Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
piątek, 6 czerwca 2014

Alfabet sezonu. Ekstraklasa od A do Ż

fot. www.pogonszczecin.pl
To nie będzie kronika niedawno zakończonego sezonu Ekstraklasy, dokładny zapis najważniejszych momentów minionego sezonu, ale przegląd postaci, wydarzeń i haseł, które pozostaną po nim w pamięci. Rzeczy oczywiste i drobiazgi, poważne i błahe, od A do Ż.

A JAK AKADEMIA. Jedno z najmodniejszych słów minionego sezonu. Polskie kluby nie prowadzą już zwykłych grup młodzieżowych, nie zakłada się też po prostu drużyn dziecięcych. Wszystko musi odbywać się pod szyldem akademii, zupełnie jakby to słowo nobilitowało przedsięwzięcie i gwarantowało jego profesjonalizm. Niedługo zatem poczciwych wychowanków zastąpią absolwenci – będzie jeszcze wznioślej. Należy tylko wierzyć, że liczba akademii i rywalizacja między szkółkami najlepszych klubów przełoży się na jakość – zostańmy przy naukowej poetyce – kształcenia.

B JAK BERG. Obejmował Legię w komfortowych warunkach, bo Jan Urban zostawił drużynę na fotelu lidera z kilkoma punktami nad resztą stawki. Najpierw świetnie rozegrano zatrudnienie Berga w mediach, później sam Norweg dobrze rozegrał drugą fazę sezonu. Jego zespół grał solidnie i bez większych przeszkód sięgnął po mistrzostwo. Ryzyko związane z zatrudnieniem Berga na razie się opłaciło, ale poważna weryfikacja dopiero przed nim – start od zera w lidze i duże oczekiwania związane ze startem w europejskich pucharach.

C JAK COŚ Z NICZEGO. Biorąc pod uwagę tylko sumę umiejętności, Podbeskidzie nie miało prawa utrzymać się w Ekstraklasie. Drugi sezon z rzędu robiono jednak w Bielsku-Białej coś z niczego. Przed rokiem dokonali tego Dariusz Kubicki i zwłaszcza Czesław Michniewicz, teraz w roli magika wystąpił Leszek Ojrzyński. To trener, któremu po prostu się wierzy, potrafi przelać na drużynę swój charakter i nieustępliwość. Piłkarsko jest gorzej, trochę mało w tym wszystkim futbolu. Zawodnicy Ojrzyńskiego bywają chwaleni głównie za wolę walki, co może spowodować, że na lata stanie się specjalistą od motywowania ligowych średniaków i słabeuszy.

D JAK DOMOKRĄŻCA. Michał Probierz jako trener zadebiutował w Ekstraklasie zaledwie osiem lat temu, ale w tym czasie prowadził już w niej Widzewa, Polonię Bytom, Jagiellonię (dwa razy), ŁKS, Wisłę, GKS Bełchatów i Lechię, a w międzyczasie zahaczył jeszcze o grecki Aris Saloniki. Złośliwi mówią, że Probierz atakuje „koronę Ekstraklasy” i w końcu obskoczy wszystkie grające w niej kluby. Możliwe, że zbliży się do takiego wyniku, bo jest łapczywy na pracę. Dla własnego dobra powinien jednak nabrać dystansu do piłki. Choćby po to, by odkleić łatkę trenera, który bierze co popadnie. Na razie bowiem Probierz zapracował na opinię krótkodystansowca, z którym trudno budować drużynę na lata.

E JAK EMOCJE. Miało ich być więcej po kontrowersyjnej reformie Ekstraklasy, ale rzeczywistość zagrała pomysłodawcom na nosie i wiele rozstrzygnięć zapadło na długo przed ostatnią kolejką. Nie wzrosła też frekwencja na stadionach. Zyski ze zmian ograniczają się więc do zwiększenia liczby meczów. Piłkarze wreszcie ciężej pracują na wysokie pensje, chociaż ligowe maratony mogły być wyczerpujące dla publiczności. Liga nie mogła stać się lepsza od samego mieszania.

