Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 20 marca 2013

A dlaczego nie Leo Messi?

fot. insidespanishfootball.com
Historia, którą skądś już znamy. Będzie sequel?

Większość z nas żyje zapewne w przeświadczeniu o unikatowości własnego żywota. Przekonanie o tym, że mamy kontrolę nad naszym życiem, że jest ono jedyne w swoim rodzaju, umacnia w nas nasza historia. Mamy pewność, że nikt inny nie kroczył tą samą ścieżką, a stając przed podobnymi wyborami nie byłby w stanie wiernie odwzorować naszego procesu myślowego i zadecydować jednakowo. Codziennie zresztą słyszymy o niespotykanych tragediach czy wyjątkowych sukcesach, więc czemu by takim teoriom nie ufać. Co jednak, jeśli nasza egzystencja opiera się na schematach i nawet nasze spontaniczne reakcje czy przytrafiające się nam zdarzenia losowe są z góry przewidziane? Nie wiem, czy wschodząca gwiazda Rayo Vallecano Leo Baptistão ma coś do powiedzenia na ten temat, ale zakładam, że na porównanie z Lionelem Messim się nie obrazi.

Historia filigranowego Argentyńczyka, który dziś zadziwia cały piłkarski świat, już dawno przestała być anonimowa. Od momentu debiutu Messiego w pierwszej drużynie minęło już sporo czasu, a najlepszym symbolem jego upływu jest pękająca w szwach gablota z trofeami La Pulgi. Leonardo Carrilho Baptistão, mimo bycia obiektem zainteresowań takich marek, jak Manchester United czy Atletico Madryt, w świecie wielkiej piłki wciąż jest „panem X”. Podczas gdy snajper Barcelony wkracza w najlepszy dla profesjonalnego piłkarza wiek, zebrawszy na swym koncie niemal wszystkie możliwe laury, obiecujący atakujący Vallecanos stawia dopiero pierwsze kroki w La Liga, o indywidualnych i zespołowych honorach jeszcze nie marząc. Co w takim razie sprowokowało mnie do tego, bym ośmielił się sylwetki obu tych jegomościów porównać? Swoista tożsamość żywotów obu bohaterów. Zagadka z pseudofilozoficznym wstępem rozwiązana.

Buon giorno!


Pierwsze podobieństwa odnajdujemy niemal w aktach urodzenia obu tych chłopaków. Messi to owoc małżeństwa Jorge Messiego i Celii Maríi Cuccitini, potomków włoskich emigrantów, którzy osiedlili się w Argentynie. Choć sam zawodnik nigdy na temat korzeni swej rodziny się nie wypowiadał i w żaden sposób nie okazywał przywiązania do ojczyzny pizzy i spaghetti, to swego czasu świat obiegła sensacyjna wiadomość, że włoska federacja będzie zabiegać o to, by utalentowany zawodnik przywdziewał barwy Squadra Azzurra. Jeśli wierzyć innym plotkom, na włoski rodowód "Atomowej Pchły" swego czasu powoływali się i włodarze Milanu, chcąc skusić późniejszego zdobywcę 4 Złotych Piłek do przeprowadzki na San Siro. Wiarygodność tych rewelacji była jednak zapewne znikoma, a sam Messi do Mediolanu udaje się dziś tylko na zakupy.

Przodkowie rodziny Leo Baptistão także wywodzą się z kraju Verdiego. Włochem był pradziadek zawodnika Franjirrojos i przez hołd dla seniora rodu, skrzydłowy madryckiej drużyny wciąż posługuje się paszportem tego południowoeuropejskiego państwa. Sam Leo przyznaje jednak, że to jest to pokierowane jedynie sentymentem do przodka, a jemu samemu wszystko, co włoskie, jest obce i dużo bliżej mu do Hiszpanii, o której obywatelstwo właśnie się stara. Kto jednak wie, czy wraz z rozkwitem talentu Brazylijczyka pod jego adres nie stawią się przedstawiciele Juventusu, Interu czy Milanu, by swe oferty transferowe motywować faktami genealogicznymi.

Chore początki


Wiedza przeciętnego kibica futbolu na temat schorzenia określanego jako karłowatość przysadkowa prawdopodobnie nigdy nie byłaby tak szeroka, gdyby nie fakt, że dolegliwość ta dotknęła w dzieciństwie małego (sic!) Messiego i niejako związała go z drużyną ze stolicy Katalonii. To właśnie decydenci ze sztabu "Blaugrany" postanowili zaryzykować i sfinansować leczenie chłopca, ufając jednocześnie zapewnieniom, że Leo to talent czystej wody i jeśli tylko da mu się szansę, by dorastał jak reszta rówieśników, korzyści będą ogromne. Historia o Carlosu Rexachu i serwetce, na której spisano pierwszy kontrakt Argentyńczyka, już dawno przestała być ciekawostką. Nie był to jednak koniec kłopotów Messiego na początku jego przygody z nowym klubem. Z czasem okazało się, że finalizacja jego transferu wiąże się z większymi zawiłościami natury formalnej, aniżeli mogło się to wydawać ówczesnemu dyrektorowi sportowemu "Blaugrany", kiedy kaligrafował na skrawku papieru niezbędne składniki pierwszego kontraktu przyszłego gwiazdora. Te komplikacje oraz nękające młody talent urazy sprawiły, że pierwsze miesiące Lionela w Katalonii dalekie były od sielanki. Sytuacji nie ułatwiała rozłąka z rodziną – do Hiszpanii wraz z młodym zawodnikiem udał się początkowo jedynie jego ojciec, który czuwał nad interesami syna, by wkrótce naturalną koleją rzeczy stać się jego menadżerem.

Lekko nie miał także drugi z naszych bohaterów. Choć do hiszpańskiej stolicy trafił mając już poważne 16 lat na karku (a więc o 3 więcej od "La Pulgi") i prawdopodobnie w dobrej kondycji fizycznej, to pierwsze przeciwności losu czekały tuż za rogiem. Już w inauguracyjnym sezonie zdiagnozowano u niego żółtaczkę, co zmusiło go do powrotu do ojczyzny, gdzie dochodził do zdrowia pod czujnym okiem ojca-lekarza. Uporawszy się z przykrymi dolegliwościami, spakował bagaże, by ruszyć z powrotem do Europy. Tam jednak z nowymi wyzwaniami czekał już na niego aparat biurokratyczny. Mocą decyzji Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej zawodnik został wypożyczony do CD San Fernando de Henares, jako że przepisy rzekomo zakazywały mu wówczas gry dla Rayo. W lipcu 2011 roku wydawało się jednak, że wszystko jest już na najlepszej drodze do tego, by Brazylijczyk rozpoczął walkę o miejsce w pierwszej drużynie. Wtedy to pod okiem trenera José Ramóna Sandovala rozpoczął pretemporadę, mając zdobywać pierwsze szlify w poważnym futbolu. Pomóc miał w tym trening u boku m.in. obecnego gwiazdora Premier League Michu, czy „dobrego” znajomego Blaugrany – Raula Tamudo. Pech nie chciał jednak opuścić młodego atakującego. Na ostatniej prostej przygotowań do sezonu skrzydłowy złamał obojczyk, co zmusiło go do czteromiesięcznego rozbratu z futbolem. Jakby tego było mało, w pierwszym meczu po powrocie doznał identycznego urazu, co wydłużyło jego absencję w zasadzie do końca sezonu. W międzyczasie dotknęła go śmierć kuzyna, jedynej bliskiej osoby, która towarzyszyła mu podczas pobytu w Hiszpanii. Jak sam dziś przyznaje, to był moment, gdy chciał zawiesić piłkarskie obuwie na kołku – znajdował się w kiepskiej kondycji psychicznej, a wskutek permanentnych urazów, które unieruchamiały go na długi czas, pojawiły się problemy z utrzymaniem właściwej wagi. Gdyby ktoś przepowiedział mu w tamtym okresie, że wkrótce będzie gorącym towarem na rynku transferowym, zapewne by nie uwierzył, bo zdrowego rozsądku mu nie brak.

Wdzięczność


Naszych bohaterów łączy przede wszystkim upór. Bez niego początkowo napotkane na ich drodze problemy być może okazałyby się przeszkodami z gatunku tych nie do przeskoczenia. Niejeden małej wiary człowiek w analogicznej sytuacji by się załamał i nie kontynuował swojej drogi na szczyt, a decyzja taka zyskałaby akceptację otoczenia. Jednak Messi i Baptistão wyszli najprawdopodobniej z założenia, że nadane im imiona zobowiązują i walczą jak na lwy przystało. W tej walce nie pozostają jednak osamotnieni, a za okazane im wsparcie potrafią odwzajemnić się lojalnością.

Obaj podkreślają wartość wsparcia, jakie otrzymali od zespołu w trudnych chwilach. Messi, by dać wyraz swoim uczuciom, zobowiązał się Barcelony nie zamienić na żadną inną drużynę w Europie (bo na starość planuje jeszcze pokopać dla Newell's Old Boys, w którym zaczynał przygodę z piłką). Baptistão tak daleko ze swymi obietnicami nie wybiega, czego jednak zarząd drużyny nie ma mu za złe. Od kiedy pojawił się w Madrycie, nikt w klubie nie wątpił, że jego umiejętności pozwolą mu zajść daleko i dziś, gdy wreszcie daje świadectwo, że pokładane w nim nadzieje nie były płonne, wszyscy zdają sobie sprawę, że czas na kolejny krok i jego dni na Vallecas są policzone. Brazylijczyk nie ucieka jednak z klubu z prędkością, z jaką zwykł urywać się w trakcie spotkań obrońcom. Gdy w zimowym okienku transferowym łączono go z drużynami, przy których Rayo ma status kopciuszka, on w wywiadach spokojnie odpowiadał dziennikarzom Jestem bardzo szczęśliwy grając w Rayo i fani mogą być spokojni. Nie odejdę w styczniu. Mam wielki dług wdzięczności w stosunku do klubu. To gdzie jestem dziś zawdzięczam ich wsparciu.

Niczym mogłaby się jednak okazać pomoc wspomnianych wyżej instytucji, gdyby nie obecność w życiu każdego z graczy wyjątkowych osób, które swą bezinteresowną postawą sprawiły, że dziś obu tych zawodników postrzegamy jako osoby ponadprzeciętne w swej dziedzinie. Możliwość śledzenia losów Messiego-piłkarza zawdzięczamy zapewne jego babci, która podarowała wnukowi pierwszą futbolówkę i zaprowadziła wnuka na trening. Wymowny gest wzniesionych ku górze rąk, jaki Argentyńczyk wykonuje po niemal każdym trafieniu, to właśnie hołd dla kobiety, która pozwoliła mu w tak młodym wieku znaleźć sposób na bycie szczęśliwym. Dla Leo Baptistão tym kimś, bez kogo nie byłby obecnie jednym z największych talentów w La Liga, jest wspomniany kuzyn, towarzysz zawodnika Rayo podczas pierwszych miesięcy w Hiszpanii. Rewelacyjny występ w debiutanckim dla siebie meczu z Betisem, w którym niemal w pojedynkę rozprawił się z rywalem, notując asystę i strzelając decydującego gola, zadedykował zaraz po spotkaniu zmarłemu krewnemu.

Co więcej?


W przypadku zawodnika Azulgrany pytanie o granice jego możliwości pojawia się za każdym razem, gdy ten mierzy się z jakimś nieprawdopodobnym rekordem, rozprawia się z nim i ustanawia własny, absolutnie kosmiczny wynik. Niedawno strzelał 50 goli w lidze, potem bił rekord Gerda Müllera, dziś notuje kolejne z rzędu mecze z trafieniem w lidze, a wkrótce być może pokusi się o atak na osiągnięcie Dixiego Deana. Określanie prawdopodobnego kierunku rozwoju tego wybitnego goleadora dawno przestało mieć sens.

Jeśli chodzi o Leo Baptistão, wariantów jest kilka, ale żaden z nich nie zakłada, że ten obiecujący młodzieniec będzie gwiazdą jednego sezonu. Pochodzący z kraju kawy zawodnik już dziś ma wszystkie cechy pożądane u zawodników przednich formacji. Szybkość, dobry drybling, potężne uderzenie, ułożoną stopę, niezłą grę głową, piłkarską inteligencję, uniwersalność (może grać zarówno jako skrzydłowy, jak i w roli fałszywej „9”). Z tak szerokim wachlarzem umiejętności poradzi sobie w każdym klubie, niezależnie od tego, czy przyjdzie mu przenieść się na Wyspy, czy spróbuje swych sił w którymś z klubów ścisłej czołówki La Liga. Wieść niesie, że w związku z uzyskaniem hiszpańskiego obywatelstwa, miejsce w kadrze młodzieżowej szykuje dla niego Julen Lopetegui (skądinąd były piłkarz i trener Rayo). Sam zawodnik swojej gry dla La Furia Roja nigdy nie wykluczył, a gdyby w przyszłości przebił się do dorosłej reprezentacji, mógłby być w niej idealnym rozwiązaniem na pozycji, na której Del Bosque testował ostatnimi czasy Pedro czy Fabregasa.

Porównanie nowego talentu rodem z hiszpańskich boisk z jednym z dwóch największych gwiazdorów Primera Division jest śmiałe, ale niech sam tytuł, nawiązujący do słynnej wypowiedzi z magazynu "Cafe Futbol", zasugeruje, że poczynione z przymrużeniem oka. Przy ocenie piłkarskich umiejętności obu tych zawodników, w żadnym z aspektów ich póki co nie zrównuję, więc psychofani argentyńskiego mikrusa mogą spać spokojnie. Paralele w ich życiowych losach są jednak aż nadto widoczne i skoro jednego podobne doświadczenia zaprowadziły (wraz z niemałym talentem) tak daleko, to drugi też ma szanse na poważną karierę. Może już wkrótce w dobrym tonie będzie wiedzieć, kim jest Leo Baptistão.

Marcin Serocki Marcin Serocki
comments powered by Disqus
facebook