Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 31 marca 2013

Barca powstaje z martwych

źródło: marca.com
Wirus FIFA był tym razem wyjątkowo sprawiedliwy, jednakowo doświadczając Real i Barcelonę, które zgodnie pogubiły w sobotę punkty w starciach z outsiderami z Vigo i Saragossy. W stolicy Katalonii nikt jednak nie rozpaczał nad wpadką na Balaidos, nikt też przesadnie nie świętował potknięcia Los Blancos na La Romareda.

Niezależnie od deklaracji płynących z ust zawodników Blaugrany, nie da się ukryć, że rywalizacja w lidze jest już rozstrzygnięta i pojedyncze potknięcia nie robią na Camp Nou na nikim większego wrażenia. Myśli wszystkich, którzy Azulgranie życzą jak najlepiej, wędrują już w kierunku Ligi Mistrzów i nie ograniczają się do rozważania możliwych scenariuszy wtorkowego starcia z PSG. Nadchodzące powroty Érica Abidala i Tito Vilanovy pobudzają wyobraźnię cules, wierzących w szczególną symbolikę tych chwil. Nie ulega wątpliwości, że w Barcelonie mają nadzieję na powtórkę z rozrywki i odtworzenie niezapomnianych momentów z maja 2011 roku.

Tego pamiętnego wieczoru na Wembley wydawało się, że futbol przełamał kolejną granicę. Człowiek, nad którym ciążyło widmo śmiertelnej choroby, pokonał poważne problemy ze zdrowiem i wrócił, by zdobyć wraz z kolegami jedno z najcenniejszych trofeów współczesnej piłki nożnej. Przekazanie francuskiemu obrońcy opaski kapitana przez Carlesa Puyola i wzniesienie pucharu przejdzie do historii tych rozgrywek. Potem pojawiły się jednak kolejne komplikacje.

Na przełomie lutego i marca 2012 roku były zawodnik Olympique Lyon rozstał się ze sportem po raz kolejny, by przejść operację przeszczepu zaatakowanej przez nowotwór wątroby. Interwencja chirurgiczna była nie tylko kolejnym etapem walki z chorobą, ale również sygnałem, że to koniec przygody z piłką dla Abidala, a największym jego zwycięstwem, będzie powrót do zdrowia i stosunkowo normalnego życia. Na przekór tym prognozom wraz z początkiem obecnych rozgrywek Francuz ruszył do walki o jeszcze jeden comeback. Począwszy od sierpnia pokonywał kolejne szczeble. Najpierw trening na siłowni, potem eskapada w góry, wreszcie wstępna zgoda od lekarzy na powrót do gry i treningi na pełnych obrotach. Proces rekonwalescencji to nabierał tempa, to zwalniał, aż wreszcie w piątek nadeszła oficjalna informacja o włączeniu zawodnika to składu drużyny na mecz z Celtą.

Pojedynek na Balaidos czarnoskóry defensor obejrzał jeszcze z ławki, ale jego powrót jest kwestią czasu. Czy ktoś w klubie powie to głośno czy nie, pojawienie się lewego obrońcy na boisku będzie wielkim zastrzykiem mobilizacji dla całej drużyny. To wielki potencjał motywacyjny i bodziec, gotowy do użycia, gdy tylko zajdzie potrzeba.

Historia szkoleniowca Azulgrany z wiadomych względów nie była tak dramatyczna. Od początku informowano, że schorzenie Vilanovy nie jest tak skomplikowane jak w przypadku piłkarza, a i zakres jego obowiązków każdorazowo ułatwiał powrót do wykonywania sprawowanych funkcji. Absencja mistera wpłynęła jednak dezorganizująco na poczynania drużyny, która ze sprawnie pracującego automatu do wygrywania spotkań przeobraziła się w zakompleksioną zbieraninę indywidualności, niezdolną do realizacji podstawowych zadań. Chociaż nikt nie był w stanie udowodnić związku przyczynowo-skutkowego między tymi dwoma zjawiskami, to dla wielu było to naturalne wytłumaczenie niedawnych niepowodzeń Dumy Katalonii. Swego rodzaju poczucia nostalgii nie ukrywali zresztą sami zawodnicy. Przylot byłego asystenta ma być remedium na wciąż pojawiające się wahania formy. Jednocześnie oznacza to koniec wymówek. Ewentualny sukces lub klęskę w elitarnych rozgrywkach będzie można uzasadniać jedynie tym co wydarzy się na boisku.



Miejmy jednak świadomość tego jak spolaryzowane jest współcześnie środowisko piłkarskie i cała jego otoczka. To, co dla jednych jest piękną opowieścią, która jeszcze raz może skończyć się happy endem, inni interpretują w sposób bardzo przyziemny. Bez wątpienia zwolennicy teorii spiskowych ponownie będą mieli używanie. Jeśli przed rokiem przypisywano europejskiej unii piłkarskiej chęć przeforsowania siłą Gran Derbi w finale Ligi Mistrzów, to aktualnie podejrzenia te mogą jedynie przybrać na mocy. Nie będzie to zresztą pogląd zupełnie absurdalny i pozbawiony logicznego uzasadnienia.

Możliwa konfrontacja dwóch gigantów na legendarnym Wembley byłaby produktem kompletnym. Przegrany w takim pojedynku poniósłby klęskę jedynie w wymiarze sportowym. Z ekonomicznego punktu widzenia triumfowaliby wszyscy zaangażowani w to przedsięwzięcie. Emocje towarzyszące zwyczajowo każdemu El Clásico zostałyby zintensyfikowane przez szczególne motywacje, jakie można byłoby zaobserwować po obu stronach gdyby tak potoczyły się losy rywalizacji w Champions League. Z jednej strony klub z Katalonii, uskrzydlony powrotami dwóch męczenników, z drugiej pełen ambicji Real, zmierzający po La Décime, pod wodzą żądnego trzeciego w karierze triumfu, José Mourinho. Zygmunt Chajzer nie sprzedałby tego lepiej.

Szykuje się więc kolejna okazja do "obrzucania mięsem" na serwisach sportowych i forach internetowych. Tym razem w tle prawdziwe ludzkie dramaty, przezwyciężanie słabości, bicie rekordów oraz przekraczanie barier i albo Juventus, Borussia czy Bayern wezmą sprawy w swoje ręce, albo rzekomy sen Platiniego, potężniejszy niż kiedykolwiek, się wreszcie ziści.
Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook