Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 11 marca 2014

Ameryka znowu gra w soccera

foto: skysports.com
Po trzymiesięcznej przerwie, wielkich transferach Jermaine'a Defoe i Julio Cesara, strajku sędziów oraz kolejnych zmianach w przepisach, wreszcie ruszył dziewiętnasty sezon Major League Soccer. Jednak rosnąca w siłę MLS w dalszym ciągu boryka się ze swoimi problemami, a aspekty bardzo specyficzne dla amerykańskich lig sportowych nie zawsze idą w parze z interesem rozgrywek.

Większość dyskusji na godziny przed pierwszymi meczami w sobotę zostało zdominowane przez obsadę sędziowską. Nie, nie były to kłótnie o tym, że to spotkanie sędziuje znienawidzony arbiter, czy ktoś kto faworyzuje tamtych. Nastąpiła sytuacja znana z ligi futbolu amerykańskiego NFL, gdzie do akcji wezwani zostali "replacement referees" – ze względu na tzw. lock-out, który miał wykluczyć możliwość strajku zawodowych sędziów na kilka godzin przed meczem. Premiera nowego sezonu nie mogła skończyć się przecież paraliżem. Wśród „powołanych” z niższych lig i zza granicy byli m.in. Adam Kelly, były sędzia FIFA z Irlandii, czy były sędzia międzynarodowy z Grecji, Ioannis Stavridis. Do tego dołożona była dwójka sędziów z Portoryko, kilku byłych, emerytowanych już sędziów oraz duża ilość arbitrów z drugiej i trzeciej klasy rozgrywek, którzy w żadnym razie nie są gotowi na taki niespodziewany awans.

Na szczęście większość meczów obyła się bez poważnych problemów. Owszem, kilka rażących błędów się zdarzyło, głównie popełnianych przez sędziów asystentów (którzy w większości przypadków w tych niższych ligach posługują się wyłącznie gwizdkiem, a nie chorągiewką), ale przez to, że wiele meczów skończyło się wysokimi wynikami, nie zaważyły one na losach spotkania. Dla ligi to dobrze, ale jest to sytuacja tymczasowa – im dłużej MLS będzie brnąć w wykorzystywanie sędziów z odzysku, tym większe jest prawdopodobieństwo coraz poważniejszych problemów. Mimo to jednak sytuacja z NFL, gdzie kuriozalne zdjęcia dwóch sędziów pokazujących dwa sprzeczne werdykty były zamieszczane na pierwszych stronach „New York Times” nie grozi soccerowi.

Warto też wspomnieć, że obecnym negocjacjom arbitrów będzie się przyglądać bacznie organizacja zrzeszająca piłkarzy MLS. Umowa związkowa z ligą kończy się po tym sezonie i groźba strajku lub lock-outu piłkarzy jest realna. Kibice NHL pamiętają zapewne strajk z ubiegłego sezonu, który uciął praktycznie połowę rozgrywek. MLS jako bardzo młodą, rozwijająca się ligą, która rośnie w popularność, ale tak wciąż niszowy sport, mógłby tego nie przetrwać. Finał MLS Cup w 2013 roku zobaczyło w telewizji zaledwie 600 tysięcy widzów – bardzo mało, jak na kraj który szczyci się populacją powyżej 300 milionów. Przy czym chodzi tutaj o popularność ligi, a nie sportu - Mistrzostwa Świata, Premier League czy Liga Mistrzów zbierają dużo więcej widzów w USA, a ostatni finał MŚ w 2010 roku obejrzało aż 24,3 milionów widzów.

Przy okazji strajków i negocjacji związkowych warto przypomnieć, jak marne są zarobki piłkarzy. Średnia pensja zawodnika MLS wynosi $150 tysięcy rocznie, co daje w przeliczeniu zaledwie około $2800 tygodniówki. A wszyscy wiemy, jak liczone są średnie – dlatego lepszym barometrem zarobków jest mediana, która wynosi raptem $75 tysięcy rocznie. Dla porównania, średnia krajowa USA na gospodarstwo domowe wyniosła w 2013 roku $52 tysiące. Jak widać, różnica jest niewielka. Najmniej zarabiający piłkarze mogą liczyć na pensję zaledwie dwuipółkrotnie większą od tej, jaką zarabia pracujący za najniższą krajową kasjer w supermarkecie. Pod tym względem, liga odstaje od Europy - co powoduje, że jest w większości nieatrakcyjna dla przybyszy ze starego kontynentu. Wyjątek stanowią tu gwiazdy, które odchodzą na emeryturę i dostają astronomiczne – jak na tutejsze warunki – kontrakty.

Na pewno jednym z królów zimowego polowania było Toronto FC. Transfery Defoe i Cesara, a ponadto zakup 24-letniego Gilberto z Internacional i Michaela Bradleya z Romy sprawia, że w klubie nastąpiła wielka transformacja i drużyna ta jest gotowa do walki o swoje pierwsze wielkie cele w MLS.

