Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
czwartek, 19 czerwca 2014

Xavi wchodzi do dziadka

foto: goal.com
Był symbolem Hiszpanii i Barcelony, a dziś ogląda największą porażkę reprezentacji z ławki rezerwowych. Jeśli odejdzie z klubu, może pożegnać się z europejskim futbolem.

Hiszpania nie obroni tytułu mistrza świata. W drugim meczu fazy grupowej przegrała 0:2 z Chile. Przeciwnicy byli szybsi, bardziej agresywni i skuteczni. Byli lepsi. Dla La Furia Roja porażka jest tym bardziej bolesna, że pokonał ją zespół prezentujący piłkę z tego samego podwórka – z wymiennością pozycji i pressingiem. „Po sześciu latach, tiki-taka już ostatecznie nie żyje” - ogłoszono.

Kolejny etap ewolucji

Iker Casillas i Xavi do środowego wieczora rozegrali w kadrze Hiszpanii w sumie 288 spotkania. Po meczu z Chile – 289. Wystąpił tylko jeden z nich, ten pierwszy. Pomocnik Barcelony cały mecz spędził na ławce rezerwowych, po raz pierwszy oglądał z zewnątrz jak przegrywa jego zespół. Każdą wcześniejszą śmierć tiki-taki Xavi widział z bliska. Tę z Bayernem w Monachium i Barcelonie, tę z Brazylią w Pucharze Konfederacji. Tę z Atletico i tę z Realem.

Jest taki rysunek obrazujący ewolucję futbolu totalnego. Rinus Michels tłumaczy taktykę Johanowi Cruyffowi, ten z kolei Pepowi Guardioli. A kataloński trener – Xaviemu. To właśnie ten niski pomocnik był uosobieniem tego, czym była Barcelona przez ostatnie lata, a chwilę później także reprezentacja Hiszpanii.

Gdy wice-kapitan La Furia Roja dowiedział się, że jego trenerem będzie Guardiola, miał wykrzyczeć: „ależ my będziemy latać!”. Czuł podskórnie, że jego zespół będzie grał futbol jak na owe czasy nieziemski. Że najpierw Barcelona zdominuje Manchester United, później powtórzy tę sztukę dwa lata później i zrobi coś, czego inny zespół wcześniej nie robił – w jednej edycji Ligi Mistrzów nie tylko najdłużej będzie przy piłce, ale także najwięcej za nią będzie gonić. To była maszynka podająco-pressująca. Żadnego meczu się nie bała.

Janus Xavi

Media ukazały dwie twarze Xaviego. Jedną, wygrywającą, gdy zamieniał się w apostoła filozofii piłkarskiej i dzielił się swoim romantyzmem. To było naiwne, ale porywające jednocześnie. - Najlepsze ćwiczenie to gra w dziadka. Jak stracisz, trafiasz do kółeczka. Pum-pum-pum-pum, zawsze bez przyjęcia. A jak jesteś w kółeczku, wszyscy się z ciebie nabijają. Lepiej nie być w kółeczku – mówił w wywiadzie dla „Guardiana” (za książką „Futbol jest okrutny” Michała Okońskiego).



Był też Xavi przegrywający. - Wolę zmarnować sytuację niż źle podać – mówił. Kompromitacją były też słowa po przegranym dwumeczu z Bayernem (0:7). - Mieliśmy więcej posiadania piłki, oni nie kontrolowali meczu. Jeśli ktoś popatrzy tylko na wynik, to nie zobaczy całości – powiedział. A takich wypowiedzi było więcej.

Ani razu nie było jednak Xaviego nieobecnego. Dla 34-letniego pomocnika mógł to być już ostatni mundial. Dan Petrescu powiedział niedawno, że Xavi podpisał już przedwstępną umowę z Al-Arabi (Rumun trenuje ten zespół). Czy metronom reprezentacji i Barcelony może się już żegnać z futbolem na najwyższym poziomie? Jeśli tak, robi to siedząc w ciszy, patrząc z niedowierzaniem na to, co się dzieje.

Zupełnie tak, gdyby był właśnie w środku dziadka.

Zanim tam trafił, był jednym z bardziej eksploatowanych zawodników ostatnich ośmiu lat. W tym czasie rozegrał 504 mecze. Adorowany dziś Andrea Pirlo – 404. Średnio Xavi rozgrywał więc w każdym sezonie 13 spotkań więcej. Ostatnio widać to było po nim i po jego zespołach. Nie da się grać z taką samą intensywnością przez tak długi czas. Kiedyś musi nastąpić koniec.

A dla Hiszpanii i Barcelony nastaje nowa era. Tiki-takę trzeba dostosować do ery post-Xavi. Jacek Staszak
comments powered by Disqus
facebook