F JAK FIGURANT. Stary numer – trener bez odpowiedniej licencji zostaje nazwany menedżerem, a formalnie drużynę prowadzi figurant ze stosownymi papierami. Tym razem taki manewr zastosowano w Zabrzu. Wiosną o wszystkim decydował Robert Warzycha, ale do protokołu wpisywano Józefa Dankowskiego. Górnik nie ukrywał, że to maskarada; PZPN – jak zawsze – najpierw bronił przestrzegania prawa, a później przymknął oko na całą sytuację. Teraz zastanawia się, co z tym fantem zrobić, ale problem wydaje się nie do rozwiązania. Nowe przepisy i kontrola ich przestrzegania nie pomoże, bo rzecz dotyczy bardzo nieostrego zagadnienia. Nawet jeśli zakaże się komuś bycia trenerem, to nie można przecież narzucić klubowi oryginalnego podziału pracy wewnątrz sztabu szkoleniowego.

G JAK GRUBO. Sebastian Mila w trakcie sezonu schudł aż 10 kilogramów. Nie zrobiłby tego, gdyby nie interwencja Tadeusza Pawłowskiego, utrata kapitańskiej opaski i miejsca w składzie. Niepojęte, żeby tak zapuścił się zawodowy piłkarz. To w pewien sposób tłumaczy też mizerną kondycję Śląska, który najlepsze wyniki zaczął notować dopiero, gdy jego lider zrzucił balast.

H JAK HIT. Chyba żaden z ligowych szlagierów nie spełnił wszystkich oczekiwań. Najbliżej było chyba podczas jesiennego meczu Lecha z Legią, choć wybredni na pewno go wypunktują. W innych przypadkach nie zadowolił poziom, brakowało kibiców, temperatury, stawki, odrobiny szaleństwa, albo po prostu wszystkiego naraz.

I JAK IBERYSTYKA. Coraz bardziej popularny kierunek dla polskich klubów. Z Hiszpanii i Portugalii ściąga się trenerów, piłkarzy i know-how. Opłaca się, bo wyszperany w Segunda Division B Dani Quintana stał się gwiazdą ligi, Marco Paixao jednym z jej lepszych strzelców, a z dobrej strony pokazało się jeszcze kilku innych zawodników. Wkrótce pewnie będzie ich więcej, bo to dobre miejsce do poszukiwań – można znaleźć piłkarzy tanich, zainteresowanych grą w Polsce, a przy tym prezentujących dobry poziom.

J JAK JUVENTUS. Media informowały, że trafi tam Paweł Stolarski. Młody piłkarz już-już miał wyjeżdżać do Turynu, ale skończyło się tylko na przejściu z Wisły do Lechii i graniu ogonów w Ekstraklasie. Zamieszania przy okazji było mnóstwo, co tylko potwierdza, jak bardzo media złaknione są transferów wewnątrz ligi. Jakichkolwiek. W końcu bicz można ukręcić nawet z... piasku.

K JAK KARUZELA. Tylko czterech trenerów przetrwało na stanowisku cały sezon – Mariusz Rumak, Franciszek Smuda, Dariusz Wdowczyk i Ryszard Tarasiewicz. Inni nie mieli tego komfortu, bo karuzela kręciła się bardzo szybko. Łącznie zmieniano szkoleniowców 16 razy, a na spadek dwóch drużyn pracowało łącznie aż siedmiu. Trenerzy krążyli po klubach, pojawiali się znikąd, z obiegu wypadały mocne nazwiska, znów w cenie byli strażacy. Przypomniały się wesołe lata 90-te, kiedy też rotowano nazwiskami bez opamiętania, wymieniając specjalistów od awansów, na tych z grubymi notesami z telefonami, którzy nigdy nie spuścili drużyny z ligi.

L JAK LENCZYK. Przed sezonem poszła plotka, że Lenczyk zakończył trenerską karierę, niektórzy szykowali się do pożegnalnych tekstów, ale szybko wrócił do Ekstraklasy. Przejęcie Zagłębia było korzystne finansowo, sportowo okazało się wielką porażką. Proste patenty, które dwa sezony temu dały mistrzostwo Śląskowi – przede wszystkim dobre przygotowanie fizyczne i skuteczne stałe fragmenty gry – tym razem nie przyniosły rezultatu. Lenczyk kolejny raz spadł z ligi i to już chyba naprawdę koniec tej długiej kariery.

