Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 19 kwietnia 2014

Wszystkie kompromisy Moyesa

foto: skysports.com
Tak wiele powstało artykułów, tak wiele zadano pytań i tak niewiele dobrego o nim powiedziano - i chociaż w ostatnich tygodniach z kilku powodów Davida Moyesa jest po prostu mniej w mediach, tak powrót na Goodison Park jest kolejnym przystankiem, którego Szkot wolałby uniknąć. Ze smutkiem w głosie mówił na przedmeczowej konferencji, że nie oczekuje gorącego przywitania od kibiców, którzy w ostatniej dekadzie nie szczędzili mu braw i pochwał.

Powodów jest kilka - próby wyciągnięcia swoich byłych piłkarzy, kilka niefortunnych wypowiedzi - ale chyba najgorszym świadectwem są obecne wyniki Evertonu, styl gry i słowa np. Leightona Bainesa, które przeczytać można w sobotniej prasie.

- To jest dwóch zupełnie różnych menedżerów, pod każdym względem - powiedział lewy obrońca Evertonu i reprezentacji Anglii. Jednak komplementując swojego obecnego menedżera Baines najwięcej powiedział o Moyesie. Kim Szkot nie jest? Kimś z własną filozofią futbolu, której nie podda pod żadnymi warunkami, której będzie się trzymał i doskonalił, wpajał w drużynę na każdym treningu. Także osobą z ambicją gry w Lidze Mistrzów od której nie ucieka zastrzeżeniami o budżecie czy trudniejszych pierwszych miesiącach sezonu, jak to zwykle bywało w przypadku Evertonu Moyesa.

Jakim menedżerem jest więc David Moyes? - To wojownik, który nie podda się niezależnie od sytuacji - powiedział Baines. Oszczędnie, ale i tak wyraźnie pokazując, że aspektów taktycznych, dotyczących trzymania się jednego stylu, filozofii u Moyesa nie ma i nie było. Jest "walczakiem", osobą od motywowania, nadawania wiary pojedynczym piłkarzom - także Bainesowi - ale Szkot po prostu zbyt często idzie na futbolowy kompromis.

Goniąc wynik ustawiał w ataku Fellainiego, przenosząc ciężar rozegrania ze środka pola czy skrzydeł na środek obrony i bramkarza, którzy posyłali długie piłki na wysokiego Belga. Podobnie jest teraz w Manchesterze United, chociaż raczej z szukaniem dośrodkowań, a nie jeszcze bardziej ograniczonych sposobów gry. Kompromisem były też wskazania na niedostatki Evertonu, gdy temu znowu brakowało jednego miesiąca dobrej i stabilnej formy, by włączyć się do walki o Ligę Mistrzów - budżet, krótka ławka, terminarz, słyszeliśmy to wielokrotnie.

Kolejnym kompromisem Davida Moyesa z samym sobą były jego słowa o postępie Evertonu w tym sezonie. Dla niego oczywisty i podparty pracą, którą on nadzorował w ostatnich latach, ale przez innych zbyt radykalny, zbyt odmienny od charakterystyki jego zespołu, by mówić o podobieństwie. W kilka miesięcy Roberto Martinez stworzył zespół nie tylko naprawdę atakujący czy - używając piłkarskiej nowomowy - "proaktywny", ale też właśnie nie znający kompromisu we wdrażaniu tego stylu. Moyesowi zdarzało się tworzyć na Goodison Park zalążek czegoś wyjątkowego, lecz jego niepewność podsumowują właśnie słowa Bainesa - gdy Everton Szkota miał problemy, on z pełną powagą mówił o potrzebie walki. Roberto Martinez zachęca swoich piłkarzy, by dalej grali to, co stara się im wpoić na treningach.

Kompromis? Everton Moyesa wiedział doskonale o co chodzi. Była to odwaga kontrolowana, nieprzesadna i objawiająca się w słowach - lepiej mieć punkt niż nie zdobyć żadnego w efekcie rzucenia się na pełną pulę. Zwłaszcza na wyjazdach, zwłaszcza przeciwko większym rywalom. W poprzednim sezonie Everton zaliczył piętnaście remisów, w tym ma sześć mniej. Od 2006 roku drużynie Moyesa tylko dwa razy udało się w mniejszej liczbie meczów dzielić punktami niż w tym sezonie. I jeszcze jedno klarowne porównanie - Everton kolejnych meczów najwięcej wygrał przed rokiem trzy, u Martineza najdłuższa taka seria to siedem meczów z rzędu.

Gdzie jest teraz Manchester United? Tam, gdzie Everton na początku kariery Moyesa - starając się nauczyć tego kompromisu, ale częściej przegrywając, tracąc na takiej taktyce. Choćby przez wzgląd na to, że jest to radykalna odmiana od tego, jak Sir Alex Ferguson mentalnie nastawiał swój zespół - czy to przed meczem, czy to na same jego końcówki. Liczby nie kłamią - czy to pokazujące, jak rekordowo beznadziejny jest to sezon Manchesteru United w Premier League, czy, analogicznie, jak świetny Evertonu.

Prawdopodobnie w wyborze Fergusona najgorszy był ten brak rozpoznania strachu Moyesa przed porażką. Jak słusznie napisał jeden z angielskich dziennikarzy w ostatnich tygodniach, nawet gdy obecny menedżer United wspominał moment w którym dowiedział się o swoim "awansie", opisywane uczucia były bliższe obawom, przerażeniu - jak Ferguson przyjmie jego ubiór, którego z piłkarzy chce mu zabrać... - a nie ekscytacji. Mówiąc o tym wyzwaniu Moyes użył słowa "daunting" - tyleż pokazującego skalę trudności, co mającego wydźwięk negatywny. W wolnym tłumaczeniu można je zrozumieć jako "trudne", ale też "zniechęcające" czy "zastraszające"...

To jednak nie jest kolejny tekst o Davidzie Moyesie. To nie jest kolejna analiza jego niedoskonałości, jego fatalnego sezonu w Premier League. Raczej są to poszukiwania wytłumaczenia różnicy, która pewnie będzie widoczna jutro na Goodison Park. Różnicy, której nie dostrzegł Ferguson, a którą powinien wziąć pod uwagę wyznaczając swojego następcę. Kogoś na swoje podobieństwo pod względem niechęci do zawierania piłkarskich kompromisów. Kogoś takiego jak Roberto Martineza - i jeśli odpowiednio te argumenty zinterpretujecie czy te różnice zrozumiecie to w Hiszpanie dostrzeżecie prawdziwego bohatera tego tekstu. Michał Zachodny
comments powered by Disqus
facebook