Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
środa, 16 lipca 2014

Z czym do Ligi Mistrzów?

fot. goal.com
Legia rusza w bój o Ligę Mistrzów. Pytanie tylko, na ile warszawska drużyna jest faktycznie zdeterminowana, by awansować do tych elitarnych rozgrywek?

„Kończy się mundial, ale nowych piłkarskich emocji już w środę dostarczy nam Legia walcząca o awans do Champions League” – raczył w poniedziałek zapowiedzieć dziarskim tonem dziennikarz w TVP. Pół żartem, pół serio, bo polski futbol to nie od dziś produkt piłkarskopodobny. Za kawał uznał to nawet jeden z ekspertów w studiu podsumowującym mundial - głośno się zaśmiał i nastała chwilowa głupia cisza. Tyle. Tyle nam zostało po 18 latach czekania na hymn Ligi Mistrzów nad Wisłą: brak nadziei i słabe żarciki. Czy deklasująca na krajowym podwórku rywali Legia Henninga Berga zapisze wreszcie nowy rozdział w historii naszego piłki?

Gdyby patrzeć jedynie przez pryzmat jej występów w Ekstraklasie, można byłoby być optymistą. Czy bez podziału punktów, czy z podziałem, ekipa z Łazienkowskiej nikomu nawet przez chwilę nie pozostawiła złudzeń, kto jest obecnie najlepszy w Polsce. Poprawnie zarządzana i bogata (jak na nasze warunki), z szeroką kadrą, z dużego, prężnie rozwijającego się miasta. To wiemy o Legii. Tylko, że to co starcza u nas, nie od dziś jest kroplą w morzu potrzeb na arenie międzynarodowej. W jaki więc sposób nowi właściciele klubu z Łazienkowskiej chcą sprawić, by ich drużyna przełamała fatalną passę?

Spójrzmy na fakty. Legia to jeden z nielicznych w ostatnich latach mistrzów Polski, który dotychczas (podkreślmy: dotychczas, stan na 16.07.2014) nie osłabił się przed eliminacjami do LM. To już swoiste novum, być może zapowiedź lepszego jutra. Powiew normalności, za który należy bić brawa. Nieważne, czy nikt poważny nie chciał 30-letniego Radovicia albo grającego pierwszą dobrą rundę od lat Żyry. Liczy się to, że zostali. Henning Berg nie musi latem dokonywać totalnej rewolucji kadrowej. Może kontynuować swoją pracę z tymi, których miał już wiosną.

Starzy zostali, a co z nowymi? Ano tu już wygląda krucho. Brazylijczyk Ronan, Arkadiusz Piech, Igor Lewczuk i Mateusz Szwoch to dotychczas jedyni, którzy latem 2014 roku przybyli na Łazienkowską. W kontekście walki o ligowe laury - wzmocnienia niczego sobie. W kontekście europejskich bojów - zdecydowanie niewystarczające. Szwoch jeszcze przed chwilą grał w pierwszej lidze, a już ma decydować o obliczu drużyny w Europie? Ciężko w to wierzyć, potrzebuje czasu. Lewczuk nawet w najwyżej życiowej formie jest jedynie alternatywą czy to na bokach obrony, czy na środku defensywny. Piech? Zanotował na pewno nie lada awans sportowy: od spadku z Zagłębiem do drużyny mistrza Polski. Jednak jego transfer również można postrzegać jedynie w kategoriach wzmocnienia ławki czy patrząc ku ekstraklasowej rzeczywistości. Nawet jeśli odzyska formę i przestanie tak koncertowo partolić okazje, jak to miał w zwyczaju czynić w Lubinie. Hierarchia napastników w Legii Berga zdaje się przedstawiać tak:

1. Radović
2. Duda
3. Saganowski
4. Sa
5. Piech
6. Kucharczyk
7. Żyro

O Ronanie ciężko w tej chwili cokolwiek powiedzieć. Kolejny po Alanie, Augusto czy Guilherme – podobno zdolny – przybysz z Ameryki Południowej. Jedyne, co w tej chwili jest pewne: kłopoty zdrowotne go nie omijają, a w Brazylii furory nie zrobił i nie dostawał zbyt wielu szans. Chelsea? Dajmy spokój, ona zapewnia sobie prawa do wielu piłkarzy, ale ten nawet przez moment nie był nawet bliski Stamford Bridge.

Ronan ma być alternatywą dla 32-letniego Tomasza Brzyskiego. Przyzwoitego, zwłaszcza w ofensywie, ale ograniczonego. Komuś, kto nigdy wcześniej nie musiał grywać spotkań co 3 dni, ciężko nagle się przestawić na taki tryb. Zwłaszcza, jeśli jest już po trzydziestce. Brzyski zapewne nie będzie miał jednak wyjścia. Konkurenta na lewej obronie jak nie miał, tak nie ma. Łatwo było zimą tego roku pozbyć się Kuby Wawrzyniaka – trudniej jednak znaleźć następcę dla byłego/aktualnego reprezentanta Polski. Wawrzyniaka nie ma, Ronan niegotowy, Bereszyński niech lepiej nauczy się grać na prawej, zanim przestawi się go na lewą. Szykuje się letnio-jesienny maraton dla Brzyskiego.

Trzy uzupełnienia, w tym jedna totalna niewiadoma – tak wygląda polityka transferowa Legii przed eliminacjami LM. Szału nie ma. Ktoś z boku mógłby powiedzieć, że jego ulubionym słowem opisującym tę sytuację jest „minimalizm”. Tylko czy z takim podejściem Legia może awansować do Champions League? A czy na pewno chce za wszelką cenę?

Brak ryzyka jest aż nader widoczny. Właściciele Legii powtarzają: „Spokojnie, poczekajmy. Zobaczymy, z kim dalej zagramy, jak potoczą się eliminacje”. Gołym okiem widać, że na Łazienkowskiej nie ma parcia na awans. Uda się, nie uda, jedziemy dalej. Najważniejszym realnym celem jest chyba zbieranie punktów w Lidze Europy. Jak na takie podejście zareagują kibice?

Typowy problem hazardzisty się tu kłania: postawić czy nie postawić. Można oczywiście znaleźć mnóstwo przykładów na to, że same pieniądze i drogie transfery sukcesów nie zapewniają. Jasne, że nie. Ale też czy nie zwiększają prawdopodobieństwa? Z kolei o tą wywołaną do tablicy LE też może nie być tak łatwo. Już w 3 rundzie eliminacji LM na Legię czeka jeden z groźnych rywali: FC Salzburg, Steaua Bukareszt, APÓEL Nikozja, Celtic FC, BATE Borysów, AC Sparta Praga, Dinamo Zagrzeb, Łudogorec Razgrad, Maccabi Tel Awiw lub Sheriff Tiraspol. A ewentualne odpadnięcie w tej rundzie sprawia, że o europejskie rozgrywki drugiej kategorii trzeba się bić jeszcze w 4 rundzie eliminacyjnej Ligi Europy. Bez wyraźnych wzmocnień może być więc trudno nie tylko o LM, ale i o LE.

Legia cierpi z powodu niskiego współczynnika punktów. Nikt w klubie nie chce więc wydawać na realnego wzmocnienia, dopóki aż tak nikłe są szanse na awans. Jeden powie: kto nie ryzykuje, ten traci, w sporcie trzeba czasem zaryzykować. Drugi powie: Viktoria Pilzno czy Żlina też nie szastały kasą, a jednak spokojnie się rozwijając dobrnęły swego. Historia pokaże, która droga w przypadku Legii Warszawa była słuszniejsza. Nurtuje mnie jednak jeszcze jedna kwestia - jeśli warszawski zespół przejdzie 2 rundę do Champions Leauge (innej możliwości chyba nie ma?) i dostanie potencjalnie „przyjemnego” przeciwnika w 3 rundzie, taki np. Sheriff czy Maccabi, to co dalej z transferami?

Z zapowiedzi i wypowiedzi działaczy należałoby wnioskować prosty ciąg myślowy: Legia ma gotowe, wynegocjowane umowy z poszczególnymi piłkarzami i jeśli tylko będzie wiedziała, że są realne szanse na awans do LM, to sięga po tego i tego. Tu rodzą się jednak dwa pytania. Po pierwsze, dlaczego ktokolwiek poważny w Europie miałby czekać na to, czy Legia go zechce, czy nie? Czy już będzie wiedziała, o co mierzy w tym sezonie, a o co nie? Po drugie, ściągnięcie zawodnika na tydzień czy nawet dwa przed spotkaniami 3 lub 4 rundy Ligi Mistrzów nie brzmi najlepiej. Orlando Sa też miał przychodzić na gotowe, jako zawodnik w formie, w trakcie sezonu, a wyszło jak wyszło. „Dobrzy piłkarze nie potrzebują dużo czasu na zgranie” to slogan, a nie zasada. Choćby taki Luka Modrić potrzebował roku, by stać się wiodącym ogniwem Realu Madryt. A do Legii nie przyjdzie przecież Modrić, ale ktoś o 3-4 klasy gorszy.

Czy bez gwiazd można awansować do Ligi Mistrzów? Pewnie tak. Czy tak jest łatwiej? Tu zdania są podzielone. Na tę chwilę Legia nie bardzo ma kim straszyć w walce o piłkarskie marzenia w Europie. W lidze grała atakiem złożonym z dwóch pomocników: Radovicia i Dudy. Do tego dorzućmy Żyro, Koseckiego, Kucharczyka, Saganowskiego i Sa. Największą siłą Legii mają być chyba zgranie i pewne „automatyzmy” wpajane przez norweskiego szkoleniowca od kilku miesięcy. Tylko czy to wystarczy? Czy, tak jak na brazylijskim mundialu, kluczowa okaże się drużyna, a nie pojedyncze gwiazdy nawet quasi-europejskiego formatu, których w drużynie nie ma? Nie uchodzi przecież za taką 30-letni Radović. Serb od lat nie wystawił nosa poza polską ligę i prędzej może liczyć na powołania do kadry Polski niż swojej rodzimej.

Nadmierne kalkulowanie, brak ryzyka, minimalizm – to zarzuca się Legii w przeddzień batalii o LM. Złośliwi dorzucą jeszcze, że skoro członek pionu skautingowego drużyny w czasie okna transferowego ma czas na przyjmowanie roli mundialowego eksperta TVP, to sygnał wydaje się jasny. Na Łazienkowskiej nikt nie sparafrazuje Jana Rokity z sejmowej mównicy i nie krzyknie: „Liga Mistrzów albo śmierć”. Z drugiej strony Legia jako jeden z nielicznych w ostatnich latach naszych mistrzów nie wyprzedała się i nie napina się na awans. Może więc w tym spokoju jest metoda?

Dominik Senkowski
comments powered by Disqus
facebook