Ł JAK ŁÓDŹ. Poszła na dno. Na spadek Widzewa zanosiło się już od dłuższego czasu, ale wbrew logice udawało się przed nim bronić. Teraz główną troską nie będzie montowanie drużyny na powrót do Ekstraklasy, ale uniknięcie całkowitego rozkładu klubu. Będzie to bardzo trudne po odcięciu od finansowej kroplówki od sponsorów Ekstraklasy. Przykłady kilku spadkowiczów z ostatnich lat budzą trwogę.

M JAK MISTRZ. Legia zdobyła tytuł zasłużenie. Na dystansie całego sezonu była zdecydowanie najlepszą i najbardziej wyrównaną drużyną w stawce. Mocny i przede wszystkim szeroki skład dał przewagę nad konkurencją. Podczas gdy inni musieli walczyć z osłabieniami, cerować jedenastki i czekać na powrót do formy rekonwalescentów, trenerzy Legii mogli spokojnie rotować składem i w pewnym stopniu uniezależnić się od gorszej gry i urazów poszczególnych piłkarzy. Nawet jeśli nie porywała grą, to potrafiła pewnie wygrywać. Wielki faworyt następnego sezonu, zagrozić może jej tylko Lech.

N JAK NAIWNOŚĆ. Najlepsze podsumowanie gry Cracovii. Wojciech Stawowy chciał w niej zaimplementować tiki-takę, ale robił to na siłę, powierzchownie, bez realnej oceny możliwości piłkarzy, których miał w kadrze. To prawda, Cracovia jako jedna z niewielu drużyn miała swój styl, jednak nie przekładał się on na dobre wyniki. Stawowy udowodnił, że można próbować naśladować nawet najbardziej wyrafinowane sposoby gry, lecz w tym przypadku była to sztuka dla sztuki.

O JAK OSUCH. Prezes z największym ADHD w lidze – pierwszy po ordery, pierwszy przed kamery, a jego słowotoki bywają na swój sposób czarujące. Wniósł do ligi sporo kolorytu, trochę ją rozruszał, przy okazji dowodząc, że można stosunkowo niewielkim kosztem zbudować przyzwoitą drużynę. (Nawiasem: Zawisza długo zbierał lepsze recenzje, niż wskazywałaby jego gra i wyniki). Istnieje tylko ryzyko, że trudno będzie mu znaleźć odpowiednio uległego trenera. Miłość do Ryszarda Tarasiewicza, którego jeszcze niedawno bardzo zachwalał, szybko się wypaliła.

P JAK PIĘĆ. Marcin Robak ustanowił strzelecki rekord sezonu przybijając piątkę Lechowi i zdobył tytuł króla strzelców. Na jego przykładzie dobrze widać, jak wiele znaczy w Ekstraklasie odpowiednio wpasowany do drużyny napastnik. Jeden z najlepszych transferów sezonu. Żaden z niego artysta, tak dobrego sezonu nie powtórzy, kadrze też się nie przyda, ale wciąż może być jednym z bardziej wydajnych polskich napastników.

R JAK RUMAK. Wciąż oceniany bardziej przez pryzmat łatek przyklejonych na początku pracy w Lechu, a nie jej rzeczywistych wyników. Te są generalnie dobrze, chociaż brakuje kropki nad „i” – mocniejszego postraszenia Legii i lepszej gry w europejskich pucharach. Rumak wiosną obronił swoją pozycję. Poprawił grę Lecha, pod jego okiem postęp zrobili niektórzy piłkarze, ale drużynie wciąż brakuje regularności. Momentami zdradza wielkie możliwości, zdarza się też, że zalicza wstydliwe wpadki. Ustabilizowanie formy będzie jednym z zadań na nowy sezon, choć niewykluczone, że najpierw Rumak – kolejny raz – będzie w dużym stopniu ułożyć ją na nowo.

S JAK SZPALER. Najbardziej wydumany problem sezonu. Zrobi go Lech Legii, czy nie zrobi. Nie zrobił i – w świetle absurdalnej i długiej dyskusji – bardzo dobrze, że tak się stało. Gest, który w założeniu ma stanowić formę gratulacji dla zwycięzcy, w naszych realiach stał się przede wszystkim okazją do upokorzenia rywala. Słabe to. A sprawa zakończyła się flaszką i listem gratulacyjnym, czyli godnie.

