Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 22 maja 2013

Barcelońska zawiesina

fot. marca.com
Ostateczny kres systemu tiki-taki ogłoszono po dwumeczu Barcelony z Bayernem. Pewna era futbolu miała się kończyć i teraz czas na nowy sposób grania. W Katalonii myślą chyba jednak inaczej.

Piłka nożna bez różnic istnieć nie może. Na poziomie poznania futbolu na boisku widzimy odmienne koszulki, zachowania zawodników. Potem wartościujemy różnice, przywiązujemy do nich emocjonalną wartość i z tym się utożsamiamy. Nasz klub jest lepszy, bo ma takie a takie cechy, ten zawodnik lepiej gra, bo różni się tym i tamtym od drugiego. Rynek transferowy przede wszystkim

opiera się na różnicach.

Klub kupuje danego zawodnika, bo oferuje coś innego nowej drużynie, jakiś odmienny wymiar gry. Drużyna jest silna dzięki różnorodności swoich piłkarzy, dzięki temu, że każdy zawodnik myśli w trochę inny sposób i tym samym jest lepsza możliwość zaskoczenia rywala. Nawet Barcelona Pepa Guardioli, pomimo tego, że oparta była na jednym założeniu - utrzymywaniu się przy piłce - to jej siłą było również wspieranie indywidualnych skłonności każdego piłkarza ku lepszej grze całej drużyny. W tym sezonie okazało się, że ten sposób gry cierpi na braku różnorodności. W wielu meczach z silnymi drużynami

gra Barcelony sprawiała wrażenie płaskiej,

bez wyrazu, monotonnej i jednostajnej. Każdy zawodnik miał dokładnie taki sam pomysł na grę, a przeciwnik to odczytywał i był na wszystko przygotowany. Coś się wypaliło. Wydawać się może, że wyjściem z tego impasu byłoby sięgnięcie po inspiracje z innych drużyn. Może przydałby się typowy środkowy napastnik, na pewno klasowy środkowy obrońca, lepszy niż Alex Song defensywny pomocnik. Ostatnie doniesienia ze stolicy Katalonii pozwalają jednak nam myśleć, że statek Barcelona dalej płynie w tę samą stronę, nie zbaczając z kursu.

Ciekawy jest przypadek Thiago Alcantary. Od dwóch sezonów piłkarz awizowany jako następca Xaviego balansuje pomiędzy pierwszym składem a ławką rezerwowych. Ciągle jednak z naciskiem na to drugie. Barcelona nie potrafi dla niego znaleźć stałego miejsca w jedenastce.

Zakres umiejętności Thiago, choć całkiem spory, w niewielkim stopniu pokrywa się z tym, czego w Barcelonie wymaga się na pozycji rozgrywającego lub też skrzydłowego. Hiszpan brazylijskiego pochodzenia ma ukształtowany przez La Masię zmysł taktyczny, zamiłowanie do wymiany piłki, ale jego fach piłkarski uzupełniony jest naturalną skłonnością do bardziej bezpośredniego podejścia w grze. Thiago lubi dryblować rywali, lubi grać bardziej dłuższe piłki, nie stroni od rajdów z futbolówką. A w Barcelonie, jak wiadomo, czynni są inni szatani - zawodnicy określonego typu.

Drużyna, która przyzwyczajona jest do cierpliwego rozgrywania przez Xaviego piłki, odrzuca odmienność Thiago. Nic dziwnego, że na następcę Creusa kreowany jest raczej Cesc Fabregas, lepiej czujący się w butach numeru 6. Zresztą sam rozgrywający na ostatniej konferencji prasowej powiedział, że dalej uważa się za zawodnika na 60 i więcej spotkań w sezonie, a informację tę skierował właśnie do syna brazylijskiego mistrza świata Mazinho.

Konsekwencją takiego stanu rzeczy staje się uznanie Thiago za zawodnika niepotrzebnego na tę chwilę dla Barcelony. Nawet w niedzielnym meczu z Valladolid, gdy nieistotne dla Blaugrany było bezwzględne zdobycie trzech punktów, młody Alcantara zasiadł na ławce rezerwowych. Idzie to w parze z doniesieniami katalońskiej prasy z poprzedniego tygodnia, sugerującej, że

Barcelona będzie słuchać ofert transferowych za Thiago.

Szefostwo Barcelony ucieszy się z pozbycia się jednego z bardziej utalentowanych piłkarzy z Europy, ponieważ nie pasuje on w tym momencie do gry. Jest to dość krótkowzroczne - futbol bowiem cały czas się zmienia i charakterystyka takiego piłkarza jak Thiago może się w końcu Barcelonie przydać.

Przypomina się teraz casus Xaviego sprzed ponad dekady. Młody wtedy jeszcze pomocnik Barcelony był blisko transferu do Manchesteru United. Wydawało się, że w Katalonii nie ma dla niego miejsca. Był za mały, nieprzystosowany do gry bardziej fizycznej, a nikt w klubie nie chciał lub nie potrafił odpowiednio go wykorzystać. Xavi summa summarum w klubie jednak został, nie mógł opuścić swojej miłości i widać, że na tym zyskał. W końcu piłka doszła do takiego etapu rozwoju, że

umiejętności Xaviego mogły zostać wykorzystane w pełni.

Na podobnym rozdrożu, jak kiedyś Xavi, znajduje się teraz Thiago. Klub nie znajduje dla niego miejsca w drużynie, jednak tym samym przysłania sobie ogląd na to, jaki potencjał drzemie w młodym piłkarzu. Chętnych na usługi zawodnika będzie na pewno wielu i dużo zależy od samych jego chęci.

Jeżeli pójdzie drogą Xaviego i zostanie w klubie, liczyć się musi z brakiem regularnej gry w krótszej perspektywie, ale też i niepewną przyszłością, za dużo w piłce zmiennych. Przejście za granicę oznacza rzucenie się na głęboką wodę i możliwością braku aklimatyzacji. Mówiąc w skrócie, jest on zawieszony między dwiema trudnymi decyzjami, z których każda może przynieść wielkie pozytywy, ale i równie wielkie straty.

Patrząc na grę Thiago, można się dziwić, jak taki piłkarz może nie być wiodącą postacią w silnym zespole. Młody Hiszpan trafił bowiem do piłki w złych dla siebie czasach i nieodpowiednim na tę chwilę miejscu. Przez siłę Barcelony trafia na szklany sufit w swoim rozwoju. To, jak klub i piłkarz wyjdą z tej sytuacji, będzie pokazywało, w którą stronę zmierza Barcelona i jak do tego odnoszą się piłkarze. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook