Ta strona wykorzystuje pliki cookie zgodnie z ustawieniami Twojej przeglądarki. Więcej informacji o celu ich wykorzystania i możliwości zmiany ustawień cookie znajdziesz w Polityce prywatności.
sobota, 23 marca 2013

Tydzień na Wyspach (2)

fot. skysports.com
Dziś odcinek wybitnie trenerski - o szkoleniowcach zwolnionych niedawno, trochę wcześniej i o takich, którzy zwolnić się będą musieli (jeśli zechcą) sami.

Ofiary własnego sukcesu

Choć dopiero marzec, już dwóch menedżerów straciło w tym roku pracę w Premier League. Dwie drużyny, które w poprzednim sezonie rywalizowały w Championship, zwolniły trenerów, którzy zapewnili im awans do najwyższej klasy rozgrywkowej. Na nic zdały się menedżerskie sukcesy, tytuły, przyznawane im nagrody, poparcie kibiców i piłkarzy. Właściciele lepiej wiedzą, kto zawinił, kto jest odpowiedzialny za serię słabszych wyników, kogo trzeba się pozbyć, by sytuację w klubie odmienić.

W ubiegłym tygodniu z pracą menedżera drużyny Reading pożegnał się Brian McDermott, człowiek, który ostatnie dwanaście lat swojej kariery poświęcił pracy w klubie z południa Anglii. Początkowo skaut i trener rezerw, McDermott przejął pierwszą drużynę „Królewskich” w 2009 roku po tym, jak pracę w Reading stracił Brendan Rodgers. Pod okiem nowego trenera klub spisywał się znakomicie, już w drugim sezonie jego pracy docierając do finału play-offu drugiej ligi (gdzie Reading uległo 4:2 Swansea Rodgersa), by rok później zdobyć mistrzostwo Football League Championship i wywalczyć upragniony awans do Premier League. Tytuł Menedżera Roku w Championship i Menedżera Miesiąca Stycznia w Premier League nie pomógł McDermottowi w utrzymaniu pracy. Już w 33 dni po otrzymaniu tego drugiego wyróżnienia był bezrobotny. Właściciel klubu, Rosjanin Anton Zyngarewicz, nie miał litości i po serii gorszych wyników, na dziewięć kolejek przed zakończeniem sezonu, podziękował trenerowi za współpracę.

Kibice „The Royals” nie bez racji wypominali Rosjaninowi, że zarówno przed sezonem, jak i w trakcie trwania styczniowego okienka transferowego poskąpił McDermottowi pieniędzy na wzmocnienia (w lecie Reading wyłożyło w sumie 5 milionów funtów na Adriana Mariappa i Chrisa Guntera, dokładając do tego 2,7 miliona wydane w styczniu na Stephena Kelly’ego, Hope Akpana i Daniela Carriço), co było niewątpliwie jednym z powodów słabych wyników w bieżących rozgrywkach. Cóż, właścicielowi wolno wszystko, także zwolnić trenera, którego uwielbiali zarówno piłkarze, jak i kibice, i który był, a właściwie wciąż jest uznawany za jednego z lepszych fachowców, jacy pojawili się w angielskim futbolu w ostatnich latach.

Dokładniejsze przeanalizowanie przypadków klubów, które walcząc o utrzymanie w Premier League, decydowały się na zmianę trenera na kilka kolejek przed końcem sezonu (np. Wolverhampton rezygnujące z usług Micka McCarthy’ego w ubiegłym sezonie, czy Hull City zwalniające Phila Browna w sezonie 2009/10), wskazywałoby na nieuchronną klęskę, do której zmierza Reading. Ale kto wie, może wybrany przez Zyngarewicza następca McDermotta dokona cudu, wskoczy za kierownicę pędzącego w kierunku krawędzi urwiska autobusu i utrzyma „Królewskich” w elicie.

Chyba jeszcze bardziej absurdalne było zwolnienie Nigela Adkinsa. Adkins pojawił się na ławce trenerskiej „Świętych” we wrześniu 2010 roku, kiedy to drużyna z Saint Mary’s Stadium znajdowała się w dolnej połowie trzecioligowej tabeli z zaledwie 4 punktami zdobytymi w pierwszych pięciu meczach sezonu. Nowy menedżer, który na stanowisku zastąpił Alana Pardew, bardzo szybko podbił serca kibiców, prowadząc drużynę w górę ligowej tabeli i kończąc swój pierwszy sezon na drugim, premiowanym automatycznym awansem miejscu. W kolejnym sezonie ”Święci” byli w większości wypadków nie do zatrzymania, krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa i ponownie finiszując na drugiej pozycji, tuż za Reading Briana McDermotta. Adkins, który poprowadził Southampton do dwóch awansów w ciągu tyluż sezonów, stracił pracę - podobnie jak McDermott - z powodu wyników niesatysfakcjonujących właścicieli klubu. Adkinsowi podziękowano po meczu „Świętych” na Stamford Bridge, w którym jego piłkarze odrobili dwubramkową stratę i wywalczyli cenny punkt na terenie wyjątkowo wymagającego rywala.

Nowym menedżerem drużyny z Southampton został Argentyńczyk Mauricio Pochettino, który w jednym z pierwszych wywiadów przyznał, że dobrze zna klub i piłkarzy, ponieważ obserwował ich od kilku tygodni. Co oznaczało ni mniej ni więcej, tylko że Adkins był od dawna przeznaczony do „odstrzału”. Nie pomogła mu nawet seria niezłych wyników (zaledwie dwie porażki w dwunastu meczach przed utratą pracy) i wyprowadzenie „Świętych” ze strefy spadkowej.

Zwolnienie Adkinsa wywołało w kręgach futbolowych na Wyspach szok, dla dziennikarzy i kibiców było kolejnym przykładem na to, że angielska piłka zmienia się, zagraniczni właściciele klubów za nic mają sobie osiągnięcia trenerów, że nie istnieje dla nich pojęcie lojalności i że najmniejsze potknięcie może każdego piłkarskiego menedżera słono kosztować.

Adkins i McDermott są jednym z najjaskrawszych przykładów ostatnich lat na to, że w walce o olbrzymie pieniądze oferowane przez Premier League właściciele klubów nie cofną się przed niczym. Coraz częściej pierwszymi ofiarami niepowodzeń stają się zasłużeni dla klubów trenerzy. Ludzie bez których, jak to było w wypadku wspomnianej dwójki, nie byłoby prawdopodobnie mowy o pieniądzach zarezerwowanych tylko dla futbolowej elity.

Trenerska karuzela


Właściciele i prezesi klubów Premier League stają się z roku na rok mniej cierpliwi i bardziej wymagający w stosunku do menedżerów swoich drużyn. Jeszcze niedawno brytyjskie media głośno krytykowały Romana Abramowicza za decyzję o zwolnieniu Roberto Di Matteo – człowieka, który sprawił, że na Stamford Bridge trafił puchar Ligi Mistrzów. Trofeum, o którym rosyjski oligarcha śnił po nocach, a którego nie potrafili z Chelsea zdobyć tacy fachowcy, jak Mourinho, Scolari, Hiddink, czy Ancelotti.

To jednak nie Chelsea zmienia trenerów najczęściej. Spośród drużyn obecnie występujących w Premier League, najbardziej gorącym stołkiem menedżerskim może się pochwalić klub z Loftus Road. Harry Redknapp, zastępując w listopadzie ubiegłego roku Marka Hughes’a, stał się dwunastym trenerem Queens Park Rangers w ostatnim dziesięcioleciu. Daje to godną polskiej Ekstraklasy średnią jednego menedżera na każde 10 miesięcy. Warto zauważyć, że jeżeli Rangers w Premier League się nie utrzymają, to Redknapp, jako dość droga i nieudana inwestycja (został zatrudniony by wywalczyć z QPR utrzymanie, na transfery w styczniowym oknie wydał ponad 25 milionów funtów, oferując niektórym nowozatrudnionym piłkarzom nawet 100 tysięcy funtów tygodniowo), prawdopodobnie będzie musiał pożegnać się z pracą.

Kolejnym klubem na liście gorących stołków jest Southampton, który w ostatnim dziesięcioleciu zatrudniał jedenastu różnych trenerów pierwszej drużyny. Świetna passa Adkinsa i przebyta w ekspresowym tempie droga od trzeciej ligi do Premier League, pozwoliły mu utrzymać stanowisko przez godne szacunku 28 miesięcy. Pierwszą trójkę uzupełnia Newcastle ze średnią jednego menedżera na rok. Na marginesie - ciekawe, czy Alan Pardew poważnie traktuje ośmioletni kontrakt, który podpisał ze „Srokami” na początku tego sezonu? Chelsea ląduje w tym zestawieniu tuż za podium, z dziewięcioma menedżerami zatrudnionymi w latach 2003–2013. Przez ławkę trenerską Reading, które tak ochoczo pozbyło się McDermotta, przewinęło się w ostatniej dekadzie „zaledwie” czterech trenerów.

Nietykalni

Na przeciwległym biegunie znajdują się trzy kluby i ich trzej „niezwalnialni” menedżerowie. Pozycja Sir Alexa Fergusona w Manchesterze United jest niepodważalna i od dawna już wiadomo, że tylko on sam może zdecydować, kiedy jego współpraca z klubem z Old Trafford się zakończy. Arsene Wenger, mimo ośmiu kolejnych sezonów bez jakiegokolwiek trofeum i pomimo rosnącego zniechęcenia fanów „Kanonierów”, prawdopodobnie spokojnie dopracuje do końca wygasającej w 2014 roku umowy o pracę. Jeżeli klub zaoferuje mu kolejny kontrakt, a tego wykluczyć nie można, to Francuz przypuszczalnie chętnie zostanie w Londynie na dłużej. Trzecim menedżerem, którego praca dla klubu nie budzi niczyich wątpliwości, jest David Moyes, sezon w sezon dokonujący z Evertonem niemożliwego i co roku za niewielkie pieniądze zbierający drużynę groźną nawet dla najbardziej utytułowanych rywali.

Dla Moyesa to już jedenasty sezon w Evertonie i wydaje się, że tylko bardzo atrakcyjna oferta z jednego z czołowych klubów Europy mogłaby skłonić Szkota do zmiany miejsca pracy. Wenger na ławce Arsenalu trwa już siedemnasty sezon, jednak do wyniku Sir Aleksa Fergusona trochę Francuzowi brakuje. Menedżer „Czerwonych Diabłów” piastuje swoje stanowisko nieprzerwanie od 1986 roku, bieżący sezon jest więc dla niego już dwudziestym siódmym na Old Trafford. Wyprzedził tym samym samego Sir Matta Busby’ego, legendy United z lat 1945-69.

Do rekordzistów angielskiej piłki jeszcze Fergusonowi daleko. Aż 46 lat (1902–1948) spędził na stanowisku sekretarza generalnego i menedżera West Bromwich Albion niejaki Fred Everiss. Niewiele mniej, bo 42 lata pracował na podobnym stanowisku George Ramsey, Szkot, który w latach 1884–1925 zdobył z Aston Villą sześć tytułów mistrzowskich, tyleż samo razy sięgając po Puchar Anglii. Do tych osiągnięć już nikt nigdy się nie zbliży. Ba, w najbliższych latach nikt raczej nie będzie pracował w jednym klubie tak długo, jak Ferguson, czy Wenger. A już na pewno nie będzie to kolejny menedżer Southampton czy Reading.

Jakub Budny Daniel Markiewicz
comments powered by Disqus
facebook