Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 14 stycznia 2014

Budując polskie Torino

foto: bialoczerwoni.com.pl
Gdy Gianni Brera dzielił się swoim odczuciem, że perfekcyjny mecz skończyłby się wynikiem 0-0, z pewnością opierał się na postawie formacji defensywnej. Bez jednego złego kroku, z czystymi interwencjami, świetnym wyczuciem przy przerywaniu akcji rywala, przy potrzebnych blokach w groźnych sytuacjach i bezbłędnym wyprowadzeniu piłki. Za przykład można wziąć niedzielny występ Kamila Glika.

Pod tym względem był to perfekcyjny mecz dla Polaka i jego zespołu - chętnie atakująca, przyciągająca uwagę drużyna potrafiła świetnie organizować się w defensywie, ostatecznie ograniczając rywala do ledwie dwóch celnych strzałów. W jej sercu był kapitan, sprawnie dyrygujący kolegami, prezentujący siłę i dojrzałość, ale też dźwigający na sobie odpowiedzialność, gdy tylko wkraczał do akcji.

W szaleństwie ofensywnej gry - w tę niedzielę w Serie A padły 22 bramki w 6 spotkaniach - tak często zapomina się o defensywie. Wystarczy rzut oka na popisy obrońców Milanu, Cagliari czy Genoi, by stwierdzić, że to nie był dzień dla stoperów - wyjąwszy tego jednego z Torino.

Nie ma przypadku w tym, że z dziesięciu ostatnich spotkań, które Kamil Glik rozegrał w pełnym wymiarze czasu, Torino przegrału tylko dwa. - Cóż za kapitalna obrona przeciwko Borja Valero - pisał o Polaku na Twitterze Janusz Michallik, amerykański komentator ESPN. I pisał całkiem słusznie.

Jednak w głębi tego jak Polak swoją osobę i piłkarski - przyznajmy, też ograniczony - talent wywindował w klubie z Turynu i na jak wysokiej pozycji samego siebie tam ustawił, tkwi też pewien problem... jego reprezentacji. - Biorąc pod uwagę jak wiele drużyn Premier League ma problemy z podstawową organizacją gry obronnej, lekko zaskakuje fakt, że nazwisko Kamila Glika nie przewija się szerzej pośród transferowych plotek - pisał Dominic Bliss dla bloga "The Inside Left".

Parafrazując - biorąc pod uwagę na jakie problemy z organizacją gry obronnej cierpi reprezentacja Polski, lekko zaskakuje fakt, że nazwisko Kamila Glika nie przewija się szerzej pośród tych, które mają kadrę definiować.

Oczywiście i Kamil Glik ma w kadrze występy raczej od "mierne" do "przeciętne" niż te od "dostatecznych" do "bardzo dobrych" w obecnym sezonie Torino. To jak bronił przeciwko Czarnogórze pozostanie w koszmarach kibiców na lata, a i inne spotkania nie dawały nadziei. Niejako usprawiedliwiając stopera, trzeba przyznać, że w kadrze nacisk kładzie się nie tam gdzie powinno i w organizacji defensywy to jest największym problemem.

Można się śmiać z kolejnego przytoczenia pragnień Polaków o grze takiej, jak Borussia Dortmund, ale to właśnie na umiejętnościach Błaszczykowskiego czy Lewandowskiego ta kadra ma - według opinii mediów i fanów - bazować. Gdy Piotr Zieliński błysnął okazjonalnie w tej samej lidze co Glik i miał niezłe wejście do reprezentacji, jego nazwisko wymieniano częściej. Obraniakowi, choć już od dawna nie założył biało-czerwonej koszulki, poświęcano więcej czasu niż stoperowi Torino. Przed pierwszymi meczami Nawałki więcej uwagi poświęcono debacie o obsadzie lewego skrzydła, niż temu, że najlepszy obrońca w ogóle wśród powołanych się nie znalazł.

Tymczasem to nie Lewandowski czy Błaszczykowski powinni być wyznacznikami, punktami odniesienia i równowagi dla reprezentacji Polski. Tak samo dla selekcjonerów, kibiców i fanów nie Borussia musi być tym ideałem, ale Torino - z Kamilem Glikiem w samym centrum operacyjnym drużyny.

Świetnie organizująca własne szeregi defensywne z dynamicznymi wypadami z własnej połowy. Płynnie zmieniająca taktykę, gdzie każdy jest wdrożony w system, wie jakie zadania ma wypełniać. Z zawodnikami biorącymi na siebie odpowiedzialność, z trenerem, który racjonalnie ocenia szansę własnego zespołu i odpowiednio zespół prowadzi.

Na tę chwilę kompletnie niemedialne Torino to przeciwieństwo tej zgrai indywidualistów, tego taktycznego chaosu i piłkarzy o spuszczonych głowach po pierwszym z wielu kiksów, którzy zawsze mają wiele do powiedzenia. Tak, mowa o reprezentacji Polski.

Jednak to dobry moment, by od własnych słabości i niemożliwych do osiągnięcia marzeń (typu: "grajmy jak Borussia!" lub chociaż "grajmy ofensywnie") odejść, zostawić je w polu i faktycznie zacząć budować. Polska reprezentacja, jak Torino przed dwoma sezonami, jest w Serie B światowego futbolu, fantastyczną historią do której warto się odwoływać i zszarzałą rzeczywistością, która rozjaśniają z rzadka indywidualności.

Mamy przecież swojego Immobile, jest też piłkarz o talencie do dryblingu i kreacji w których można odnajdywać porównanie do Cerciego, są sami wyrobnicy w linii pomocy, zwinni bramkarze i właśnie Kamil Glik w sercu obrony. Jasne, Adam Nawałka, choć tak skory do używania słowa "buduj" nie ma wiele czasu do następnych eliminacji, by budowę wprowadzić choćby w drugi etap. Jednak Torino też nie od razu Giampiero Ventura wstawił do górnej części tabeli Serie A.

Polska reprezentacja musi zdać sobie sprawę z tego, że nie jest i nigdy nie będzie tak wybuchowa jak Borussia Jurgena Kloppa, ani tak silna w ataku jak Robert Lewandowski, ani tak zwinna w dryblingu jak Kuba Błaszczykowski, ani tak sprytna w ciasnocie przedpola rywali jak Piotr Zieliński. Jeśli jednak Nawałka i jego piłkarze zrozumieją, że z piłkarzami na szczycie ich kariery lub tuż przed lub za nim da się zbudować "polskie Torino" to jest szansa na ustabilizowanie pozycji kadry w świecie na miarę tej Glika w Turynie.

On też miał marzenia - nierealne, bo madryckie - które szybko zderzyły się z rzeczywistością i grą na starym, nędznym obiekcie Piasta Gliwice. Wtedy znów zaczął budować, z samego dna tabeli, by wyrwać się ze słomianych chatek, najpierw wziąć lekcje od najlepszych (Palermo), zdobyć doświadczenie (Bari) i wreszcie zbudować oraz ustabilizować pozycję na swoim realnym poziomie (Torino) w dobrej lidze.

Analogicznie, kadra też miała marzenia. Nierealne, bo związane z Euro 2012, które szybko zderzyły się z rzeczywistością nie tylko porażki z Czechami, ale i poprzednich eliminacji. Teraz, już bliżej dna rankingu FIFA niż jego liderów, przyszedł czas budowy. Skoro nawet największe trenerskie autorytety mówią, że najlepszy zespół tworzy się od tyłu, to tym bardziej to powinno być priorytetem w tak ograniczonej reprezentacji jaką Polska dysponuje.

Oczywiście z trybun czy czołówek gazet nikt nie krzyknie "grajmy jak Torino". To po prostu nie w modzie, podobnie jak w modzie nie są piłkarze pokroju Kamila Glika. Twardzi obrońcy, których transferom nie poświęca się w ułamku procenta tyle czasu co pewnemu napastnikowi czy innym jego pokroju. Pochwały dla stoperów ogranicza się częściej do twitterowego wpisu, a nie specjalnych i wystawnych imprez, gali, nagród, rankingów czy... gazetowych wkładek.

Polska nie będzie mistrzem świata, ale - odwołując się do powszechnego żartu - nie powinna być wyłącznie mistrzem Polski. Mając bardziej realistycznie określone ambicje i pewną pulę talentu, reprezentacja może myśleć o udziale w wielkich imprezach. Jednak najpierw trzeba coś zbudować. Nie Borussię i nie sposobami Kloppa, nie z dortmundzkim trio (czy wkrótce duetem) na czele, ale właśnie jak Ventura, jak Glik, jak Torino.

Sztuką nie jest okazjonalnie uderzać ponad swoją wagę - po remisach z Portugalią, Niemcami i klapie na Euro 2012 to powinniśmy wiedzieć - ale znaleźć swój przedział czy miejsce w szeregu i najpierw tam się rozpanoszyć, stamtąd planować ekspansję oraz budować podstawy do marzeń. Kamil Glik to zrobił, Torino też się udaje i niech to porównanie niedzielnego, intrygującego 0-0 z Fiorentiną do grudniowego, paskudnego 0-0 z Irlandią pokaże wszystkim, jak daleko kadrze do nawet tej turyńskiej perfekcji. A warto by było chociaż aspirować. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook