Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
niedziela, 7 lipca 2013

Zapomniany książę Bawarii

fot. bundesliga.de
Franz Beckenbauer śpiewał kiedyś, że nikt nie może rozdzielić przyjaciół, a oni nigdy nie zostają sami. Miał rację. Zmuszonego do zawieszenia butów na kołku Uliego Hoeneßa uczyniono najmłodszym dyrektorem sportowym w historii Bundesligi, Gerda Müllera boiskowi koledzy wyciągnęli z alkoholizmu, a pracownicy klubu, od zarządu, przez pion szkoleniowy aż po sprzedawców pamiątek, to w większości byli piłkarze Bayernu. „Cesarz” nie przewidział tylko jednego: niektórzy po prostu wolą zostać wyautowani.

Właśnie takim odludkiem jest Roland Wohlfarth, czyli najjaśniejsza postać ataku monachijskiego giganta w latach 80., a jednocześnie trzeci najlepszy strzelec w klubowej historii. Więcej goli w czerwonej koszulce zdobyli tylko legendarni Karl-Heinz Rummenigge i Gerd Müller. W przeciwieństwie do tej dwójki Wohlfartha próżno jednak obecnie szukać w świetle reflektorów. Gdy po 19 latach zawodowego kopania rzucił korki w kąt, całkowicie odciął się od piłki, choć doskonale zdaje sobie sprawę, że ze swoim nazwiskiem mógłby spróbować sił na ławce trenerskiej. Ale on z futbolem nie chce mieć nic wspólnego. Jego kontakt z przeszłością ogranicza się jedynie do towarzyszenia synowi w codziennych treningach, a kariera idealnie pokazuje, jak życie potrafi być przewrotne: im bardziej próbujesz stać na uboczu, tym bardziej ono wypycha cię w centrum wydarzeń.

Człowiek o dwóch twarzach

Do Monachium Wohlfarth trafił jako świeżo upieczony król strzelców zaplecza Bundesligi i miał zastąpić oddanego do Interu Rummeniggego. Mimo silnej konkurencji w ataku, momentalnie wywalczył sobie miejsce w jedenastce i został pierwszą armatą zespołu. Ale boiskowa kreacja przesłaniała jego prawdziwą naturę. Poza stadionem był bowiem cichy i spokojny, jak ognia unikał mediów, rzadko wchodził w jakiekolwiek dialogi, a na pytania odpowiadał zdawkowo. Typowy introwertyk. Taka postawa nie podobała się m.in. starszemu z braci Hoeneßów, nestorowi kiełkującego "FC Hollywood", który raz po raz brał chłopaka na słowo i zachęcał do większej integracji. Wszelkie próby nagabywania spełzły jednak na niczym, a dyrektor sportowy usłyszał tylko, by pozwolił Wohlfarthowi być, kim jest.

A ten zupełnie się nie zmieniał. W szatni wciąż nieobecny, za to na murawie taśmowo pakował piłkę do siatki. Poprowadził Bayern do pięciu tytułów mistrzowskich, a w pojedynkę przesądzał o losach kluczowych dla klubu spotkań.

Nawet wtedy, kiedy bywał skreślany. W końcówce sezonu 88/89 myślał nawet o zakończeniu kariery, ale pomógł mu Heynckes. Najpierw opiekun odparł ataki w telewizyjnym starciu z Daumem, a później postawił na Wolhfartha w kluczowym meczu w Kolonii, choć ten nie trafiał do bramki rywali od ponad sześciu tygodni.

W Kolonii książę w pojedynkę przesądził o tytule. Wbił trzy gole i nie dał gospodarzom żadnych nadziei na marzenia o mistrzowskiej fecie. Koncert u "Kozłów" nie doczekał się jednak bisów. Na boisku Wohlfarth już po prostu nie błyszczał. A poza nim zaczął się zjazd.

W piłkarskim raju

Wylądował we Francji, w Saint Étienne. Podczas tego wypadu snajper niczego nie odmawiał. Ani alkoholu do każdego posiłku, coraz mocniej wpływającego na jego budowę, ani strzelania kolejnych bramek, ani też znakomitej francuskiego kuchni, w końcu zawsze miał zamiłowanie do dobrego jedzenia.

Mimo znakomitej passy nad lazurowym wybrzeżem (20 bramek w ciągu półtora roku), Wohlfarth szybko zatęsknił za domem. Bochum miał ratować przed spadkiem, ale po powrocie do kraju nie trafił ani razu. Przykuwał uwagę, ale nie boiskowymi popisami, a wagą. Najpierw tłumaczył się kiepską przemianą materii, później słabością do podjadania, aż jego posturą zainteresowały się władze ligowe. Ówczesny trener, Klaus Toppmöller mówił, że to głupota, a jego snajper postradał zmysły, ale wyniki testu były bezlitosne. Wohlfarth, próbując zrzucić wagę, sięgnął po niedozwolone środki. Wydział dyscyplinarny zawiesił go na osiem tygodni, a dodatkowo dorzucił też karę pieniężną. Na dopingu wpadł jako pierwszy zawodnik w historii ligi, oczywiście tłumacząc się później, że nie znał składu suplementu.

Życie po życiu

Niedoszła gwiazda Wohlfartha bledła w oczach, choć wydawało się, że będzie świecić przez lata. W Monachium takiego snajpera nie widziano od czasów Müllera, ale jego talent przemykał gdzieś na uboczach posuchy w europejskich pucharach. Dość powiedzieć, że ani Élber, ani Klinsmann, ani Gómez, nie strzelili dla Bawarczyków tyle goli co Wohlfarth, ale w przeciwieństwie do Niemca zdołali poprowadzić klub do wygranej w Europie.

Półtorej setki goli w barwach Bayernu, jednak w reprezentacji kariery nie zrobił. Völler? Klinsmann? Riedle? Towarzystwo silne, ale na pewno do prześcignięcia. Do tego potrzeba było jednak chęci, których napastnikowi Bayernu brakowało. To nie mój świat - mówił. Nie bez znaczenia były też długie podróże, które go po prostu męczyły.

Zamiast wojaży i walki o plac w kadrze wolał odpoczynek w umiłowanym Bocholt, gdzie obecnie o dawnej sławie nikt już nie pamięta. Roland Wohlfarth, trzeci najlepszy strzelec w historii największego niemieckiego klubu, żyje jak gdyby piłki nigdy nie kopał.

Blasku brak, jest za to cień

Gwiazdą jest tylko w lokalnym sklepie, żyje w spokoju z rodziną i pracuje jako kierownik budowy rodzinnym miasteczku. Jak sam mówi, nie wie, czy mógłby żyć inaczej. Choć na Allianz Arena byli piłkarze są zawsze witani z otwartymi ramionami, on pozostaje w cieniu. Tak jak przez całą swoją karierę.

Dwie szanse, jeden gol. To nazywam stuprocentową skutecznością - brzmiała jego dewiza. Na murawie szanse wykorzystywał bezwzględnie, na szansę życia w blasku chyba cały czas czeka. Albo i nie. Gdy Bayern na majową mistrzowską fetę zaprosił wszystkie byłe gwiazdy, nawet te żyjące w niezbyt dobrych stosunkach z Hoeneßem i spółką, jego oczywiście zabrakło. Choć karierę zakończył trzynaście lat temu, udzielił zaledwie kilka wywiadów. W niemieckich mediach futbolowych "gwiazd" jest cała masa, "antygwiazda" tylko jedna. Może dlatego żyje teraz z dala od kamer. A może, zupełnie jak w przeszłości, błyszczenie Wohlfarth cały czas uważa za przereklamowane. Marcin Olton
comments powered by Disqus
facebook