T JAK TUJE. Nawozili je piłkarze Wisły. Franciszek Smuda wydawał się dumny, że jego zawodnicy na treningach wymiotują z wysiłku; uznał wręcz, że dowodzi to słuszności przyjętych obciążeń i stanowi fundament przyszłych sukcesów. Jesienią te metody jeszcze się broniły, bo Wisła grała nadspodziewanie dobrze i umościła się w czołówce tabeli, ale wiosną wszystko się posypało i „Biała Gwiazda” stała się jedną ze słabszych drużyn ligi. Zrzucanie całej winy na zimowe przygotowania byłoby niedorzeczne, przyczyn było wiele, lecz to kolejny sygnał, że warsztat Smudy jest zbyt prymitywny na współczesną piłkę. Lata lecą, nawet w naszej lidze liczą się detale, a u Franza ciągle na wynik mają pracować nos, przypadek i krzyk.

U JAK URBAN. Jeden z wielu markowych polskich trenerów, dla którego w drugiej fazie sezonu zabrakło miejsca w lidze. Na bezrobociu znalazł się też rozpieszczony petrodolarami Maciej Skorża, pracy nie mają też Czesław Michniewicz, Jacek Zieliński, Waldemar Fornalik, o paru dinozaurach już nawet nie wspominając. W Ekstraklasie zrobiło się ciasno, a na innych rynkach polskich fachowców raczej nikt specjalnie nie chce.

V JAK VIKTORIA PILZNO. Wyrzut sumienia i obiekt zazdrości polskich klubów. Skromna czeska drużyna osiągnęła sukces, który od 1996 roku jest poza zasięgiem mistrza Polski – dwa razy awansowała do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wszystko to za mniejsze pieniądze, niż te, które wydają czołowe polskie kluby, z rodzimym trenerem na ławce oraz składem zdominowanym przez Czechów i Słowaków. I to też wcale nie pierwszoligowych, bo tacy są poza finansowym zasięgiem Viktorii. Można? Można. Na pewno wynika to z dobrego planu, konsekwencji i zwykłego szczęścia w jego realizacji. Być może to również efekt tego, że cała liga czeska funkcjonuje na zdrowszych zasadach finansowych niż polska Ekstraklasa. Po prostu wydaje się je mądrzej.

W JAK WINO. Z mętnej wody zrobił je w Chorzowie Jan Kocian, bezwzględnie najlepszy trener minionego sezonu. Słowak przejął Ruch w marnej kondycji – drużyna została w lidze tylko dzięki wycofaniu się Polonii Warszawa i źle zaczęła następne rozgrywki – ale szybko opanował kryzys i rozpoczął marsz w górę tabeli. Trzecie miejsce to wynik zdecydowanie ponad stan. Nie było w tym wszystkim jednak ani cudu, ani cyrkowych sztuczek, tylko solidne rzemiosło – dobra organizacja i dyscyplina w grze, umiejętne wykorzystanie potencjału piłkarzy i nieudolności rywali. Niedługo dobre pewnie się skończy. Ostatnie sezony pokazują, że Ruch musi odchorować sukces – po świetnym roku przychodzi załamanie i dramatyczna walka o utrzymanie.

Z JAK ZAGŁĘBIE. Trudno mówić o jego spadku w kategoriach niespodzianki, bo od dłuższego czasu sprawy szły w tym kierunku. Atmosfera klubu jest trująca, nie sprzyja dobrej grze i rozwojowi. Raczej rozleniwia – piłkarze są przepłacani, zarabiają absurdalnie dużo w stosunku do swoich umiejętności, do pełni szczęścia brakuje im chyba tylko atrakcyjniejszego miasta, a wymaga się od nich bardzo niewiele. Raj dla minimalistów. Może kwarantanna na zapleczu będzie dobrą okazją do oczyszczenia klubu.

Ż JAK ŻALGIRIS. Symbol kolejnych klęsk polskich drużyn w europejskich pucharach. Lech skompromitował się ze słabymi Litwinami, Piast nie dał sobie rady z drużyną z Azerbejdżanu, Śląsk zebrał oklep od Sevilli, a Legia nie awansowała do Ligi Mistrzów i długo nie mogła strzelić gola w Lidze Europy. Na pocieszenie – dużo gorzej już nie będzie. Nie może być. Bartosz Wlaźlak
comments powered by Disqus
facebook