)

Wobec pauzy Toronto, nie bez powodu kolejka rozpoczęła się na CenturyLink Field, gdzie swoje mecze rozgrywają Seattle Sounders. „Rave Green” są znani ze świetnego dopingu, najlepszego w USA. Oprawami i wsparciem wokalnym na stadionie nie ustępują standardom ultrasów z różnych miejsc w Europie. Sam mecz Seattle z finalistą ubiegłego MLS Cup stał jednak na niskim poziomie. Twarda, nieklejąca się gra w ulewnym deszczu – widok stereotypowej niższej ligi angielskiej, o czym świadczy popełnionych równo 40 przewinień. Jedyne, co nie pasuje, to w pełni sztuczna nawierzchnia. Był to jeden z najbardziej obfitych w faule spotkań w MLS. Największe emocje pozostały dla wytrwałych – w ostatniej minucie doliczonego czasu gry o zwycięstwie gospodarzy przesądził Chad Barnett, świetnie wykańczając główką dośrodkowanie Clinta Dempseya.

Na szczęście na większości pozostałych boisk było o wiele ciekawiej. Nowy Jork sprawił ogromną niespodziankę. Pozbawieni swojego kapitana, Thierry'ego Henry'ego, który nie gra na boiskach ze sztuczną nawierzchnią, Nowojorczycy zagrali bez żadnej werwy i zaangażowania, tracąc kolejne bramki w drugiej połowie. Świetny debiut zaliczył pochodzący z urugwajskiego Boston River Sebastián Fernández, który popisał się świetnym strzałem z 25 metrów. Poza tym DC United rozpoczęło swój sezon dokładnie tak, jak skończyło ubiegły – przegrywając kolejne spotkanie. Zespół ze stolicy kraju w ubiegłym sezonie zanotował zaledwie trzy zwycięstwa, 24 porażki i siedem remisów. Tym razem podopieczni Bena Olsena przegrali u siebie z Columbus Crew aż 0-3.

Innym wielkim zwycięstwem popisało się Houston Dynamo – aż 4-0 nad New England Revolution. Houston nie może się doczekać tego upragnionego trofeum, ale jeśli pierwszy mecz ma powiedzieć cokolwiek o sile tego zespołu, to być może to będzie właśnie ten sezon. Bohaterem został Will Bruin, który wpisał się dwukrotnie na listę strzelców, a do tego wszystkiego dołożył jeszcze asystę.

)

Późnym wieczorem zaprezentowała się też „nowa” Philadelphia Union w Portland. Klub prowadzony przez Johna Hackwortha, który zastąpił na tym stanowisku Piotra Nowaka, zaprezentował nowy styl w nowym ustawieniu (4-3-3) i zupełnie nowy środek pola, w którym kluczowe role odgrywają nowe nabytki Maurice Edu (wypożyczony ze Stoke City) oraz Vincent Nogueira (pozyskany z Sochaux). Na trudnym terenie prowadzili przez dłuższy czas, ale stracili bramkę w ostatniej akcji spotkania – obrońcom zabrakło koncentracji przy rzucie rożnym i spotkanie zakończyło się remisem.

Na zakończenie kolejki LA Galaxy przegrało przed własną publicznością 1-0 z obecnym mistrzem MLS, Real Salt Lake, a jedyne niedzielne spotkanie przyniosło pięć bramek; Chivas USA pokonali Chicago Fire wynikiem 3-2 po tym, jak w 88. minucie wynik meczu ustalił Bobby Burling po asyście Mauro Rosalesa z rzutu rożnego. Chivas kończą swój żywot pod obecną marką, ale sądząc po okresie przygotowawczym i spotkaniu ligowym, zamierzają to zrobić w wielkim stylu. Niewtajemniczonym tłumaczymy, że klub został wykupiony przez ligę w lutym i zostanie przekazany w ręce innej grupie inwestorów, która jednak ma zatrzymać klub w mieście.

)

A skoro już o zmianach klubowych mowa… Warto wspomnieć, że od przyszłego sezonu powitamy w MLS dwa nowe zespoły – New York City FC (w którym swoje udziały ma Manchester City), oraz Orlando – pierwszy powrót MLS na Florydę od czasu Tampa Bay Mutiny. Pierwszy krok w stronę coraz większej, ponad 20-zespołowej ligi i upodabniania się do innych amerykańskich sportów został podjęty w ubiegłym sezonie. Wtedy to po raz pierwszy zmienił się typ rozgrywek – zamiast standardowego meczu u siebie i na wyjeździe z każdym, gdzie podział na konferencje nie miał większego sensu, zastosowano system gry trzech meczów z każdym ze swojej konferencji i jednego meczu w innej części kraju.

Biorąc pod uwagę rozległości geograficzne USA i fakt, że sprawdza się to w innych sportach, ma to zapewne sens. Pytanie tylko, czy zachęci to do MLS elitarystów piłkarskich, których w USA jest sporo – dużo więcej znajdzie się zapewne w USA kibiców Chelsea, Manchesteru United czy Arsenalu, niż tych, którzy swoje życie kibicowskie zadedykowali lokalnej drużynie soccera. Ich powszechnymi argumentami jest brak systemu spadków i awansów, amerykański system transferów i przede wszystkim niski poziom jakości gry. Czas pokaże czy ich serca zostaną zdobyte, gdy MLS z roku na rok rośnie w siłę i poprawia się wizerunek oraz dostępność amerykańskiej ligi.

Bartosz Ciurski
comments powered by Disqus
facebook