji Realu w LM, choćby dlatego, że Ancelotti znany jest z tego, że lubi zajmować drugie miejsce. Faktem jest jednak, że zawodził raczej w rozgrywkach ligowych, natomiast Champions League zna od podszewki. W kolejnych losowaniach Real trafiał na zespoły niemieckie i - wbrew powiedzeniu Linekera - niemal roznosił je na strzępy.

Schalke 04 nie miało z Królewskimi żadnych szans. Borussia sromotnie przegrała pierwszy mecz, ale rewanż wyglądał inaczej. Niemcy zepchnęli Real do defensywy, strzelili dwa gole i mieli sporo sytuacji, by zdobywać następne - strzelcy jednak zawodzili, wśród nich najbardziej Mchitarian. Real zdołał uciec spod topora, ale gdy okazało się, że zagra z Bayernem, wielu wieszczyło koniec.

Tymczasem Real zastosował nowe ustawienie, wypróbowane już w Gran Derbi, i wyszarpał 1:0, a w rewanżu, polegając na szybkich kontrach, rozniósł zespół Guardioli. Ostatecznie to Ancelotti, ze swoją umiejętnością adaptacji, został zwycięzcą, a nie dogmatyk Guardiola. [DJ]



(Rzekomy?) Zmierzch tiki-taki

Zeszłoroczna porażka Barcelony z Bayernem była pierwszym sygnałem. Gdy w tym roku prowadzony przez Guardiolę Bayern odpadł z Realem, momentalnie podniosły się głosy wieszczące koniec tego systemu gry.

Prawdopodobnie został on rozszyfrowany przez najlepsze zespoły, choć należy pamiętać, że konkretne czynniki zaważyły na jego nieskuteczności. W przypadku Barcelony powodem rozkładu był coraz słabszy i mniej efektywny pressing oraz coraz słabsza linia defensywna. W Bayernie z kolei technika została wsparta siłą, ale zabrakło zarówno pressingu na wysokim poziomie, jak i szybkości - jeden z tych dwóch elementów jest konieczny, by skutecznie bronić się przy wysokim ustawieniu do ataku pozycyjnego. Nie wypalił również (w meczach z trudnymi przeciwnikami) eksperyment z inside full-backiem (i próby ustawienia 2-3-5), a Guardiola nie umiał wykorzystać do końca indywidualnych umiejętności Ribery’ego i Robbena, nakładając im taktyczne wędzidło i nie dając pełnej swobody.

To zaważyło na przechyleniu wahadła i w najbliższych latach możemy się spodziewać powrotu do gry szybkiej. Nie ma jednak wątpliwości, że połączenie gry piłką z ostrym pressingiem ma przyszłość, co udowadnia Atletico. Kwestia dobrania odpowiednich proporcji. [DJ]

Parma wraca(?) po 8 latach do Europy

Słynąca w ostatnim czasie z niekończącej się listy piłkarzy wypożyczonych z klubu Parma FC w niezwykle dramatycznych okolicznościach uzyskała awans do Ligi Europy, zajmując szóste miejsce w Serie A, najwyższe od dekady. Miejsce Gialloblu mógł zająć Kamil Glik i jego Torino - wystarczyło, aby wygrali z Fiorentiną na wyjeździe w ostatnie kolejce. dzięki czemu wynik Parmy z Livorno nie miał już żadnego znaczenia.

Gdy w doliczonym czasie meczu we Florencji Alessio Cerci wykonywał rzut karny, w Parmie gotowano się na myśl o wspaniałym sezonie, który mógł pójść na marne. Na nic fantastyczna passa 17 spotkań bez porażki, na nic dublety z Napoli i Milane, na nic głosy o powołaniu Cassano na Mundial. Na nic debiut niemłodego przecież Paletty w kadrze Italli. Im bliżej końca rozgrywek, tym głośniejsze były również pogłoski o zainteresowaniu ze strony możniejszych ekip Donadonim, który w połowie sezonu trafnie zrezygnował z ustawienia z trójką obrońców na rzecz czwórki, co zdecydowanie poprawiło grę w defensywie i przyczyniło się do zdobycia 58 punktów.




Pudło Cerciego nie oznaczało jednak dla klubu świętującego w tym sezonie stulecie automatyczną radość. Parma to finansowo (mimo dość niecodziennego modelu opartego na masowych wypożyczeniach) środek Serie A, ze stadionem niekoniecznie już na puchary, a i UEFA nie przyznała licencji na grę w Europie. Tomasso Ghirardi jest wprawdzie przekonany, że jego klub w Lidze Europy zagra, to jasne jest, iż na powtórkę z wielkich dni chwały Parma raczej nie ma - najważniejsza jest wszak stabilizacja w niełatwych dla włoskiej piłki klubowej czasach. [DK]

Przy reformie acard niepotrzebny

W poprzednim sezonie Legia Warszawa została mistrzem Polski na dwie kolejki przed końcem ligi (po 28 meczach). W tegorocznych rozgrywkach podobnie. Z tym jednak wyjątkiem, że Lech Poznań matematyczne szanse na doścignięcie Wojskowych stracił po 35 kolejkach. - Ha, wychodzi na to samo! I gdzie te emocje? - krzyknęli przeciwnicy reformy. Nie do końca.

Załóżmy, że wtedy, gdy sprawa mistrzostwa jest jeszcze otwarta, to mamy do czynienia z emocjami. Mistrza nie znamy przez dłuższą część sezonu - pytanie tylko jaką? W poprzednim sezonie emocje trwały przez 93% sezonu (28/30), w tym zaś przez 94% (35/37). Nie było jednak większego popytu na acard.

Żarty na bok. Większe emocje, jeśli by je już odnotowano, to byłyby raczej “efektem ubocznym” reformy tak, jak wyniki byłyby efektem ubocznym jakiegoś stylu gry - mogą się zdarzyć, ale raczej nie muszą. W reformie chodziło przede wszystkim o zagonienie piłkarzy do pracy i sprawienie, by musieli występować w 37 meczach ligowych. To rzecz jasna się udało.

Można to było zrobić zmniejszając bądź zwiększając ligę, ale wtedy problemy byłyby dwa. Przy mniejszej liczbie drużyn wiele zespołów straciłoby największe źródło finansowania, a przy większej spadłby poziom ligi lub też byłyby problemy z wymogami licencyjnymi.

Dlatego trudno jest dyskutować o sensowności reformy pod względem poziomu bądź atrakcyjności ligi - z definicji mamy tutaj do czynienia z tymczasowym rozwiązaniem. [JS]

Wojciech Falenta
Dawid Jankowiak
Dawid Kosmalski
Daniel Markiewicz
Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook