Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 6 września 2013

Bohaterowie hiszpańskiego okienka

fot. marca.com
Gdy pomocnik Deportivo zamienia Hiszpanię na Ukrainę, nietrudno o wniosek, że coś z La Liga jest nie tak. Na szczęście są jeszcze piłkarze, którzy nie czują żadnej potrzeby, by ewakuować się z kraju, gdzie piłkę kopie się najpiękniej.

Wszystkim tym, którym na sercu leży dobro hiszpańskiej piłki, żal musi ściskać serce, ilekroć jakiś wartościowy zawodnik (w tym wypadku Bruno Gama) opuszcza ligę, kierując się pobudkami czysto finansowymi. Choć życie pokazuje, że karuzela La Liga kręci się mimo to i hołdując zasadzie "umarł król, niech żyje król" dąży do reprodukcji, to sentymentów nie da się oszukać. Nowe produkty lokalnych szkółek może są w stanie odtworzyć jakość swych poprzedników, ale upłynie sporo wody, nim z ich sylwetkami będziemy wiązać jakiekolwiek ciekawe wspomnienia.

Tymczasem exodus w La Liga przybiera coraz bardziej niepokojące kształty. Po zawodników z hiszpańskiej ligi sięgają już nie tylko Anglicy, za którymi stoją nie tylko pieniądze, ale także atrakcyjna i znakomicie zarządzana Premier League. Na hiszpańskie poletko sieci zarzucają już także we Francji, Włoszech i Rosji. Wskazany wcześniej przykład Ukrainy, należy uznać już za ekstremalny. Jak się coraz częściej okazuje - obcy chleb smaczniejszy.

Tym bardziej należy doceniać tych, którzy znajdują choć najdrobniejsze powody by dalej grać w Primera, mimo bardziej lukratywnych ofert z różnych stron świata. Dla fanatycznie zadurzonych w hiszpańskim futbolu jednostek to właśnie oni, a nie Gareth Bale czy Mesut Özil, są bohaterami tego okienka transferowego.

Katalończyk, który nie udaje Greka

Gdyby Joan Verdú urodził się ładnych kilka lat później, być może robiłby za Serigiego Roberto czy innego Jonathana dos Santosa, stanowiąc niespełnioną nadzieję zarządu na wychowanie nowego Xaviego lub Iniesty. Ale urodził się nieco wcześniej i przyszło mu grać w Barcelonie, która ponad jego usługi ceniła bardziej talent Juana Romána Riquelme, Gaizki Mendiety, Edgara Davidsa czy Deco. Tamto pokolenie (do którego zaliczyć można też takich solidnych ligowców jak Damiá, Rodri, Fernando Navarro, Sergio García czy Roberto Trashorras) może nie miało większych szans na zaistnienie w Blaugranie, ale miało pewną zaletę - nie reagowało na odcięcie pępowiny, łączącej ich z La Masia, dramatyczną obniżką formy. Kariery na Camp Nou nie zrobili, ale to tu, to tam, każdy zapisał się mniej lub bardziej w pamięci sympatyków Ligi.

Kto wie, czy Verdú z całej tej grupy nie okazał się bestią najzdolniejszą. Jego nieprzeciętne umiejętności po odejściu z klubu pozwoliły mu rozwinąć skrzydła i najpierw stał się solidną alternatywą dla wiecznie kontuzjowanego w tamtym okresie Juana Carlosa Valeróna, by wreszcie zapracować sobie na 4-letni kontrakt w Espanyolu. Tam szybko stał się liderem słabnącej z roku na rok przez problemy finansowe drużyny. Przekonywał, że "10" na plecach mu nie ciąży, a gdy w ubiegłym sezonie Los Pericos zaliczyli potężny ligowy falstart, pozostając bez wygranej przez 7 pierwszych kolejek, to właśnie Verdú ciągnął katalońską ekipę za uszy, notując seryjnie gole i asysty. Pierwsze 3 punkty przeciwko Rayo zdobył dla swej drużyny niemal w pojedynkę. Jego równa gra przyczyniła się do spokojnego utrzymania Papużek w lidze, już pod dowództwem Javiera Aguirre.

Znakomita dyspozycja zawodnika utrudniła jednak rozmowy nad przedłużeniem jego wygasającej w czerwcu umowy. Imiennik gracza, a zarazem prezes klubu, Joan Collet, nie był w stanie spełnić wymagań finansowych lidera swojej drużyny, który z uwagi na swój wiek (30 lat) liczył na podpisanie ostatniego sensownego kontraktu w karierze. Niewykluczone jednak, że wybił mu z głowy transfer do Atlético, o którym jeszcze w styczniu donosiło katalońskie radio RAC1 i zazwyczaj dobrze poinformowana rozgłośnia Cadena Cope, a którego temat ucichł pod koniec sezonu. Całej sytuacji nie omieszkała wówczas skomentować niezawodna Crackovia, przygotowując na tę okoliczność specjalny skecz.



Gdy temat przenosin na Vicente Calderon umarł śmiercią naturalną, trzeba było rozejrzeć się za nowym potencjalnym pracodawcą. Wtedy do gry wkroczył świeżo upieczony mistrz Grecji i zdobywca tamtejszego pucharu Olympiakos.

Klub z Pireusu nie tylko był w stanie spełnić finansowe zachcianki Katalończyka, ale miał też czym go kusić. Wśród wabików można by wymienić stosunkowo bliski hiszpańskiemu klimat i... hiszpański projekt tworzony w portowym mieście przez wyrzuconego w trakcie poprzednich rozgrywek z Sevilli Míchela. Były gwiazdor Realu Madryt, chcąc wzmocnić swoją drużynę przed nowymi rozgrywkami, skierował swój wzrok w stronę ojczyzny i sprowadził Miguela Torresa, Roberto Jiméneza oraz dwóch, dobrze znanych fanom La Liga, Argentyńczyków: Javiera Saviolę i "Choriego" Domíngueza. Gdy dorzucimy do tego wszystkiego zagwarantowane miejsce w fazie grupowej Ligi Mistrzów, perspektywa gry w greckiej Superlidze wcale nie wydawała się taka odrzucająca. Grecy byli podobno już blisko przekonania Joana, a hiszpańskie media donosiły nawet, że zawodnik jest już Grecji i od podpisania umowy dzielą go milimetry.

Wtedy pojawiła się oferta ze strony Betisu, chcącego powetować sobie stratę Beñata Etxabarrii. Propozycja Andaluzyjczyków wydawała się przegrywać z tą z Półwyspu Bałkańskiego już na starcie. Pepe Mel nowemu podopiecznemu nie był w stanie zagwarantować Ligi Mistrzów, a ledwie rozgrywki Ligi Europy, które Béticos mieli zresztą zacząć od eliminacji. Do finansowych potentatów klubu Miguel Guillena zaliczyć także nie można. Mimo tych dwóch niuansów zawodnik sprawiał wrażenie zachwyconego szansą, jaka się przed nim otworzyła - Miałem inne oferty, ale uznałem, że ta jest dla mnie najlepsza. To istotne by twój klub cię wspierał i sprawiał, że czujesz się ważny i Betis to właśnie pokazał. Wszyscy pokładają tu we mnie spore nadzieje i właśnie to się dla mnie najbardziej liczy. Chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy przyczynili sie do tego, że jestem tutaj. Robicie wielki krok w kierunku stania się klasowym klubem - słodził na swojej prezentacji Katalończyk, a wszyscy byli pod wrażeniem jego iście patriotycznego wyboru.

Nie chciał ani milionów, ani Rubinów

Héctorem Moreno interesowała się swego czasu nawet Barcelona. Oczywiście to wciąż niewiele znaczy, bo zdesperowana brakiem świeżej krwi na środku defensywy Blaugrana interesowała się już także innym zawodnikiem związanym swego czasu z Espanyolem, Victorem Ruizem. Dziś, po serii katastrofalnych występów hiszpańskiego stopera, interesuje się nim już tylko najbliższa rodzina. Tak w przypadku Ruiza, jak i w przypadku Moreno, do konkretów nie doszło. Meksykanin jednak, w przeciwieństwie do drugiego z wymienionych, nie obniżył tak drastycznie lotów i, choć liczby nie zawsze na to wskazywały, do spółki z Colotto oraz bramkarzem Kiko Casillą stanowił jedną z solidniejszych ludzkich fortyfikacji obronnych w lidze. Wziąwszy pod uwagę nieciekawą sytuację finansową klubu z Cornellá-El Prat, meksykański stoper stawał się więc automatycznie łakomym kąskiem na rynku transferowym dla bardziej możnych.



Kto w takim razie jeśli nie Barcelona? Do walki o zakontraktowanie Moreno ruszyli przedstawiciele Swansea, Cardfiff City i Rubina Kazań.

Jaki jest Espanyol 2013, każdy widzi. 13. miejsce w tabeli na zakończenie poprzednich rozgrywek, skład wzmacniany zawodnikami z różnych źródeł, ale z jedną wspólną cechą - kartą zawodniczą w ręku. Dla porównania - beniaminek z Cardiff lekką ręką wydał 13 milionów na chilijskiego zabijakę Gary'ego Medela, a Swansea nieco bardziej wykosztowało się na sprowadzonego z ligi holenderskiej Wilfrieda Bony'ego. Rubin Kazań z 6 milionami przeznaczonymi na niedawnego kolegę Moreno, niepokornego Mubaraka Wakaso, może nie wygląda w tym gronie na krezusa, ale zwiększając wspomnianemu reprezentantowi Ghany ośmiokrotnie pensję robi wrażenie.

Argumenty ekonomiczne zdecydowanie nie leżały po stronie Pericos. Podczas gdy najbardziej konkretny w swych działaniach Rubin dawał za Meksykanina około 10 milionów euro, co w praktyce gwarantowałoby mu zarobki w klubie na poziomie 2 milionów euro, Espanyol był w stanie skusić swojego zawodnika co najwyżej wypłatą skromnej pensji... jednej z tych, które prawdopodobnie wciąż zalega zawodnikowi jeszcze za poprzedni sezon.

Javier Aguirre zaznaczył co prawda, że Héctor jest dla niego zawodnikiem nietykalnym, ale każdy, kto zna realia hiszpańskiego rynku, wie, że każdy trener może sobie tak gadać, dopóki nie zderzy się ze ścianą o nazwie "klauzula wykupu", obowiązkowo umieszczaną w kontraktach przez wszystkie zespoły La Liga. Ta klauzula w przypadku Meksykanina ustanowiona została na bezpiecznym poziomie 20 milionów euro, do którego żaden z interesantów się nawet nie zbliżył. Sprawy w ruch puścić mogła tylko wyraźna wola piłkarza.

A takowej nigdy nie było. Defensor klubu z Cornellá El-Prat dość szybko uciął temat swoich przenosin do rosyjskiej drużyny - Nigdy nie przyszło mi na myśl, by grać w Rosji. Sprawa transferu nie zaprząta mojej głowy, bo jestem zajęty przygotowaniami do nowego sezonu z Espanyolem. Ten klub dał mi wiele i pozwolił mi dorosnąć, jako zawodnikowi i jako człowiekowi. Moreno miał też powiedzieć, że transfer do Rosji go nie interesuje, bo priorytetem jest dla niego poziom sportowy i chce dalej mieć szansę mierzyć się z najlepszymi, co oferuje mu tylko Hiszpania. Po tych deklaracjach, choć do zamknięcia okienka transferowego pozostawało jeszcze sporo czasu, stoper przestał być w zasadzie bohaterem sensacyjnych doniesień prasy.

Zwykli bohaterowie

Ludzie w gruncie rzeczy wolą czytać, słuchać, oglądać to, co jest im bliskie. Transfery Neymara, Bale'a czy Özila zbyt bliskie nam nie są, gdyż fortuny uwikłane w te transakcje na zawsze pozostaną dla wszystkich z nas abstrakcją. Wartości takie jak patriotyzm czy przywiązanie do rodzinnych stron, choć identyfikujemy je w obecnych czasach raczej podświadomie, nie są nam obce. Właśnie dlatego to Joan Verdú i Héctor Moreno powinni być naszymi bohaterami hiszpańskiego okienka transferowego. Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook