Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
wtorek, 25 lutego 2014

W tej reformie jest metoda

fot. goal.com
O ile samo losowanie eliminacji EURO 2016 przyjęto w Polsce z wyraźną ulgą, o tyle zmiany w zasadach kwalifikacji odebrano jako "zamach na futbol" i "rozdęcie". Ale sprawa, jak to zwykle bywa, jest nieco bardziej złożona.

W sześciozespołowej grupie trafiliśmy na zestaw właściwie promocyjny, wyróżniający się nie tyle nawet przeciętnością, co właściwie słabością - przynajmniej z perspektywy koszyków, z jakich nam rywali losowano. Irlandię sklasyfikowano na ostatnim miejscu koszyka drugiego, podobnie debiutujący w meczach o punkty Gibraltar w koszyku szóstym, z piątego wpadli nam do grupy przedostatni Gruzini, z czwartego trzeci Szkoci. Obrazu nie burzy nawet niemiecki walec, bo ostatnie sukcesy w meczach z najwyżej notowanymi liderami należą już do historii tak odległej, że właściwie z urzędu dopisujemy rywalom te sześć oczek za ogranie nas w dwumeczu.

"Promocja" okazuje się tym większa, że UEFA zmieniła zasady kwalifikowania się na turniej finałowy, powiększając go do 24 drużyn i obdarzając prawem gry po 2 najlepsze zespoły z każdej grupy, trzeciemu dając nadzieję barażową. Rozwiązanie to spotkało się z falą krytyki, działaczom zarzuca się sztuczne pompowanie rozgrywek, rozdmuchiwanie imprezy z pobudek bardziej finansowych niż sportowych, bo osiem dodatkowych państw raczej nie wpłynie pozytywnie na poziom rozgrywek. Jest w tym rozumowaniu bardzo wiele racji, sam zagłosowałbym za pozostawieniem EURO w obecnej formie. Jednak to, co może zagrozić randze samego turnieju, ma szansę pozytywnie wpłynąć na eliminacje do niego.

Przy dotychczasowej formule kwalifikacyjnej, czyli "zwycięzca bierze wszystko, wicelider gra baraż", skład finału moglibyśmy ogłosić już teraz, z dokładnością do 2-3, no może czterech drużyn. Co oznacza, że 2/3 uczestników byłoby znanych jeszcze przed rozegraniem pierwszego meczu o punkty - zakładanie, że odpadną Niemcy, Hiszpanie czy Holendrzy, byłoby proszeniem się o porażkę u bukmachera lub wystawianiem na śmieszność wśród znajomych, z którymi dyskutowalibyśmy o szansach poszczególnych teamów. Tu dochodzimy jednak do pytania o to, czym właściwie mają być eliminacje: potwierdzeniem prymatu najsilniejszych nacji z dopuszczeniem niespodzianek jedynie niewielkich, w 95% przypadków barażowych (gdzie za niespodziankę należałoby uznać już samo do nich dojście, jak ostatnio w przypadku mundialowych przymiarek Islandczyków)? A może raczej rywalizacją nieco bardziej osobną, mini-turniejem z większą dawką emocji, choć angażujących w walkę zespoły niekojarzące się z potęgami?

Nie da się ukryć, że eliminacje są dla części nacji jedynie stratą czasu, kilku selekcjonerów ma prawo zastanawiać się nie "czy", ale jak szybko uda się zapewnić awans i jak poradzić sobie z problemem motywacji przed starciami z wyraźnie słabszym rywalem. Takim zadaniem do odbębnienia kwalifikacje dla nich były i będą, tutaj reforma nie zmienia niczego, może poza wprowadzeniem w szeregi najlepszych jeszcze większego rozleniwienia i znudzenia roznoszeniem w pył Andor, Malt czy Liechtensteinów. Dodatkową motywację dostali za to wszyscy nie-faworyci, nawet po "wycięciu" z poszczególnych grup potencjalnie najlepszych zespołów, ciągle zostaje pewne miejsce w finałach, o które bitwy toczyć się będą do krwi ostatniej.

Że korzystają na tym nacje futbolowo uboższe? Jasne. Że owe bitwy będą rozgrywane najprawdopodobniej również na bitewnym poziomie, więcej mającym wspólnego z kopaniem się po piszczelach niż szybko wyprowadzanymi ciosami bagnetem, czyli podaniami w uliczkę? A jakże. Trudno mi się jednak zgodzić choćby z Rafałem Stecem, który sprzeciw wobec nowej formuły argumentuje m.in. potencjalnym "zdechnięciem z nudów" Niemców. Przywołuje on statystyki z trzech poprzednich kwalifikacji, w których nasi sąsiedzi odnieśli 27 zwycięstw w 30 grach. Czy obecna reforma cokolwiek w tym względzie zmienia? Nie wydaje mi się - podopieczni Löwa, jeśli (w co chyba nikt nie wątpi) utrzymają formę, mogą być o swoje "zdychanie" spokojni. A fakt, że dla paru zespołów za ich plecami nagle realnym stanie się awans bezpośredni, może sprawić, że zechcą one eliminacyjne Müllerowi i spółce owo nudziarstwo nieco uatrakcyjnić. Tak zwane widowisko może na tym tylko skorzystać. Daniel Markiewicz
comments powered by Disqus
facebook